Streszczenie Graczy

Page 1 of 2 1, 2  Next

View previous topic View next topic Go down

Streszczenie Graczy

Post by Dioscurus on Sun Mar 09, 2014 3:28 pm

Tutaj gracze mogą umieszczać streszczenie Księgi I z perspektywy własnych postaci. Za umieszczanie streszczeń postać gracza może otrzymać punkty losu.

Dioscurus
Admin

Posts : 134
Join date : 2013-12-02

View user profile http://dioscurus.forumsmotions.com

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Sun Oct 19, 2014 7:39 pm

Dzień 1
Od kiedy nie potrzebuję snu, doprawdy nienawidzę gdy mnie do niego zmuszają. Poza tym, że marnuje to niezwykle wiele czasu, wstawanie jest wprost tragiczne. A to było tysiące razy gorsze niż zwykle. Aparatura praktycznie wyrzuciła mnie w nieważkość, a system poinformował, że jestem napromieniowany jak mała elektrownia…. Gdy udało mi się dotrzeć do centrum pomieszczenia, okazało się ponadto, że tylko kilka osób żyje, a ja nie mam dostępu do przeklętej apteczki i nie mogę ani zaaplikować sobie potrzebnej działki dypraxy, ani nijak poradzić sobie z napromieniowaniem. W dodatku w powietrzu cały czas unosił się świeży denat, jego towarzyszka histeryzowała, a jeden z dwóch techników był irytujący w stopniu graniczącym z moim poziomem tolerancji. Sama jego twarz sprawiała, że pięść się zaciska. Swoją drogą będę musiał zbadać, czy da się jakoś wykorzystać takie mimowolne skurcze. Poza tym jedynie mądrzył się cały czas, a moją dupę i tak uratował Vaclaw, przydatny człowieczek.
Gdy wydostaliśmy się do jedynej aktywnej windy, bug-ster zaczął poza swoim dyskwalifikującym ze społeczeństwa zachowaniem okazywać objawy cyberpsychozy. Wiedziałem, że trzeba go obezwładnić. Wydało mi się to też idealnym sposobem, na pozbycie się tego robaka i zaproponowałem, żeby go zabić, bo stał się niebezpieczny. Była to szczera prawda i osobiście uważam to za najlepsze rozwiązanie, żałuję że się nie udało. Był wkurzający, nie cierpiałem go, on mnie, był psycholem, a ponadto chciał nas pozabijać. To już pięć powodów żeby skręcić mu kark. Niestety jedynie facet, którego robak pobił, i doktor Prenkova stanęli po mojej stronie. Swoją drogą doprawdy cudowna kobieta, mam wrażenie że rozumiemy się doskonale bez słów. Dla równowagi czarna troglodytka włócząca się z drużyną uderzyła mnie w twarz. Niech tylko poczeka aż będzie potrzebowała pomocy lekarza…
W windzie przeżyliśmy kolejny kryzys, ponieważ plazma zablokowała nam drogę. Na szczęście Vaclaw znów dowiódł, że jest użyteczny i w końcu dotarliśmy do muzeum. Od razu włączyła się irytująca prezentacja, której jednak nie udało mi się wyłączyć, więc skazany byłem na jej słuchanie. Długo szliśmy przez kolejne milenia, a potem wieki, a ja rozglądałem się za jakimkolwiek sprzętem medycznym. Zaopatrzyłem się w kamienny nóż z prehistorii, a następnie zestaw współczesnych, ale niesterylnych narzędzi lekarskich. Gdy wkroczyliśmy do jaskini, ktoś zastrzelił histeryczkę. Uważam to za szczęśliwe zrządzenie losu, ponieważ stanowiła zagrożenie dla osób o zdrowych zmysłach i mogła ściągnąć na nas nieszczęście. Poza tym dzięki temu wiedzieliśmy, że musimy mieć się na baczności.
Doszło do strzelaniny. Czym prędzej znalazłem sobie bezpieczny kąt, w którym mogłem ją przeczekać, aby po wszystkim opatrzeć ewentualnych rannych i gdy zrobiło się spokojnie, wyszedłem. Okazało się, że udało nam się pojmać kobietę, która byłaby cennym nabytkiem gdyby udało nam się nakłonić ją do współpracy. Znalazłem też sterylne narzędzia i leki, które mieli przy sobie. Los się do mnie uśmiechnął. Schowaliśmy się w windzie, gdzie zaczęliśmy pracować nad udobruchaniem kobiety, gdy nagle winda ruszyła.
Na górze okazało się, że znajomi przywódcy celują do nas z broni palnej, ale nic nie mogą zrobić, bo Vaclaw załatwił nam barierę ochronną. Po gównoburzy i wielkiej dawce polityki udało nam się zyskać pomoc kolejnych ludzi i zostaliśmy zaproszeni do ich obozu. A obozy są zwykle bezpiecznymi miejscami, w których można się wykurować oraz bezpiecznie zaszyć.
A przynajmniej taką mam nadzieję.

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by tschesky on Wed Oct 29, 2014 1:54 pm

Dni od wybudzenia: 1
Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie - tak mniej więcej można było podsumować stan wiedzy po wybudzeniu. Wybudzeniu, które należy dodać, do najprzyjemniejszych nie należało. Bez żadnego uprzedzenia zostałam po prostu wyrzucona w pozbawioną grawitacji przestrzeń w strefie hibernacji. Nikt mnie nie powitał, nikt nie wdrożył w moje nowe obowiązki - jedynym co mnie zastało były mrugające wszędzie światła, informacja o skażeniu strefy zamieszkałej oraz odliczanie do momentu, kiedy wyrzuci nas wszystkich w próżnię. Mówię "wszystkich", co może być jednak mylącym określeniem. Jak się okazało - nagle przerwaną drzemkę przeżyło tylko nieco ponad 10 osób, pozostała część załogi zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, nie opuściwszy nawet krio-komór. Bez chwili wytchnienia ani czasu na zorientowanie się w sytuacji musieliśmy najpierw czym prędzej salwować się ucieczką ze strefy snu do jedynej działającej windy, w której czekały nas tylko kolejne kłopoty. Nie dość, że jeden z załogantów popadł w stan ciężkiej cyberpsychozy (co z resztą było oczywiste, że coś takiego prędzej czy później nastąpi i nie wiem dlaczego wszyscy zapomnieli o apteczce, w której MUSIAŁA być dypraxa) to drogę zasłaniał nam strumień plazmy, który zboczył ze swojego standardowego kursu. Choć może nie jest to najlepsze miejsce na takie obserwacje, to mam nadzieję że konstruktorzy tego kosmicznego szmelcu smażą się w piekle. Nie ma to jak zapakować ostatnią nadzieję ludzkości na statek, na którym NIC nie działa (jak do tej pory przynajmnniej). Tak czy inaczej, niezastąpiony Vaclaw uporał się i z tym problemem (dr. Fridrich to jedyny w tej zbieraninie człowiek z przydatnym do czegokolwiek wykształceniem), natomiast problem Bugstera (bo tak ów psychol się nazywał) został tymczasowo zarzegnany.

Przy okazji zamieszania z cyberpsychotycznym maniakiem należałoby wtrącić parę słów na temat - pożal się Boże - DRUŻYNY, z którą zostałam uwięziona na tej mknącej przez przestrzeń kosmiczną klatce. Jak tylko można się było tego spodziewać - nikt z tej bandy prostaków nie grzeszy rozumem za wyjątkiem dr. Bruce'a, z którym doskonale się rozumiemy i który jako jedyny nie bał się posunąć do ostateczności, kiedy ta okazała się być jedynym zdroworozsądkowym rozwiązaniem. Poza tym jest z nami Kapitan - nie mam pojęcia jak się nazywa i nie mam pojęcia kto obwołał go kapitanem, tak czy inaczej tymczasowo przejął on dowodzenie nad naszą szczęśliwą gromadką. Mamy również doktora Fridricha, który jest człowiekiem prostym i niezbyt wysokich lotów, posiada jednak bardzo specyficzny zestaw umiejętności i nie waha się go użyć w służbie ocalałym. Cała reszta na razie nie zrobiła nic, co pozwoliło by ją w jakikolwiek wyróżnić i osądzić. Taki też jest mój plan - poczekam aż cała sytuacja się ustabilizuje i wyjaśni, dopiero wtedy nadejdzie czas na decyzje.

Po incydencie w widzie napotkaliśmy się na grupkę ocalałych (4 osoby), która jednak powitała nas nieuzasadnioną agresją, zastrzeliwszy przy okazji jedną z naszych towarzyszek i chwała im za to! - jak ta kobieta histeryzowała... Po krótkiej potyczce w której oczywiście kluczową rolę odegrał Vaclav wsiedliśmy do kolejnej windy, mając ze sobą zakładniczkę i zostawiwszy za sobą 3 trupy. Na kolejnym poziomie czekali na nas - niespodzianka! - kolejni uzbrojeni po zęby rozbitkowie. Okazało się jednak, że Kapitan się z nimi zna i zabierze nas do ich obozu. Co tutaj się stało trudno pwiedzieć. Na razie wiem tylko, że większość załogi nie żyje a misja Dioscurus dryfuje w przestrzeni już ponad 800 lat. Mam wiele pytań i kto wie - może w tym obozie czekają na nas jakieś odpowiedzi...

tschesky
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 12
Join date : 2014-03-10

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Thu Oct 30, 2014 10:16 am

Dzień 2 (?)
Cały czas zastanawiam się, dlaczego to Vaclaw został przerobiony na mielonkę, a nie troglodytka... A wszystko było już na dobrej drodze - mimo zamieszania w wagonie, gdzie z radością oglądałem śmierć robaka, udało nam się w końcu znaleźć w obozie. Straciłem co prawda sterylne narzędzia i leki, ale zyskałem nienajgorszą sumę pieniędzy. Następnie wraz z doktor Ariną wybraliśmy się na spacer próbując dzielić się wiedzą, ale niestety mimo że nasze umysły były zestrojone, nasze języki pozostawały niejako na uwięzi tak, że bardzo trudno było nam się wysławiać na tematy zawodowe. Udało nam się za to namierzyć handlarza specyficznymi substancjami i uzupełniliśmy zapas dypraxy, a także zaopatrzyliśmy się w morfinę. Choć Arina wydaje się nieco zbyt porywcza i szybko chwyta za broń, naprawdę widzi moją wartość i mam wrażenie że jeśli z tego wszystkiego wyjdziemy cało, chyba znalazłem kogoś z kim warto byłoby postarać się o przekazanie genotypu. Nie była to równie perfekcyjna perspektywa, co mój klon, ale na razie najlepsza z jaką się spotkałem.
Niestety okazało się, że nie możemy zostać w obozie. Wybraliśmy się więc na poszukiwania aparatury do zneutralizowania radioaktywności. Na miejscu zdarzyła się rzecz tragiczna. Nadal oczyma wyobraźni widzę scenę, jak Vaclaw mknie z nożem plazmowym do walki z wiatrakiem śmierci. Robot złapał go i zmielił jego głowę, a następnie resztę ciała. Nie miałem jednak czasu i okazji aby przyjrzeć się szczątkom, co mogłoby być edukacyjne, ponieważ salwowałem się ucieczką. Przez chwilę miałem ochotę dźgnąć troglodytkę jakimś narzędziem za to, że to Vaclaw zginął a nie ona, ale pozory przede wszystkim. Może będzie okazja jeśli będzie potrzebowała operacji.
Uciekliśmy do pomieszczenia, w którym znajdowały się słoje z głowami ludzkimi. Niestety znów nie było jak przeanalizować, jakie badania ktoś tu prowadzi, lub do czego miałyby służyć, bo robot zabójca deptał nam po piętach. Schowaliśmy się w małym pokoiku z generatorem energii, a ja niezwłocznie zacząłem wykręcać kratę od wentylacji. Gdy tylko opadła, wdrapałem się do środka i uciekałem najdalej i najszybciej jak mogłem. Przeczekałem tam, aż pozostali wyłączą generator zasilający wentylator mogący zrobić z nami to, co robot z naszym technikiem, po czym wszyscy skierowaliśmy się kanalizacją w dół, gdzie powinna być aparatura.
Całe szczęście była. Dwie sztuki. Nie była jednak zasilana, a było to nam niezbędne. Z bólem serca więc patrzyłem, jak troglodytka niszczy jedną z maszyn, aby zdobyć części. Zresztą i tak byśmy jej nie zabrali, była zbyt duża.
I zdarzyło się wtedy coś, za co bez wahania zabiłbym osobę odpowiedzialną za istnienie pecha. Wszytkim pozostałym udało się wyleczyć napromieniowanie. Mi nie. Musiałem zacząć godzić się z myślą że albo znajdę inny sposób na wyleczenie, albo zginę.
Ale jeśli tak, na pewno nie sam.
Wtedy usłyszeliśmy morderczy mikser, który zbliżał się, aby posłać nas w ślady Vaclawa. Moje myśli o śmierci pozostałych stawały się coraz bliższe spełnieniu, choć niekoniecznie w taki sposób i w takim czasie, aby mnie to miało cieszyć.

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by tschesky on Wed Nov 05, 2014 1:45 pm

Dni od wybudzenia: 2
Moje złe przeczucia co do znajomych kapitana potwierdziły się. Zgrywają przyjaźnie nastawionych i działających dla naszego dobra, lecz pod pozorami tej troski kryje się brak zaufania i nieodgadnione jeszcze intencje. Pierwszym przykładem traktowania nas z góry było odebranie nam wszelkiej broni, kiedy szykowaliśmy się do przejechanie pociągiem do "Obozu" o którym wspominałam. Cała ta sytuacja niemal natychmiast odwróciła się przeciwko nam, bo pozostali więźniowie zdołali wyswobodzić się z przeznaczonego im wagonu i - co gorsza - mieli przy sobie przemycony jakoś pistolet. Tak więc nie minęła godzina od kiedy nasi nowi przyjaciele wzięli nas pod swoje skrzydła a już znaleźliśmy się w sytuacji sam na sam z niestabilnymi i niepałającymi do nas najcieplejszymi uczuciami załogantami. Kapitana oczywiście z nami nie było, gdyż wykorzystał okazję jadąc w pierwszym wagonie ze swoim starym towarzyszem - bezpieczny i szczęśliwy. Na domiar złego pociąg zatrzymał się w połowie drogi i z zewnątrz zaczęły dobiegać nas okropne zgrzyty, jak gdyby coś próbowało dostać się do środka. Wiedząc, że na pokładzie jest rozbudowana sztuczna inteligencja i mając w pamięci filmy s-f, tak popularne w XXI wieku, aż boję się pomyśleć co jeszcze na nas czeka. Udało mi się przekonać całą grupę do działania według scenariusza, który jeżeli odpowiednio zagrany dawał nam najwięcej opcji co do dalszego postępowania. Niestety dr. Vaclav, tracąc ów marny szacunek który poczęłam do niego odczuwać, szybko rozbroił cały nasz plan oddając się w ręce przetrzymujących nas załogantów. Po dodatkowej interwencji kapitana, nie dość że zostaliśmy się bez broni tak jak byliśmy wcześniej, to zginęły kolejne dwie osoby (aż chciało by się powiedzieć "a nie mówiłam", bo oczywiście sprawcą najgorszego zamieszania był Bugster) a napięcia w grupie powiększyły się.

Po dotarciu do obozu dowiedzieliśmy się, że jest on jedną z trzech enklaw ludzkości na Dioscurusie po tym jak panowanie na statku przejął Achmad - wspominana już przeze mnie sztuczna inteligencja. Na ile dobrze zrozumiałam sytuację, w tym konkretnym miejscu zgromadziły się osoby uczone i lekarze, które dosyć miały reżimu i idiotycznych pomysłów generała Lebegi. Oczywiście na miejscu potraktowano nas z podobną nieufnością i choć pozwolono nam zachować broń to założone nam zostały opaski z neurotoksyną, na wypadek gdyby nasze działania nie przypadły komuś do gustu. Nasz pobyt tutaj też nie będzie darmowy. Wykorzystując nasz status jako osób niewidniejących systemie, rządząca pani Doktor postanowiła uczynić z nas murzynów od brudnej roboty (przynajmniej nasza czarnoskóra towarzyszka odnajdzie się w nowej sytuacji). Po przedyskutowaniu sytuacji ustaliliśmy, że najpierw udamy się na zamknięty oddział medyczny, aby zająć się kwestią naszego napromieniowania a następnie wypełnimy misje dla Obozu.

Bardzo szybko okazało się, że po raz kolejny zostaliśmy okłamani - w całym pionie medycznym nie ma żywej duszy, ani śladu po rzekomo kręcących się tutaj pacjentach oddziału psychiatrycznego. Szybko natomiast natrafiliśmy na jednego z przebudowanych monstrów Ahmada. Po krótkim i nierównym spotkaniu potwór zdekapitował dr. Vaclawa (Więc przynajmniej mamy go Z GŁOWY, haha!) a resztę drużyny poważnie poharatał i zmusił nas do taktycznego odwrotu do szybu wentylacyjnego. Po bohaterskim wysadzeniu generatora z narażeniem własnego życia przez naszego mięśniaka - Anthony'ego udało nam się odbyć długą i żmudną wspinaczkę w dół pionowego szybko, która w sposób cudowny zakończyła się na właściwym piętrze. Szybko zlokalizowaliśmy odpowiednie maszyny i po rozpieprzeniu jednej udało nam się przywrócić do działania drugą z nich. Proces odzyskiwania zdrowia został jednak przerwany przez robota, który nadal łaknął naszej krwi. W efekcie dr. Bruce pozostał nie wyleczony ( :<) a reszta z nas rozbiegła się we wszystkie strony....

tschesky
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 12
Join date : 2014-03-10

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Tue Dec 02, 2014 1:20 pm

Dzień 3 (??)
Biegnąc za przypadkiem spotkanym człowiekiem rzuciliśmy się do ucieczki. Doprowadził nas niemal do wyjścia, gdy nagle usłyszelismy niepokojące odgłosy również z tamtej strony. Rzuciliśmy się w pierwsze drzwi w prawo. Większość pobiegła dalej, więc uznałem, że lepiej niech ściągają na siebie uwagę, ja schowam się w małym pomieszczeniu po lewej. Ukryłem sie pod najdalszym stołem i czekałem. Huk maszyny zbliżał się, zdecydowanie za bardzo się zbliżał. Nagle dostrzegłem światło, mikser przeszukiwał moje pomieszczenie!
Jego metalowe kończyny zblizały się powoli i nieubłaganie do mojego stolika. Serce mi przyspieszyło, ale udało mi się opanować. Gotowałem się już do zadania desperackiego ciosu strzykawką z morfiną, ale trójnóg nagle zatrzymał się i zawrócił. Mój geniusz jeszcze przetrwa.
Gdy nieco ucichł, wyszedłem ostrożnie. Dostrzegłem Arinę ukrywającą się za spolaryzowanym szkłem, więc podszedłem. W końcu była jedynym człowiekiem w grupie, który potrafił myśleć!
W końcu zapanował względny spokój, dołączyliśmy do pozostałych i zaczęliśmy się skradać w absolutnej ciemności do windy, żeby uciec od tego szaleństwa. Gdy tylko udało nam się cudem przejść przez ogromną salę, w której buszował trójnóg, oczywiście ktoś musiał zwrócić jego uwagę w naszą stronę. Schowaliśmy się więc szybko z Ariną za dwiema barierami spolaryzowanymi, które dopiero po chwili włączyliśmy. Trójnóg zbliżył się i po raz kolejny w przeciągu godziny zastanawiałem się, jakie jest biologiczne prawdopodobieństwo, że przeżyję odcięcie głowy, albo zmartwychwstanę i nie były to optymistyczne myśli. Znów machina zawisła tóż nade mną. Zamarłem nie będąc w stanie ani się ruszyć, ani wydobyć z siebie słowa. Okazało się to bardzo pomocne, bo po dłuższej chwili trójnóg znów ze mnie zrezygnował. Szybko uciekliśmy z panią doktor do pomieszczenia technicznego.
Tam wreszcie było trochę spokoju. Spojrzałem na Arinę. Miała naprawdę atrakcyjne ciało, a poza tym była mądra. Przyszło mi do głowy, że skoro sam mam niedługo zginąć, przynajmniej spróbuję przekazać swoje geny komuś, kto byłby ich względnie godny.
- Arina, pozostał mi zaledwie tydzień życia. Zrozumiem jeśli odmówisz, mój stan jest nam doskonale znany, ale jeśli nie miałabyś nic przeciwko, może byśmy...
Zabrakło mi słowa. Rosjanka spojrzała na mnie zaskoczona. Byłem prawie pewny, że w jej oczach dostrzegłem przynajmniej odrobinę żalu.
- Chcesz mnie napełnić radioaktywnym płynem? Nie ma mowy.
Zapadło milczenie. Oboje chyba zdawaliśmy sobie sprawę, że gdyby tylko udało mi się wyleczyć, w całym tym chaosie może zrodziłby się ktoś, kto byłby w stanie nad nim zapanować siłą woli, inteligencją i bezwzględnością.
Po chwili dostrzegłem wentylację. Podszedłem do niej i wszedłem do środka. Zawsze jest tam jeszcze bezpieczniej niż w pomieszczeniu technicznym, a może akurat dotrzemy w jakieś przydatne miejsce.
Dłuższa wędrówka zaprowadziła nas przed pomieszczenie, w którym był zdaje sie generator energii, bez którego winda nie miała szans ruszyć. Niewiele myśląc wyszedłem ostrożnie i skierowałem się do niego. To co się stało, sprawiło że po ostatnich wydażeniach wreszcie poczułem cień zadowolenia, przy asyście Ariny i chyba kogoś jeszcze udało mi się naprawić generator. Byliśmy prawie ocaleni.
W tym momencie usłyszałem krzyk troglodytki, w wizji przekazywanej pozostałym przez Tony'ego widziałem też, jak trójnóg obcina jej głowę.
Uśmiechnąłem się z satysfakcją. Miły dodatek do naprawy generatora.
Ewakuowaliśmy się z powrotem wentylacją i dotarliśmy do windy. Zawiozła nas do pomieszczenia, do którego dotarliśmy wcześniej w poszukiwaniu aparatury leczącej. Z tą różnicą, że chwilę po nas przyszła tu jakaś sekta. Zdawało się, jakby składali ofiary trójnogowi! Jeden z kultystów na odchodnym rzucił jakiś klucz. Zarejestrowałem szybko gdzie jest. Po chwili, gdy półprzytomne ofiary zostały same, podbiegłem do niego i rozkułem kobietę przykutą do ściany. Niemal po chwili usłyszeliśmy znajowe warczenie. Nie czekając na pojawienie się zabójcy schowaliśmy się gdzie się dało. Maszyna obcieła głowy trzem pozostałym ofiarom, po czym przyjrzała się otoczeniu i odeszła.
Z uratowaną kobietą, azjatką, skierowaliśmy się do gabinetu szefa całego szpitala w poszukiwaniu klucza, który był naszą jedyną szansą żeby uciec. Tam jednak zaskoczyli nas poprzedni toważysze naszej półprzytomnej toważyszki.
Jakimś cudem jednak udało nam się w miarę dogadać i uzgodnić obustronną korzyść.
A przynajmniej tak mi się wydawało dopóki tajemniczy człowiek spotkany w pomieszczeniu z aparaturą leczniczą nie złamał swojego noża - jedynego narzędzia które było w stanie pomóc nam dobrać się do klucza...

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Mon Dec 08, 2014 1:56 pm

Dzień 4(???!)

Czemu Arina? Co Cię napadło żeby zostać? No ale trudno, nie mogłem ryzykować swojego życia. Ale przykra sprawa że najpewniej swój materiał genetyczny będę mógł przelać co najwyżej na klona. Może i będzie to dla niego lepsze, ale czy uda mi się jeszcze kiedyś spotkać potencjalną kochankę, która sprostałaby moim niemałym wymaganiom? Mam nadzieję, że uda Ci się uciec i jeszcze się spotkamy.

Zanim zdążyłem podjudzić pozostałych do zabicia neandertalczyka, który złamał nóż plazmowy, znikąd pojawił się trójnóg, który natychmiast zmienił się w grupkę uzbrojonych ludzi. Bojąc się o życie ukryłem się z Ariną w kącie czekając na rozwój wydarzeń, gdy nagle dostałem wiadomość od Siegmunta, zaginionego kapitana. Był na tyłach, więc szybko przekazałem wiadomość pozostałym, którzy jakoś poradzili sobie z przeciwnikiem. Wywiązali się ze swojego obowiązku ratowania mi życia nader dobrze. Szczęśliwym trafem agresorzy którzy grozili nam bronią, oberwali i leżeli nieprzytomni. Chciałem ich wszystkich podobijać, a gdyby była chwila czasu poeksperymentować, ale świeżo odzyskany kapitan nie pochwalał tego, a ja stwierdziłem że niech lepiej ktoś dowodzi. Niestety Arina, jedyny człowiek z którym dało się porozmawiać, postanowiła zostać nie do końca rozumiem po co i odłączyła się od grupy. Z ciężkim sercem odchodziłem, jednak życie było dla mnie cenniejsze niż kobieta, nawet tak wyjątkowa.
Jadąc windą natrafiliśmy na korytarz, w którym znów stanęliśmy twarzą w twarz z trójnogiem, który na szczęście zaraz się oddalił. Wkraczaliśmy na teren, w którym nie było powietrza, więc jedynie ja mogłem poruszać się tam bez ograniczeń czasowych. Pozostali mieli jedynie 45 minut zanim skończy się im powietrze w maskach. Natychmiast pojawiły się też kolejne problemy, bo okazało się że w korytarz wycelowany jest karabin mogący nas zabić jednym strzałem. Na szczęście granat elektryczny i silny kopniak sobie z nim poradziły.
Nagle jednak idący na przedzie zatrzymali się. Wytężyłem słuch i usłyszałem coś, co mogło być głosem robota. Moje przypuszczenia potwierdziły się, gdy Tony zabrał Japonce karabin elektryczny i zaczął strzelać. Po chwili coś upadło na ziemię, a pozostali weszli, więc poszedłem za nimi.
Duże pomieszczenie przywołało wspomnienia. Niemal nieograniczony dostęp do implantów i laboratoriów... Chciałem któregoś dnia dobrać się do nich, ale nie było mi to dane przed wybudzeniem. Patrzenie na nie teraz budziło jedynie ból. Prawie wszystko było zepsute. Udało mi się ze wszystkiego wygrzebać jedynie słoik z syntetyczną skórą. Rozejrzałem się skołowany i dostrzegłem dwa drony przykute do ściany. Jednym z nich był Walter, dron kapitański. Z tego co pamiętałem jego sztuczna inteligencja była dość rozbudowana, a on sam dość interesującym rozmówcą. Odkręciłem go więc i po sprzeczce z neandertalczykiem, któremu upiekło się złamanie noża plazmowego, przekonałem Tony'ego żeby poszedł ze mną poszukać implantów w innej sali. Tuż przed drzwiami jednak usłyszał lecącego drona więc wycofaliśmy się, znów pożyczył od Japonki karabin i rozprawił się z agresorem bez najmniejszego problemu.
W drugim pomieszczeniu było nieco lepiej. Udało mi się znaleźć wojskową syntetyczną rękę, implant nadający syntetycznym płucom hermetyczność, oraz dwie sztuki termoizolacji do syntetycznej skóry. Postanowiłem zamontować Tony'emu ramię, mi nie było potrzebne, a widział że coś znalazłem, a poza tym chronił mnie i chciałem żeby się to powtarzało. Wróciliśmy do pozostałych w chwili, gdy Walter zaczął wyświetlać im hologramy.
Całe ciało przeszył mi lodowaty dreszcz, momentalnie zrobiło mi się zimno, duszno i chyba zacząłem się pocić. Hovsep Rudolf szedł prosto na mnie! Ten sukinsyn przeżył i może mnie wydać! Może nawet zrobi to na tym hologramie...
Automatycznie cofnąłem się i drgnąłem gdy jego wizualizacja przeszła przeze mnie.
Hovsep... Gdybym miał wskazać drugiego człowieka, który mógłby mierzyć się ze mną intelektem i podejściem do ludzi byłby to właśnie on. Jeśli jednak chodzi o wiedzę, prawie na pewno przewyższa mnie kilkukrotnie. Spotkaliśmy się już kiedyś. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie pracować dla wojska, zawsze mają najlepszy i najszybszy dostęp do wszystkich technologii. To on siedział za biurkiem gdy przyszedłem na rozmowę. W chwili gdy spojrzeliśmy sobie w oczy byłem pewny, że zrozumiał to samo co ja. Był mną. Mną, który miał pecha urodzić się znacznie wcześniej, przez co zdążył się zestarzeć. Ale dostrzegłem w nim tą samą zimną pogardę i bezwzględność, jakie sam nieustannie czułem. A ponadto wielką zazdrość, że jestem tak młody i najpewniej będę mógł zrealizować jego wszystkie niespełnione marzenia. Porozmawialiśmy chwilę, po czym wyszedłem. Kilka dni później gdy wracałem z łazienki do swojego laboratorium, usłyszałem hałas, więc pobiegłem tam jak najszybciej. Zdążyłem dostrzec stopę postaci, która uciekła w drugi korytarz. Wiedziałem że nie zdążę go dogonić. I wiedziałem też, że Hovsep szuka informacji na mój temat.
Spalliłem czym prędzej wszystkie dowody swoich nieczystych zagrań, oraz brudnych eksperymentów, po czym zaszyłem się z dala od jego potencjalnych macek. Nie pomogło to, dalej czułem jego oddech na karku i wiedziałem, że wie o mnie coraz więcej. Jeśli opublikowałby tą wiedzę, byłbym skończony i stanąłbym przed katem nawet w miejscach, gdzie kara śmierci byłaby zakazana. Gdy więc nadarzyła sie okazja, żeby uciec w kosmos w ekspedycji Dioscorus, skorzystałem od razu.
Dotąd jakoś udało mi się na niego nie natknąć i nie zdawałem sobie sprawy że tu jest. Teraz jednak świat osunął mi się spod nóg.
- ...ale nikt nie zdaje sobie sprawy, że na pokładzie jest też drugi potwór. To B...
Zacząłem szybko i głośno mówić, żeby go nie słuchali, bo to kreatura nielicząca się z ludzkim życiem, ale na szczęście dało się słyszeć tylko pierwszą literę mojego imienia, po czym projekcja się zepsuła.
Odetchnąłem z ulgą. Co prawda Neandertalczyk i Japonka nie wiedzieli jak się nazywam, ale pozostali mogliby mnie od razu załatwić.
Szybko otrząsnąłem się i wziąłem za montowanie Tony'emu wojskowego ramienia. Zajęło to cztery godziny, trochę więcej niż chciałem. Nie mogłem przez to zamontować sobie syntetycznej skóry, bo pozostali zaczynali się źle czuć od tutejszego powietrza i zostałbym sam.
Poszliśmy więc do windy i niebawem jechaliśmy windą z powrotem do obozu.
Gdy tylko się tam znaleźliśmy, poszedłem szukać miejsca, w którym mógłbym wreszcie wszczepić sobie implant. Wpuszczono mnie tam bez problemu. Po chwili zobaczyłem chudego człowieka wypadającego zza zamkniętych drzwi i znikającego na zewnątrz. Poszedłem więc zobaczyć co to za pomieszczenie i zamarłem. Zobaczyłem aparaturę do znoszenia napromieniowania! Oszukali nas i wysłali na prawie pewną śmierć! Przypomniałem sobie słowa Hovsepa z projekcji, "trzeba będzie kogoś tam wysłać". A niech go szlag, wykorzystali mnie!
Nagle usłyszałem biegnącego młodzika, więc schowałem się za drzwiami i ogłuszyłem go, po czym ukryłem i po chwili nasłuchiwania wszedłem do machiny leczącej.
Uczucie było wspaniałe, moje ciało regenerowało się i odpoczywało w błyskawicznym tempie, aż w końcu byłem zdrowy i w pełni sił!
Zmyłem się czym prędzej z całego budynku i zacząłem szukać swoich żeby podzielić się z nimi informacjami, Siegmunt musiał wiedzieć! Nagle poczułem ciężką rękę na ramieniu i obejrzałem się. Stał za mną wielki czarnuch z bardzo nieprzyjazną miną. Przełknąłem ślinę i wysłałem krótką wiadomość do Siegmunta, za co zarobiłem w żołądek. Zaprowadził mnie do pomieszcenia, w którym siedział skrępowany i pozbawiony oka Chińczyk poznany w pociągu.
Przeszył mnie dreszcz. Hovsep gdzieś tu był.

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Mon Dec 22, 2014 7:22 pm

Dzień 5(???????!!! To chyba nie dzień, Andrzej, który jest dzień? Jak to nazywać inaczej?)

Zabrali Chińczyka, a ja zostałem sam. Nagle usłyszałem głos, ale nie był to głos Hovsepa, choć jednocześnie... był to głos Hovsepa. Dokładnie ten sam sposób mówienia, intonacja, akcentowanie i tysiące innych szczegółów. Całkiem jakby przeszczepił sobie struny głosowe. Napiąłem wszystkie mięśnie do ewentualnego skoku.
- Myślisz, że byłbym tak głupi, żeby pojawić się tam osobiście? - na jednej ze ścian wyświetliła się postać, która na pierwszy rzut oka na sto procent nie była Hovsepem, ale gdy spojrzałem mu w oczy, musiałem zweryfikować pogląd. To był Hovsep. Jakimś cudem zmienił ciało - Nie spinaj się tak, doktorze Bruce. Oszczędzaj swój organizm.
Przez gardło przeszło mi tylko jedno słowo.
- Hovsep...
Młoda twarz uśmiechnęła się diabolicznie - zapewne pierwszy raz. Wątpliwy to dla mnie zaszczyt.
- Tak, doktorze Bruce... W końcu wpadłeś w moje ręce. Wiedziałem, że tu jesteś, ale chciałem się tobą bawić możliwie długo. Dopiero niedawno sprawiłeś, że musiałem zmienić plany... Co Arina w tobie widzi? Jesteś przecież tym, co większość ludzi przyprawia o mdłości...
Zamarłem. A więc o to chodzi? Staruch jest zakochany w Arinie? Gdybym wiedział, nawet bym się do niej nie zbliżał, byłoby o wiele bezpieczniej.
Nagle poczułem ciężar na klatce piersiowej. Nie rozumiałem do końca dlaczego, ale szybka analiza dała nieoczekiwane rezultaty. Wszystkie symptomy wskazywały na to, że po raz pierwszy czuję coś innego niż pogardę i niechęć. Chyba Hovsep to zauważył, bo zmarszczył brwi.
- No kto by pomyślał, że taka aberracja jak ty może być zdolna do ludzkich uczuć - powiedział spokojnie, próbując ugodzić mnie stoickim sarkazmem - Ale widzisz, wybrałeś złą kobietę, Bruce. Dlatego będę musiał... usunąć cię z drogi. Domyślasz się, co zrobię z twoim ciałem?
Uniósł brwi pytająco, po czym wizja się rozłączyła, a do pomieszczenia wpadła grupa zbrojnych ludzi. Nie mogłem zrobić nic innego, niż dać się prowadzić. Przywiązali mnie do jakiegoś stołu i po chwili stanął nade mną Hovsep w swoim nowym ciele. W ręce trzymał brzytwę.
- Dzień dobry, doktorze Bruce. Bardzo tego żałuję, ale będę musiał ogolić ci głowę. W przeciwnym razie podczas operacji włosy mogą zbytnio przeszkadzać. Ale nie martw się, nie zdążysz się tym zbyt długo przejmować.
Milczałem zaciekle napinając wszytkie mięśnie. Czułem jak gładzi mi głowę ostrzem, które przy najdrobniejszym nieodpowiednim ruchu mogło wciąć się dość głęboko. O dziwo nawet mnie nie zadrasnął.
Gdy skończył, zastygł na moment.
- Poczekaj chwilę, doktorze... - mruknął, po czym wyszedł, a ja zostałem sam.
Nie próbując zgadywać, czy dostał wiadomość w rzeczywistości rozszeżonej, czy stało się coś innego, wybiłem sobie lewego kciuka i uwolniłem rękę. Mimo piekielnego bólu udało mi się dość szybko uwolnić, porwać leżący na półce z narzędziami śrubokręt i stanąć za drzwiami, którymi wyszedł. Pozostało tylko czekać i mieć nadzieję, że będzie sam...
Czas płynął wolno.
Bardzo wolno.
Z sekundy na sekundę wydawało mi się, że moje serce bije coraz wolniej.
W końcu zamarło.
Wszelkie emocje, cały niepokój i poczucie zagrożenia odpłynęły.
Byłem tylko ja, próżnia i śrubokręt, który miał się znaleźć wkrótce w skroni Hovsepa.
Uczucie było podobne do prowadzenia operacji.
Z tą różnicą, że tym razem zależało od niej coś więcej niż prestiż słóżbowy.
Gdyby coś poszło nie tak, to ja będę tu wkrótce leżał martwy...
Drzwi drgnęły. Zaczęły się otwierać milimetr po milimetrze. Najpierw zobaczyłem dłoń, następnie nos, profil twarzy i w końcu...
Pchnąłem. Śróbokręt wbił się po samą rękojeść w mózg mojego przeciwnika. Zobaczyłem w jego oczach zdumienie i niedowierzanie, przez które - choć może tylko mi się wydawało - przebijał cień mściwego zadowolenia. Choć było to tylko mgliste wrażenie, nie dawało mi spokoju.
Ciało padło na ziemię, a ja całkiem nagi usiadłem ze śrubokrętem w dłoni na podłodze. Wpatrywałem się w śrubokręt tępym wzrokiem. Pierwszy człowiek zabity w walce... Zdecydowanie bardziej wolałem bardziej subtelne metody zabijania...
Nie wiem, ile czasu tak siedziałem. Ocknąłem się, gdy do pomieszczenia weszli moi niedawni towarzysze.
- Co się tutaj dzieje, Bruce? - spytał zaskoczony Siegmunt na mój widok.
- To był Hovsep. Jakimś cudem zmienił ciało. Chciał zabić mnie, a potem was wszystkich. Mówiłem wam, że to zły człowiek.
Nagle w pomieszczeniu pojawił się hologram.
- Tu Hovsep Rudolf - zaczął, a ja zrezygnowany przymknąłem na chwilę oczy. Wiedziałem że to koniec. Otworzyłem je jednak, żeby zobaczyć, jak mnie wykończy - Jeśli to słyszycie, znaczy to, że nie żyję. Chciałem przekazać wam jednak bardzo ważną wiadomość. Na pokładzie znajduje się potwór. Nazywa się Bruce Mengele. To wszystko, co mam wam do powiedzenia, niech sam powie wam więcej.
Hovsep zniknął, ale po chwili zaczęły się pojawiać wszystkie moje materiały, które ukradł. Każdy wątpliwy moralnie eksperyment, wszystkie notatki, zdjęcia obiektów badań, słowem: wszystko, co miałem. Cały dorobek mego życia został ujawniony. Obserwowałem, jak z każdą chwilą twarze moich towarzyszy się zmieniają. Niedowierzanie, przerażenie, gniew, nienawiść... To wszytko wzbudzałem. Taki byłem. Sam również patrzyłem na wszystko, czego dokonałem. I z każdą chwilą... coraz bardziej żałowałem, jak wielu eksperymentów nie udało mi się dokończyć, ile cennego czasu straciłem kryjąc się przed Hovsepem, ile rzeczy dało się zrobić lepiej, dokładniej wykorzystać... A teraz to koniec. Za chwilę mój wybitny mózg zostanie rozsmarowany na ścianie, a w najlepszym razie czeka mnie publiczna egzekucja. Arina, a tyle mogliśmy razem dokonać, gdyby się nie dowiedzieli... Gdybyś naprawdę tego chciała, może nawet zaprzestałbym eksperymentów na niemowlakach...
Hologramy znikły. Milczałem. Widziałem jak ręka Tony'ego, którą dopiero mu zamontowałem, sięga po broń. Jednak Siegmunt i neandertalczyk go powstrzymali.
- Bruce, możesz mi powiedzieć, dlaczego? - zapytał Tony.
- Każdy ma jakieś zainteresowania... - odparłem anemicznie gotowy na śmierć.
- Ty chory skurwysynu...
- Bruce, czy jest choć jeden powód, dla którego nie mielibyśmy cię zabić na miejscu? - spytał Siegmunt patrząc na mnie wzrokiem bez wyrazu.
Poczułem dumę rosnącą w piersi i promyk nadziei na ocalenie.
- Jestem najlepszym chirurgiem na pokładzie - powiedziałem zgodnie z prawdą bez zająknienia.
- Czy jakikolwiek inny lekarz nie byłby lepszy niż ty?
- Jeśli nie zależy wam na pewności, czy w razie problemów operacja zostanie wykonana właściwie...
- Zabijmy tego skurwysyna... - wycedził Tony patrząc na mnie spode łba.
- Słuchajcie - zainterweniował kapitan, a ja w duchu poprzysiągłem mu warunkową lojalność - Może i ten koleś zrobił kiedyś wiele... bardzo złych rzeczy. Ale od kiedy pamiętamy, cały czas nam pomagał i był naprawdę przydatny. A tobie - wskazał Tony'ego - dzisiaj profesjonalnie zamontował cybernetyczną rękę. Oczywiste, że będziemy go mieć na oku. Ale ja proponuję dać mu na razie szansę, może się zmieni.
"Chciałbyś, Siegmunt..." - pomyślałem.
Choć może wcale nie było to takie niedorzeczne?


Last edited by grzymislaw on Tue Mar 31, 2015 7:27 pm; edited 3 times in total

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Mon Dec 22, 2014 7:23 pm

Dzień XXX - Tatiana

"Tu Zhong zdrajczynią. Hovsep Rudolf nie żyje. Tu próbowała przeprowadzić zamach stanu. Na szczęście został wykryty, jednak morderczyni uciekła. Poszukiwana żywa lub martwa".
Te słowa wciąż kołatały mi się po głowie, gdy razem z Thu biegłyśmy przed siebie, żeby uciec uzbrojonym mięśniakom. Gdy dobiegłyśmy do sali, która wydawała mi się względnie bezpieczna na obmyślenie jakiegoś planu, otworzyłam drzwi i mało brakowało, a pożegnałabym się z życiem. Na szczęście w porę zauważyłam napastnika i udało mi się przyłożyć mu nóż do gardła. Rzuciłam szybko okiem na wnętrze sali i zobaczyłam grupkę osób wpatrzonych we mnie tępo.
- Kim jesteście? Co tu robicie? - wyrzuciłam z siebie po szybkiej kontroli, czy warto to mówić.
- O to samo moglibyśmy zapytać was - odpowiedział brodacz, który miał chyba najwięcej pewności siebie i wyglądał na ich przywódcę.
- Tu została wrobiona w morderstwo, próbujemy gdzieś się schować, żeby ustalić plan działania. A teraz szybko, odpowiadajcie!
- Mogłabyś mnie wypuścić? - spytał żołdak, którego unieruchomiłam - Tu się raczej nie schowacie, bo zaraz wpadnie tu uzbrojona grupa, żeby nas powybijać.
A niech to... Jeśli nie dopadną nas ze względu na Tu, to mogą nas wykończyć przez czysty przypadek. Puściłam ostrożnie argesora i stanęłam z nożem myśląc chwilę.
- Za mną, arsenał może być naszą jedyną nadzieją.
Ich wódz próbował dyskutować, ale nie zwracałam na niego uwagi i pociągnęłam Tu w stronę obozowego magazynu broni. Przed oszklonymi drzwiami stało jednak dwóch żołnierzy. Gdy po burzliwej dyskusji weszliśmy do środka i już wydawało mi się, że osiągnęliśmy sukces, zamknęli za nami drzwi i wezwali posiłki. Zaklełam w duchu i rzuciłam się szukać jakiejś broni. Niestety znalazłam na początku tylko jakieś dwa pistolety, których nie potrafiłabym urzyć. Wzięłam je jednak na wszelki wypadek. Zaraz jednak dostrzegłam też trzy granaty. Na szczęście rzucić czymś takim to żadna filozofia, więc wzięłam wszystkie. Uległam jednak prośbom - jak się później okazało było to błędem - i dwa z nich oddałam współtowarzyszom niedoli z myślą, że ich urzyją. Jednak nic z tego. Gdy tylko drzwi się uchyliły, wyciągnęłam zawleczkę i rzuciłam granat w ich kierunku. Eksplodował rozrywając jednego z rebeliantów, a drugim rzucając o ścianę. Następnie nawiązała się strzelanina, też próbowałam zrobić urzytek z broni, ale nie bardzo byłam w stanie. Klęłam w duchu idiotów, którzy zabrali mi granaty i najwyraźniej nie zamierzali ich urzyć. Rebelianci mieli miotacz ognia, ale na szczęście nie udało im się z niego skorzystać. Za to jeden z podwładnych "wodza" strzelił do niego wywołując eksplozję, która podpaliła jednego z agresorów. Uciekł w popłochu, więc byłam wdzięczna strzelcowi. W końcu było po wszystkim i mogliśmy uciekać dalej. Tutaj zaraz przybiegnie ktoś nowy. Tu tym razem przejęła prowadzenie i pobiegła w stronę gabinetu doktora Hovsepa. Na miejscu zastaliśmy puste pomieszczenia, a potem zostałam z Tu w jego gabinecie, a nasi towarzysze na doczepkę przeszli do następnego pomieszczenia. Nie zwracałam jednak uwagi na to co się działo dalej, bo Tu poczuła się gorzej i zaczęłam szukać jej leku, żeby zaaplikować go jak najszybciej.

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by Gaba on Sun Jan 11, 2015 6:03 pm

Uratowanie od promieniowania - Heidy

Kolejny mikser! A niech to, akurat gdy leczyliśmy się! Całe szczęście, że byłam jedną z pierwszych. Na szczęście ten typek, co pojawił znikąd chyba wiedział dokąd uciekać, pobiegłam za nim, nie chcąc go zgubić.
Wpadliśmy do totalnie zaciemnionego pomieszczenia, ledwo zauważałam pojawiające się znikąd ściany i nagle zorientowałam się, że kapitana chyba nie ma z nami. Niedobrze, niedobrze, naprawdę potrafił podejmować rozsądne decyzje. Nawet nie miałam kiedy się z nim skontaktować, trzeba było uciekać! Wpadliśmy do jakiegoś oddzielonego pomieszczenia pełnego stolików, gdzie wypatrzyłam szafę i czym prędzęj schowałam się za nią. Gdyby tylko ESO przygotowało mnie na krwiożercze roboty... Szkolili nas z wybytnie abstrakcyjnych rzeczy, a nikt nie pomyślał o zabójczych, bezrozumnych maszynach.
Nareszcie nastała cisza, grasujący mikser oddalił się. Po chwili odważyliśmy się odezwać, okazało się, że musimy znaleźć windę, która jest prawdopodobnie na drugim końcu tego ogromnego, ciemnego pomieszczenia. Oczywiście. Powoli wychodziliśmy przez drzwi, skradając się i wypatrując czerwonego, śmiertelnego światła. Nagle dostrzegłam je! Szybko, ostrożnie wycofałam się za pobliską ściankę, obserwując dalsze ruchy robota. Na multiple! Szedł prosto w moim kierunku! Szybko rzuciłam się w kierunku, gdzie prawdopodobnie znajdowały się drzwi do pokoju z windą. Widząc, że manewr wyszedł znakomicie, z uśmiechem na ustach podążyłam dalej. Tony i ten nowy już czekali pod windą. Całe szczęście, że nie postanowili odjechać samotnie.
Jednak to nie o to chodziło, to po prostu znów te paskudne generatory. Nie ma wyjścia, trzeba iść ich szukać. Po bezowocnym krążeniu w okolicach windy, wyszłam spowrotem do wielkiego pomieszczenia. Poszłam do kabiny, która wyglądała jak posiadaczka generatora. Nic tam jednak nie było, za to zanim wyszłam, mikser postanowił zajrzeć akurat tutaj! Szybko schowałam się pod stól, który stał na środku. Postanowiłam przeczekać go cierpliwie. Niestety zobaczył mnie! Ostatnia nadzieja w stole! Przywalę go nim, po czym ucieknę jak najdalej! Niech to, przykręcony! Złapał mnie! I na co mi była ta misja? I tak oczywiście nic z niej nie wynikło. Mówiłam im w ESO, że to bez sensu, że szansa na powodzenie wynosi mniej niż jeden procent. No ale skoro tak brzmiały rozkazy starego przywódcy CIA, musiałam pojechać. Sprawa nie dopuszczenia do kontaktu z innymi istotami rozumnymi była jednak zbyt ważna. W sumie teraz to bez znaczenia. Moja misja przestała mieć cel. Co w sumie miałabym tu robić? Zacząć prowadzić życie? Bez agencji!? Nagle usłyszałam wściekłe buczenie ostrzy miksera! Oddałam jeszcze jeden rozpaczliwy strzał, który chyba nie osiągnął celu...

Włączyłam kamery. Mam wrażenie, że coś się zmieniło...

Gaba
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 11
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by Gaba on Thu Mar 12, 2015 8:03 pm

sesja 3 - Hira

log D1-547
Odzyskałam przytomność. Po chwili zamroczenia byłam w stanie stwierdzić co się stało. To ta cholerna sekta z Modrerczym Inżynierem na czele zaskoczyła nas i najwyraźniej udało im się mnie złapać. Ktoś coś do mnie gadał, ale nie byłam w stanie się skupić. Musieli mnie wcześniej ci psychole nafaszerować jakimś świństwem. Docierały do mnie jakieś tłumaczenia małej grupy, że uratowali mnie i chcą wiedzieć kim jestem. Udało nam się wkońcu dojść do porozumienia, ale nie byłam w stanie sprzeciwić się okradzeniu naszego schowka. Całe szczęście, że odzyskałam mój egzoszkielet. Przed chwilą otrzymałam komunikat od Zenona, jest dobrze, wiem gdzie są. Tylko oczywiście dziwni przybysze chcą iść za mną. Mam najwyraźniej do czynienia z kolejną chaotyczną bandą hien. Chociaż widzę że mają dwóch lekarzy. Muszę się im bardziej przyjrzeć.

log D1-548
Było o włos od otwarcia ognia, na szczęście obyło się bez marnowania amunicji. Po burzliwej wymianie zdań okazało się, że jednak przybysze mogą się przydać. Posiadali nóż plazmowy, więc była szansa na otwarcie tej upartej skrzynki. Jednak z niewiadomych mi powodów posiadacz noża złamał go! Albo jest totalnym imbecylem, albo ma dostęp do pokaźnego arsenału. Kto by łamał broń?!

Gaba
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 11
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by Gaba on Thu Mar 12, 2015 8:03 pm

sesja 4 - Hira

log D1-549
Tuż przed chwilą odparliśmy ponowny atak sekty! Udało im się nas podejść wykorzystując powstałe zamieszanie, na szczęście zadziałaliśmy szybko. Melduję, że z mojej strony było braku przydatności w walce. Sytuacja powstała przez ciągły wpływ narkotyku na mój organizm, jednak nie traktuję tego jako wymówki. Stać mnie na więcej.
Nie podoba mi się kapitan tej nowej grupy, zakazał zabicia nieprzytomnych wrogów mimo ich ewidentnego szalenstwa. Zginie kiedyś z ich ręki. Niestety bez wsparcia moich towarzyszy, musiałam ustąpić, zważywszy na to, że Siegmund Kastel wydaje się mieć wysoki stopień.
Nie pozostało mi nic innego, jak zostawić Zenona i innych pod opieką lekarza, który jest jednym z przybyszów i znaleźć inną drogę na wydostanie się z tąd.
Bilans:
- zdobyty karabin elektryczny
- zużyte 5 pociskow
- wrogowie: 1 martwy, 2 nieprzytomnych
- towarzysze: 3/3 nieprzytomnych
- przybysze: 1 nieprzytomny, 4 żywych


log D1-550
Dotarliśmy do części, w której nie ma tlenu, mamy około pół godziny na znalezienie komputera sterującego. Udało mi się unieszkodliwić karabin pilnujący następnego przejścia poprzez wygięcie go kopem z egzoszkieletu. Nie ma to jak porządny sprzęt! Za następnym korytarzem ukazało się nam pomieszczenie, w którym przebywały 3 dziwne roboty. Wyglądało na to, że jeden z nich testował poprawność pozostałych. Ten po lewej stronie był poważnie uszkodzony. Aby je unieszkodliwić użyczyłam karabin Anthony'emu. Odrazu poznałam, że jest to jeden z wyborowych strzelców.

log D1-551
Po niedługiej chwili sprawdzania rozbrojonego robota, okazało się że jest to dron kapitański! Powtarzam: dron kapitański! Żeby tylko wiedział coś o kapitanie. Ta sprawa może odmienić losy tego skazanego na zagładę statku! Ruszyliśmy dalej, jednak naszą drogę znów zastąpiły krwiożercze roboty.Sytuacja na szczęście została opanowana. Anthony jest dobrym zolniezem, ale niech przestanie marnowac moje pociski. Właśnie weszliśmy do pomieszczenia z komputerem sterującym i po chwili Walter - dron kapitański - wszedł w dostęp. Nareszczie możemy opuścić ten chory sektor.

log D1-552
Chwilkę po złamaniu dostępu uruchomiła się dziwna projekcja. Była to wiadomość od jakiegoś wysoko postawionego doktora. Nie niosła jednak ona nic konkretnego, poza tym, że autor projekcji jest jednym z poważniejszych wariatów. Takich jak on powinno sie usunąć odrazu. Przestałam miec łacznosc z moimi towarzyszami. Niedobrze. Nie było ich także w miejscu, w którym ich zostawiliśmy. Nie moge ich teraz szukac tutaj sama, pojawił sie nowy, ważniejszy cel: odszukać kapitana dzięki dronowi kapitanskiemu.

log D1-553
Przybyliśmy do Obozu.

Gaba
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 11
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by tschesky on Sat Mar 14, 2015 11:40 pm

Kendrick - Sesja 1

Nie mam pojęcia co się dzieje. Nie mam pojęcia dlaczego się obudziłem. Nie mam pojęcia dlaczego, do jasnej cholery, po obudzeniu okazałem się jednym z ostatnich obecnych w kriokomorze członków załogi. Nie mam pojęcia kim są ludzie których spotkałem - trzech zupełnie mi obcych osobników. Nie było nawet chwili by wymienić uprzejmości - przedstawić się, powiedzieć o swojej profesji, cokolwiek. Natychmiast zostaliśmy wciągnięci w wir szalonych wydarzeń, bez chwili na oddech, bez wiedzy co się tak naprawdę dookoła nas dzieje. Bez zwłoki opuściliśmy strefę hibernacji z powodu panującego tam niezwykle wysokiego promieniowania - tak czy inaczej kiedy wszystko już trochę się uspokoi powinniśmy skonsultować się z jakimś lekarzem, gdyż jestem prawie pewien że nawet tak krótki pobyt w ekspozycji mógł nam bardzo poważnie zaszkodzić. Udało nam się dostać do wagonika, który wywiózł nas do pierścienia technicznego, zanim sytuacja wymknęła się spod kontroli. Była to jednak krótka chwila radości, gdyż na wejściu do jedynego dostępnego sektora (był to chyba port kosmiczny) powitały nas lufy karabinów, trzymane przez niezbyt przyjaźnie wyglądających ludzi. Było ich trzech, dowodzący im człowiek w garniturze wyjaśnił, że przemierzają statek w poszukiwaniu zemsty za swoich poległych towarzyszy - zamordowanych przez jakąś bandę nieokiełznanych barbarzyńców. Mało mnie prawdę powiedziawszy obchodzą jego osobiste wandety, jednak wiadomość jakoby owi bandyci chcieli przywłaszczyć sobie jedyną zdolną do opuszczenia do tego burdelu jednostkę trochę mnie przejęła. Nie wiem co się tutaj wyprawia i naprawdę nie chcę wiedzieć - patrząc po stanie w jakim znajduje się cały statek mogło zdarzyć się cokolwiek a nawet najlepszy przychodzący mi do głowy scenariusz jest katastrofą w głębokiej przestrzeni kosmicznej. Podobno w okolicy znajduje się stacja na którą moglibyśmy uciec (co sugerowałoby, że nasza misja trwała o wiele dłużej niż powinna) - musimy czym prędzej dostać się do portu i spieprzać z tego cholernego statku.

W doku czekała na nas niemiła niespodzianka - nasi oponenci dotarli tam przed nami i wszystko zgubiło się w chaosie rozgorzałej dookoła strzelaniny. Oni próbują nas podejść, my mamy drona bojowego ale poza tym nie wiem na co liczymy. W tym samym czasie do dokowania podchodzi czółno - podmiot tej całej awantury - jest w opłakanymi stanie a do tego system rozwrzeszczał się alarmami o obcych formach życia na pokładzie. Próbowałem połączyć się z R+ tamtej grupy - w końcu osobiście nie szukam z nimi zwady, jestem do tego doświadczonym pilotem i inżynierem, co z pewnością by im się przydało. Moją wiadomość przechwycił jednak jakiś dupek, który ją zignorował. Nie wiem co z tego wszystkiego będzie.

tschesky
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 12
Join date : 2014-03-10

View user profile

Back to top Go down

Pablo Gonzales - dzień 0

Post by Tomek on Mon Mar 16, 2015 10:58 am

Dzień 0. Przebudzenie. Przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych. Pod siatkówką oka wciąż przebijają się jeszcze obrazy wchodzenia do statku, zdawania rzeczy, przyznawania uprawnień i zanurzania się w półpłynnej-półstałej zawiesinie kriogenicznej, obrazy z przeszłości rozmywają się z powidziadłami na granicy realności, w tym jakże obcym i mylącym dla człowieka stanie półśmierci snu kriogenicznego. Po chwili, rzeczywistość zwija się, w oczy uderza oślepiające światło, w płuca napływa ostre powietrze, bębenki uszu wibrują wściekle od wymawianych martwym elektroniczym głosem słów. Ziemia rusza na spotkanie, po czym zmienia się w otępiającą umysł nieważkość, uderza w głowę i skręca żołądek, którego treść unosi się miarowo w miękkiej bezgrawitacji. Pablo wymiotuje gwałtownie. Rozgląda się po pomieszczeniu, a oprócz niego jeszcze dwóch innych równe co i on zdezorientowanych rozbitków, próbuje dojść do siebie po nagłym przebudzeniu. Dookoła komory kriogeniczne, wszystkie otwarte lub odłączone, w środku szkielety, martwe ciała, nagie, ubrane, porzucone, obraz śmierci, przetykanych przerwami w dostawie zasilania. Terminal informuje o wysokim stopniu skażenia radioaktywnego, elektroniczny automat powtarza sygnał o destabilizacji procesu cyrkulacji plazmowej. Pablo dochodzi do siebie, zamienia kilka słów z innymi rozbitkami, ubiera się i dryfuje do konsoli by sprawdzić co się dzieje. Wysokie skażenie radioaktywne oznajmia automat. Ponad 2G na sekundę. Historia logów. Brak uprawnień. Poziom 0. Poziom 0? To tak jakby nie był członkiem misji. Próbuje jeszcze raz. 0. 0. Nie ma czasu teraz o tym myśleć. Towarzysze poganiają do wyjścia. Tam jest bezpiecznie. Tam nie ma zabójczego promieniowania. Uciekają.

Kolejka
Pablo i pozostali ludzie jadą kolejką. Od komputera dowiedzieli się, że jedynym dostępnym miejscem jest mostek kapitański. Hangary. Pozostali ludzie, jadący z Pablem, to Kendrik, krzepki murzyn, oraz Wild, człowiek o aparycji naukowca, wspominał, że jest lekarzem. Są zdenerwowani, w windzie widnieją ślady walki oraz mordu o których świadczy zaschnięta krew. Wagon się zatrzymuje. Po chwili w drzwi słychać głuche łupanie. Zamierają. Czy to mordercy, którzy przelali krew wcześniej w tym miejscu? Czy tak wygląda ich sposób działania, zwabiają ludzi do tego miejsca po czym ich mordują. On i Wild przypadają z dwóch stron do drzwi, Kendrik wyłamuje stalowy pręt. Drzwi ustępują, celuje w nich dwóch ludzi, pryszczaty oprych i żołnierz w pełnym pancerzu bojowym. Za nimi stoi jegomość w eleganckim garniturze. Opór nie ma sensu. Milczenie przedłuża się. Elegancki uspokaja. Wydaje się wręcz cieszyć na ich widok. Oznajmia, że na misji wszystko poszło źle i że trzeba uciekać. Oraz, że wie gdzie znajduje się statek, który mógłby zabrać ich z misji skazane na zagładę. Co robić? Rację ma ten kto trzyma rękę na spuście i i stoi po właściwej stronie lufy (i ma lufę). Pablo jak i pozostali oferują gorliwą chęć pomocy, dostaje nawet broń od Teda, tego żołnierza. Jedynej osoby, która w tej zgrai sprawia profesjonalne wrażenie, przed którą Pablo, jako wojskowy, czuje instynktowny szacunek. Jednocześnie przypomina sobie o pozostałych chłopakach z odddziału, o których zapomniał z nadmiaru wrażeń. Czy żyją? Czy też udało im się wydostać z komór? Ruszają za elegantem, Derrekiem, i jego świtą.

Hangar
Derrek od początku nie podobał się Pablo. Jego garnitur i sposób mówienia, przywodził mu na myśl małą, oślizgłą knującą łasicę. A teraz doszło jeszcze do tego, że jest szalony. Bez powodu wpada w złość, gada do siebie, miesza fakty. Pablo ma zamiar przy pierwszej możliwej okazji opuścić to podejrzane towarzystwo. Tylko gdzie miałby pójść? Derrek wydaje się orientować w sytuacji, więc podążanie za nim jest lepsze, bo przynajmniej nie jest na oślep. Dochodzą do hangaru. Derrek jak wariat rzuca się do konsoli, chcąc niby przywołać statek i zaczyna przy niej dłubać, wląć w nią pięścią i złorzecząc do siebie. Pablo jest w coraz gorszym nastroju, patrzy na Teda, chcąc zagadnąć go o jego służbę wojskową i zapomnieć na chwilę o swoim szalonym przewodniku, gdy nagle szybę za którą stoją kruszy na drobne kryształy strzał. Ktoś zostaje ranny. Przypadają do podłogi. To pewnie ci bandyci, o których wspominał Derrek. Wyświetlił im zdjęcia operacji na małych dzieciach, ponoć zabili towarzysza Teda. Pablo nie ma wątpliwości to źli ludzie, od których na powitanie można otrzymać jedynie kulkę w oczy. Rozpoczyna się piekło. Pryszczaty dopada skrzynki z narzędziami i montuje drona, którego wcześniej nie zauważyli, po czym krzyczy, żeby zejść na dół między kontenery rozładunkowe, by wykończyć wrogów. Kendrik zakłada inżynierską rękawicę, którą może kontrolować wielki magnes na suficie, służący do przesuwania kontenerów. Zbiegają z Wildem i pryszczatym, Pablo przypada do pierwszego kontenera i celuje w prześwit, który tworzy on z kontenerem sąsiednim. W międzyczasie padają strzały z broni maszynowej, a chwilę później za jego plecami eksploduje granat. Wild zwija się z bólu. Cholera! Walą w nich wszystkim co mają. Pablo zastga niezdecydowany. Czy powinien wraz z Tedem i resztą rzucić się w wir walki, czy wycofać razem z rannym towarzyszem, by mogli złapać oddech i przeanalizować sytuację?

Wersja wstępna, jeszcze będę edytował, bo zaraz mam zajęcia Wink

Tomek
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2015-01-15

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by tschesky on Mon Mar 16, 2015 12:07 pm

Widzę, że poziom streszczeń właśnie poszedł w górę Very Happy

tschesky
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 12
Join date : 2014-03-10

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by cybercrow on Mon Mar 16, 2015 6:31 pm

Dzień 0

Przebudzenie

Według opisu lekarza pokładowego przebudzenie ze snu kriogenicznego miało przypominać ciężkiego kaca po nocy w Las Vegas. Widok, który wyłonił się przed oczami przekonał Wilda, że był to opis proroczy. Wszędzie burdel, niesprawne oświetlenie i potworny ból głowy. Brakowało tylko niedopitej butelki whisky i na wpół wciągniętej kreski. Wspomnienie wyjazdów na konferencje naukowe boleśnie ukłuło Wilda. To już nie wróci. Szczęśliwie implanty działały i szybko dostał raport ze stanu swojego organizmu. Przy obecnym stanie napromieniowania Wild był zdziwiony, że razem z płynem kriogenicznym nie odpłynęły mu włosy. Szybki skan pomieszczenia w podczerwieni pozwolił zauważyć dwóch innych ludzi, którzy wyróżniali się z temperatury pomieszczenia. Wypluwając resztki płynu kriogenicznego Wild na chybił trafił odbił sie w stronę jednego z nich. Po krótkiej chwili dołączył kolejny towarzysz. Wtedy dopiero otworzyli oczy  zdali sobie sprawę, że są nadzy. Niemal jak Biblii. Po szybkiej wymianie spojrzeń i jeszcze szybszej wymianie zdań Wild podryfował w stronę swojej komory i ubrał się w przygotowany strój.

Wszyscy zgodnie udali się w stronę centralnego panelu. Okazało się, że są jedynymi, żyjącymi osobnikami. Oprócz trójki ocalałych nie było żadnych sygnatur życia, a przy panelu unosił sie w miarę świeży trup. Szybka analiza otoczenia wykazała, że jest znacznie więcej pustych komór kriogenicznych niż ciał. Dawało to nieco nadziei, że jeszcze nie wszystko poszło w cholerę. Okazało się, że jest dostępny transport poza strefę hibernacji, z którego ocaleni mogli skorzystać.

Wagonik

W wagonie pełno było zaschniętej krwii. Dzięki sterylności pomieszczenia nie zaczeły na niej rozwijać żadne bakterie. W warunkach kosmicznych i bez dostępu do zapasów medycznych nawet i takie drobnoustroje były w stanie zabić człowieka. Szczególnie tak napromieniowanego. Wildowi przyszedł do głowy pomysł. Na statku musi być laboratorium mikrobiologiczne. Przy odrobinie szczęścia możliwe byłoby uzupełnienie własnych białych krwinek immunoboosterami. Do tego czasu wypadałoby nosić jakąś maskę chroniącą górne drogi oddechowe. Niestety w cholernej kolejce nie było niczego co nie byłoby obryzgane krwią.

Kompanem okazał się być spec od nanobotów i łysy murzyn, bliżej nie określonej specjalizacji. Po dotarciu do jedynej dostępnej stacji okazało się, że ktoś wyszedł Wildowi et consortes powitanie. Wild razem z Pablo przypadli do ściany przy drzwiach a Kendrickowi udało się ad hoc znaleźć broń - stalowy pręt. Ekipa powitalna była uzbrojona po zęby, w takich warunkach ciężko negocjować i przystaje się na wszystkie warunki. Szefem ekipuy okazał się być niejaki Derrek, ubrany elegancko lecz sprawiający wrazenie niestabilnego psychicznie. Nie ma co jednak na nią narzekać. Dzięki niej zamiast zostać zastrzeleni na miejscu, Wild et consortes dostali podstawowe uzbrojenie. Cokolwiek indukowało niestabilność psychiczną u Derreka nie  powodowało jednocześnie bezinteresowności. W zamian za broń, mieli pomóc zlikwidować grupę zwyrodnialców. Derrek niemal z lubością opowiadał o tym czego dopuściła się owa grupa. Na liści brakowało tylko niepłacenia podatków i znęcania się nad zwierzętami.

Wrodzony sceptycyzm kazał Wildowi wątpić w słowa Derreka, wrodzony instynkt samozachowawczy kazał trzymać gębę na kłódkę.

Hangar

W hangarze było pełno kontenerów. Od przybocznych Derreka Wild dowiedział się, że nic w nich nie ma - co prawdopodobnie znaczyło "nic co powinno cię interesować". Derrek dopadł do konsoli, okazało się że do hangaru miał przybyć jakiś statek. Pytanie co to mógł być za statek? Z poprzedniej misji? Z następnej misji? W całym zamieszaniu Wild nie zorientował się nawet ile spał w komorze kriogenicznej. Z ciekawością Wild podszedł bliżej konsoli i oszklonego widoku na halę z kontenerami. Okazało się, że na statku są niezidentyfikowe formy życia. Epokowe wydarzenie, kontakt z obcą cywilizacją i on, Wild Growth będzie uczestniczył w tym wydarzeniu! Towarzystwo może trochę słabe, ale chwila historyczna! Rozważania przerwał dźwięk rozpadającej się szyby i przeszywający ból w prawej ręce. Na szczeście zbrojone szkło wchłonęło dużą część energii kinetycznej i ręka chociaż pokiereszowana, to była jednak na swoim miejscu. Okazało się, że grupa, którą ścigał Derrek znalazła ich wcześniej. Wild podniósł sie sycząc z bólu i zgodnie z rozkazem pobiegł za uzbrojonym żołnierzem i schował się za jednym z konterów.

Brak przeszkolenia bojowego i uszkodzona ręka uniemożliwiały skuteczną konfrontację. Asekurowanie tyłów żołnierza zdawało się najlepszą opcją. Trzesąc się z bólu Wild wycelował zaraz obok kontenera czekając aż ktokolwiek spróbuje stamtąd wyskoczyć. Z tego co stało się później Wild pamięta jedynie wybuch granatu oraz rój odłamków rozrywających ubranie i wbijających się w ciało. Ostatnią myślą jaka przemkneła mu przez głowę było "kto do ciężkiej cholery wnosi granaty na statek kosmiczny".

cybercrow
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 10
Join date : 2015-01-28

View user profile

Back to top Go down

Pablo - uwikłani w szaleństwo

Post by Tomek on Wed Mar 25, 2015 3:28 am

W ogniu walki
Najpierw padły strzały, w chwilę potem świat został wstrząśnięty eksplozją granatu. Wild zwija się z bólu, Pryszczaty coś krzyczy. Pablo jest oszołomiony. Co robić? Brać Wilda i uciekać z tej nierównej walki, na którą zdecydowanie nie są jeszcze gotowi, czy stawić czoła tym walącym do nich zewsząd, ze wszystkiego co mają, sukinsynom?  Myśli przebiegają przez głowę Pabla jak błyskawica, w uszach dzwoni od niedawnego wybuchu. Musi podjąć decyzję. A przynajmniej tak mu się wydaje. Bo decyzja zostaje podjęta za niego. Krzepkie przedramię zaciska się na jego szyi, na skroni czuje ostrze metalowego przedmiotu. Śrubokrętu. Nie może się uwolnić. Kolejne szaleniec! Czuje gorący oddech. Słyszy zimne, bezkompromisowe słowa. Ale nie udaje mu się na nie zareagować. Pryszczaty obraca się i bez chwili wahania oddaje strzał. I jeszcze jeden. W dupie ma, że Pablo niemal całkowicie zasłania wroga. Pablo dostaje w ramię, tuż poniżej obojczyka. Nie pomaga wzmacniana skóra. Ani jej druga warstwa. Amunicja przebijająca. Oczy Pabla zalewa fala bólu, nogi odmawiają posłuszeństwa, padają kolejne strzały rykoszetujące po kontenerach i podłodze, Wild jęczy z bólu, przestrzeń ustępuje miejsca sklepieniu i bladej poświacie jarzeniówek. Dookoła trwa walka, Pablo nie jest w stanie nic zrobić. Szaleniec wlecze go, bezwładnego, za sobą. Coś płonie, wszędzie dym. Zastrzyk w rękę, ból opada. Sam Pablo też zostaje rzucony, obok dziewczyna, Azjatka. Jej oczy załzawione, jej stopa dymiący kikut. No tak. Widział u Teda broń plazmową. Ostrzał natęża się. Chyba jest za linią ognia. Tylko po niewłaściwej stronie frontu. Nie może zebrać myśli. Powoli dochodzi do siebie. Krzyki bólu, pojedyncze  wystrzały. Tysiące myśli w głowie. Może jednak ludzie, na których natrafili nie są tacy źli. Ostatecznie nie byli ich celem, a jedynie przeszkodą oddzielającą ich od Derreka. Jedynym, który do niego strzelał był Pryszczaty, a ci z drugiej strony nie dość, że nic mu nie zrobili, to jeszcze pomogli. Chociaż Wild… Strzały cichną , słychać już tylko jęki bólu i huk ognia. Cała ściana kontenerów przed nim płonie. Obok dymią, ciepłe jeszcze, smętne szczątki podziurawionego drona. Oraz spoczywa ciało Pryszczatego, jego czoło przyzdobione karminową plamą.  Pablo wstaje. Z trudem. Chwieje się na nogach,  rozgląda wokół. Żar ognia bije w twarz, faluje powietrze. Palony metal jęczy żałośnie. Pablo spluwa. Przez huk ognia docierają odgłosy rozmowy. Pablo rusza w ich stronę.

Ci drudzy
Zza kontenerów ukazują się nieznajome postaci. Ted leży martwy w kałuży krwi, ściskając w swych umęczonych rękach pistolet. Obok niego miotacz plazmy, a obok miotacza Kendrik. Kendrik, z przysmażoną połową czaszki, strzępy skóry zmieszane z włosami i mięsem. Czy to Ted strzelił do niego, gdy próbował wraz z nimi wejść na statek? Pablo coraz bardziej żałuje, że kiedykolwiek natknęli się na tego Derreka. Derrek. Derrek leży teraz, postrzelony w nogę, między początkiem pomostu do cumowania, a statkiem. Który też nie wyszedł bez szwanku – jeden z silników zapalony,  kłęby dymu. Upalna temperatura powoli staje się nie do zniesienia. Derrek krwawi z prawej nogi. Nad nim nieznajomy dumny człowiek, padają groźby. Lodowate słowa. Błagania Derreka. Obietnica dużych pieniędzy. Kapitan, tak go w głwoie nazywa Pablo, wydaje rozkazy reszcie nieznajomych. Bez wątpienia on tu rządzi. Po Derreku przyjdzie kolej na Pabla. Po tym jak opatrzone zostają rany Azjatki, dowódca karze lekarzowi zająć się także Pablem, Wildem i Kendrickiem. Pablo jest zaskoczony. Doktor Bruce opatruje nogę Wilda oraz sprawdza  głowę Kendrika, który istnym cudem rozminął się ze śmiercią. Co się stało? Czemu jego głowa jest w niemal połowie zwęglona? Po ludziach otaczających dowódcę widać, że to zawodowcy. Nie mieli z nimi szans. Szczególnie mając za sojusznika Derreka. Właśnie, Derrek. Derek wstaje i zaczyna odchodzić, zataczając się na zdrowej nodze. Życie kosztowało go 30000 kredytów. Widać wszystko można kupić. Pablo nie śmie protestować, jego sytuacja nie jest pewna. Teraz nie ma czasu o tym myśleć. Kapitan, Sigmund, zwraca się w jego stronę. Po raz kolejny padają wyjaśnienia i obietnice. Tak jak ostatnio. Ale tym razem są szczere, Pablo nie może jeszcze zaufać tym ludziom, a oni jemu, ale ma wrażenie, że wraz z nimi i Sigmundem dadzą radę przeżyć i opanować tą tajemniczą sytuację. A i sami mogą wiele pomóc, dzięki swoim umiejętnościom, o czym pewnie wie Sigmund.

Póki co muszą się zbierać. Sigmund chce zdiagnozować statek. Dziwny, uszkodzony statek z napisem Dioscurus-2. Badanie życia wewnątrz hermetyzowanego wnętrza wykazało istnienie obcych form życia, z czego przynajmniej jedno na pewno nie posiada DNA należącego do typowego życia ziemskiego, tak przynajmniej mówi Wild, a on się na tym zna zna, bo to genetyk. Sigmund chce, by wszyscy oprócz niego, Wilde’a i Bruce’a opuścili hangar. Pablo przed wyjściem przetrząsa jeszcze skrzynkę z narzędziami, z której korzystał pryszczaty, po czym zabiera szczątki drona, może uda się coś z niego uratować. Bądź, co bądź, tym głównie zajmował się przez większość swojej służby na Ziemi.

Narada
Ilość faktów jest przytłaczająca. Pablowi momentami wręcz kręci się w głowie. Spróbujmy je podsumować.

Po pierwsze, nie obudzili  się, jak to było planowane po latach kilkudziesięciu, ale po kilkuset, z  gruba licząc po około ośmiu wiekach.

Po drugie, w skład ich kompani wchodzi  szalony doktor, poszukiwany przez połowie statku i prawdopodobnie na całej Ziemi, za nielegalne eksperymenty na dzieciach i ich ciałach.

Po trzecie, sam statek jest w opłakanym stanie, bardziej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, system diagnostyki wewnętrznej Lotus, nie daje regulatorowi obiegu plazmy więcej niż miesiąc.

Komputer pokładowy Ahmadan zbuntował się, a roboty inżynieryjne zamiast statek konserwować, jak to miały zawsze w zwyczaju, zaczęły rzucać się na ludzi i urywać im głowy.  

Zablokowany został dostęp do połowy, jeśli nie większości pomieszczeń, pałętające się wszędzie roboty polują na tych co przeżyli, czyli około na tysiąc osób. Z trzech, co wyleciało.

Coś jeszcze? Ach, tak. Ludzie podzielili się między sobą, kapitan statku zaginał, drugi po nim w kolejce generał Lebega wprowadził dyktaturę wojskową, część naukowców i lekarzy (tak zwani Wolni) odłączyła się od niego i grozi, że zniszczy system filtracji wody, a w hangarze ze statkami kosmicznymi zabarykadowała się bliżej nieznana grupa, która nikogo nie chce do siebie dopuścić na odległość większą niż strzał z turreta, co też traktuje jako jedyny sposób prowadzenia negocjacji.

Do tego na tajemniczym statku z Dioscurusa-2, zbadanym przez Sigmunda oraz lekarzy, znaleziono szkielety ze zmasakrowanymi rejonami brzucha oraz zarodniki obcego pochodzenia. Bruce i Wilde uważają, że to one odpowiadają za ten stan zwłok w stateczku. Kapitan zdecydował się na zrzucenie statku, po tym jak został on zbadany. Próbki zarodników zostały pobrane przez Bruce’a.

Ponadto mają w swoich rękach czarną skrzynkę statku, pokrytą jakimiś dziwnymi gumiastymi kuleczkami, których wszyscy boją się dotykać. Wiedza w niej zawarta może wyjaśnić tajemnicze losy Dioscurusa-2. Póki co skrzynka trafiła do hermetycznego pojemnika na żywnośc.

Sigmund wyłącza się na chwilę z rozmowy. Obóz Wolnych, żąda właśnie od niego zniszczenia aparatury Lotusa, by wiedza w niej zawarta nie dostała się do Lebegi.

Po prostu pięknie.

Trzeba podjąć decyzję co robić dalej, możliwości są niewesołe. Najpierw plan długofalowy. Tworzą się stronnictwa, jedni chcą uciekać z Dioscurusa najszybciej jak to możliwe i szukać ratunku w bazach zbudowanych przez Dwójkę. Pablowi nie podoba się ten pomysł, nie wiadomo nawet, czy DIoscurus-2 dał radę zbudować jakąkolwiek bazę, uciekając w nieznane mogą z dużym prawdopodobieństwem tylko przedłużyć  swoją agonię o kilka tygodni, czyli do czasu wyczerpania zapasów tlenu. Druga opcja to zostać na statku, gdzie żadnych zasobów nie zabraknie, ale zostaje problem maszyn i niestabilnego rdzenia.
Podejmują decyzję. Priorytet ma Lotus, nie należy wypadać z łask Wolnych, ale niszczenie go nie ma sensu, jest zbyt ważny, decydują się uniemożliwić na jakiś czas do niego dostęp. A jak to najlepiej zrobić? Bruce wpada na genialny pomysł. Demonem. I to dobrym. A kto ma najlepsze demony i wie jak ich użyć? Czarna Twierdza - jeszcze jedno stronnictwo. Posiada znakomitych specjalistów, którzy zrobią wszystko, ale to absolutnie wszystko, jeżeli poda się odpowiednio wysoką cenę. Tak przynajmniej mówi Sigmund.  Z kasą od Derreka powinno spokojnie wystarczyć. Cel numer dwa – znaleźć eksperta, który wydobędzie na światło dzienne zawartość z czarnej skrzynki. Jej ochrona przed dostępem okazała się zbyt mocna dla specjalistów z zespołu. Nikt nie chce ryzykować permanentnego zamknięcia się jądra. Kolejny cel zależeć będzie od tego, czego dowiedzą się z czarnej skrzynki. Ruszają w kierunku Czarnej Twierdzy. Czas ucieka, a poplecznicy generała Lebegi już forsują kolejne korytarze pionu technicznego.

Bruce
Pabla niepokoi doktor Bruce. Często słyszy odgłosy, których inni nie słyszą oraz rozgląda się mętnym wzrokiem za czymś tylko sobie znanym. Mimo ciężaru części z drona, którego nie udało się w końcu naprawić, a tylko rozmontować istotne części i rannego Wilda, wspierającego się na jego ramieniu, Pablo często odwraca się w stronę doktora. Z Brucem wydają się być nierozerwalnie związane upiorne, demoniczne wręcz zdarzenia. Kulminację osiągnęły one niedawno, w czasie przeprawy do Czarnej Twierdzy.

Pablo jeszcze teraz żywo pamięta obraz jak z Sigmundem próbowali otworzyć ręcznie drzwi w zablokowanym korytarzu.
Wąska alejka odbiegająca od głównej drogi. Pękająca rura z wrzącą  parą akurat w momencie, gdy w jej pobliżu przechodził  Sigmund. Całe szczęście, że w skafandrze. Upiorne, słabo oświetlone pomieszczenie z konsolą do ręcznego otwierania drzwi i rząd worków ułożonych wzdłuż ściany, każdy wypełniony czymś wielkości dziecka. Drzwi po przeciwległej stronie ściany rozsuwają się, do środka wchodzi stary, podniszczony robot, patrzący ślepo przed siebie. Składa pod ścianą kolejny bezwładny wór. Wychodzi. Wtedy, wśród ciszy, niczym metal szorujący po tablicy, pojawia się doktor Bruce. Oczy ma błędne. Rozchyla worek – ciało dziewczynki. Wiedziony tylko sobie znanym impulsem  rusza dalej w stronę drzwi. Pablo nie pamięta dokładnie co się stało i jakich argumentów użył kapitan, aby przywołać  Bruca do porządku i odwieść go od tego czegoś, czego nikt nie był w stanie określić, ale co napełniło ich niezrozumiałym poczuciem grozy. Dość powiedzieć, że zmiatali stamtąd najszybciej jak potrafili, niemal ciągnąc Bruce’a za sobą. A w każdym razie bacznie, bardzo bacznie, go obserwując. Postanowili nie mówić o tym reszcie  zespołu.

Kulminacja
Dostęp do Lotusa został zablokowany na tydzień, kosztowało to ich 12000 kredytów.  Po opuszczeniu Czarnej Twierdzy, skierowali się do obozu Wolnych, by odpocząć, poukładać sobie wszystko w głowach, a także dokonać napraw i uzyskać pomoc medyczną oraz, przede wszystkim, zastanowić się kto byłby w stanie odzyskać dla nich informacje z wnętrza czarnej skrzynki, będącej prawdopodobnie jednym z najcenniejszych przedmiotów jakie znajdują się na DIoscurusie. W niej były informacje, czy mają  dokądkolwiek uciekać z Dioscurusa-1, jak potoczyły się losy Dwójki oraz czy statek na którym się obecnie znajdują  stał  się ich jedynym domem, a być może także i grobem.

Sigmund udał się na spotkanie z przywódcą obozu, lecz reszta nie miała zbyt dużo czasu na załatwienie swoich spraw. Oto spod wejść dobiegają odgłosy strzałów. Ludzie Lebegi, chcąc raz na zawsze załatwić sprawę, otaczają obóz i żądają bezwarunkowej kapitulacji. Co zrobią Wolni? Czy odważą się na zniszczenie systemu filtrowania wody, który okupują, a który jest kluczowy, dla funkcjonowania statku? I jak się w tej sytuacji zachować powinna drużyna? Co kryje się w czarnej skrzynce? Czy siłowe rozwiązanie jest jedynym wyjściem z sytuacji?

Tomek
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2015-01-15

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by cybercrow on Wed Mar 25, 2015 6:54 am

Fucking awesome! Dzięki za streszczenie Smile

cybercrow
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 10
Join date : 2015-01-28

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by Gaba on Mon Mar 30, 2015 6:02 pm

sesja 5
log D1-554
Nie zdążyłam się porządnie rozejrzeć po obozie, gdy nagle zatrzymała nas grupa uzbrojonych goryli. Nie chodzilo im o mnie, ale zastali mnie z niewłaściwymi ludźmi. Zamknęli nas w pustym pokoju, który wyglądał, jakby był przeznaczony do zebrań. Po chwili dezorientacji na ścianie pojawił się przekaz gościa, który prawdopodobnie tutaj rządzi. Cudownie, powiedział, że muszą się nas pozbyć. Na szczęście w następnej chwili oberwał kulą w potylice. Oczywiście nie poprawiło to naszej sytuacji, ponieważ właśnie staliśmy się jedynymi świadkami ewidentnego przewrotu. Chyba nic tu po nas. Zanim Tony zdążył wyłamać drzwi, otworzyły się i do środka wpadła jakaś blondyna wraz z koleżanką. Świetnie, okazało się, że też uciekają i najwyraźniej pokażą nam droge wyjscia z tego bajzlu.

log D1-555
Wow, udało się nam dostać do arsenału! Nie był co prawda zbyt bogaty, ale zawsze to coś. Niestety strażnik zawołał wsparcie i nawiązała się walka. Nie wiem co się ze mną dzieje, znów byłam nieprzydatna, a przecież wpływ narkotyku powinien już minąć!
Bilans:
- zdobyte: 3 magazynki 9mm, 2 granaty, nóż bojowy
- wrogowie: 3 martwych

log D1-556
Biegnąc dalej, znaleźliśmy się w gabinecie jakiegoś lekarza. Kapitan wszedł do sąsiedniego pomieszczenia, w którym znajdował się ten ich lekarz, z tym, że był nagi, łysy i siedział ze śrubokrętem przy zwłokach gościa z projekcji z pierścienia medycznego. Wyglada na to, że ten żywy jest największym psychopatą, jakiego spotkałam w życiu. Zwłaszcza po broadcascie, który właśnie widziałam na globalnym. Lepiej mieć go na oku, bo kapitan chce go miec w druzynie. Niestety żywego.

Gaba
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 11
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by cybercrow on Tue Mar 31, 2015 9:17 am

Ucieczka z laboratorium

Osoba, która wypuściła zakażonych wykazała się niebywałą lekkomyślnością. Dla dobra reszty stada powinna zostać odstrzelona. Kosmos to nie jest bezpieczne miejsce, nawet jeżeli uda się znaleźć odpowiednie środki medyczne to dla niektórych może być już za późni. Wild pospacerował w stronę korytarza. "Co może być przyczyną zakażenia?". Przyczyna nie kazała na siebie długo czekać. Z implantu UV przyszło powiadomienie. Wild przełączył się na wizję UV i cicho przeklął. Cały korytarz w zatrważającym tempie wypełniał się zarodnikami.

Zorientowawszy się, że nie ma na sobie żadnej ochrony górnych dróg oddechowych Wild lekko spanikował. Wbiegł do laboratorium dopadł do pierwszego lepszego łóżka, porwał prześcieradło w szmaty i okręcił ją sobie wokół głowy. Oczka w tkaninie są zbyt duże, nie zatrzymają zarodników, ale przynajmniej zredukują ilość wchłoniętych mikrobów. Szybkim krzykiem wyjaśnił zdziwionym lekarzom co się święci. Z odrobiną zazdrości spojrzał na Hirę, która miała hełm, który znacznie lepiej mógł uchronić górne drogi oddechowe.

Wszyscy wybiegli w bezładzie w kierunku hali B. Nie oglądajac się za siebie Wild popędził razem z nimi. Udało się dobiec do komory dekontaminacyjnej. Gdy drzwi zamknęły się za nimi Wild odetchnął z ulgą. Zazwyczaj nie przepadał za procesem dekontaminacji, zapach substancji zwyczajnie go drażnił. Widząc teraz jak zarodniki kłębią się po drugiej stronie drzwi oparł się o ścianę i odetchnął. Kwestia czasu, otworzą im drzwi. Nie będzie problemu.

Przed Halą

Drzwi jednak się nie otwierały. Osoby po drugiej stronie zaczęły się o coś spierać. Ostateczne doszły do konsensusu i drzwi pozostawały zamknięte. Pięknie. Jeden z lekarzy nie wytrzymał i zaczął uderzać w szybę w panice. Zły pomysł. Po drugiej stronie broń ustawiła się w gotowości. Na szczęście sprawca całego ambarasu stanął teraz na wysokości zadania i uspokoił lekarza.

Wtem drzwi za nami zaskrzypiały. Głośny jęk metalu oznajmił, że pomieszczenie nie jest już szczelne. Po chwili Wild poczuł dziwny, zatęchły zapach. "Wspaniale, no to mam to już w płucach". Winowajcą okazała się chinka. Wild miał ochotę skupać jej dupsko, ale ostrza wystające z protez ręki skutecznie go zniechęciły. Chinka odpychała naukowców na boki i zmierzała w kierunku drzwi prowadzących do Hali B.

Za chwilę będzie gorąco. Wild dopiero co pozszywany i doprowadzony do jako takiego stanu wybitnie nie palił sie do walki. Postanowił wycofać się i poszukać alternatywnego przejścia. Po drodze znalazł Hirę czołgającą się bez hełmu i protezy stopy. Trudno, mleko się rozlało - został już zainfekowany, może warto przed śmiercią zrobić dobry uczynek. Podniósł Hirę i pomógł się jej poruszać. Gdy wrócili do hali B było już po wszystkim.

Jeden z naukowców oberwał granatem, pozostali próbowali go ratować. Przy korytarzu prowadzącym do rynku leżały zmasakrowane zwłoki. Natomiast Sigmunda aresztowało dwóch zbrojnych, dwóch kolejnych prowadziło gdzieś rosłego murzyna. Nietrudno było go rozpoznać, najemników Black Waters łatwo rozpoznać po uniformach. Ten jednak nie był szeregowym Black Watersem, tylko szefem całej organizacji. Coś musiało pójść bardzo nie tak, że dał się schwytać.

Wildowi wpadł do głowy plan. Zwrócił się do Hiry z pomysłem oswobodzenia szefa najemników, jego siatka kontaktów mogłaby się okazać przydatna. Podczas gdy zbrojnych w tym obozie było z dnia na dzień coraz mniej. Wystarczyłoby przekonać zbrojnych, że również są zarażeni i ich koledzy najprawdopodobniej się na nich wypną, a co bardziej prawdopodobne poczęstują laserem.

Niestety akcja potoczyła się zbyt szybko i wszyscy wylądowali na rynku.

Rynek

Na rynku do Wilda i Hiry podeszła chinka, jedna lokalnych kobiet. Biorąc pod uwagę, że była jedną z osób, które nie chciały wypuścić Wilde'a i jego znajomych z komory dekontaminacyjnej nie za bardzo miał ochotę jej zaufać. W milczeniu przeskanował pomieszczenie w poszukiwaniu zarodników. Czysto. Widocznie nie są w stanie przeżyć dowolnie długo poza organizmem żywiciela i najprawdopniej rozwijają się teraz w drogach oddechowych wielu ze znajdujących się na rynku ludzi. Z relacji chinki czas inkubacji choroby wynosił w przybliżeniu 1.5 dnia. Mało, bardzo mało. Musi szybko mieć dostęp do jakiegoś laboratorium i próbki patogenu.

Zarząd obozu zwołał spotkanie wszystkich lekarzy i wojskowych. Niezła próba. Biorąc pod uwagę, że większość lekarzy sama może być teraz zarażona. Wojskowi mają tendencję do wybierania prostych rozwiązań. Wild cenił sobie swoje życie, postanowił rozwiązać problem na własną rękę z pomocą dawnych wrogów.


Laboratorium Hovsepa

Z relacji Hiry najbliższe sprawne laboratorium znajdowało się w apartamentach i należało do Hovsepa. W środku znajdował się stół operacyjny oraz niezbędne oprzyrządowanie do przeprowadzenia biopsji. Hira była najdłużej wystawiona na działanie zarodników i zaoferowała się, by to na niej przeprowadzić biopsję. Wild znieczulił ją dawką morfiny, po czym wbił strzykawkę w lewe płucu i odciągnął trochę płynu z płuc. Hirze została niewielka rana, która powinna szybko się zagoić. Analia płynu pod mikroskopem wykazała, że Hira jest czysta. Żadnego śladu rozwoju, nareszcie dobra wiadomość. Wild odkaszlnął, niestety krwią. Poczuł również, że coś dziwnego rośnie mu w ustach. Niestety on nie miał tyle szczęscia. Zobaczył też, że z ust wyszła mu niewielka mgiełka zarodników. Wrodzony altruizm nie pozwolił narażać pozostałych członków załogi, rozkazał żeby wprowadzić do izolatki niezbędny sprzęt i zamknąć go z nim.

Wild wyciągnął z ust fragment zarodni i zaczął analizować pod mikroskopem. Organizm zdecydowanie przypominał swoim zachowaniem grzyba, osobniki które znajdowały się bliżej krawędzi próbki szybko umierały tworząc ochronną warstwę dla znajdujących się wewnątrz. Wild rozpoznał, że organizm jest anaerobem. Tlen jest dla niego toksyczny. Jeżeli poza tym zachowuje się jak grzyb to być może prosty środek antygrzybiczny o szerokim spektrum działania poradzi sobie z infekcją. Thiomersal powinien wystarczyć. Musi jednak być dostarczony prosto do płuc, z tym jednak nie powinno być problemu. Środki dopingowe zwiększające ilość tlenu krążącego we krwi powinny również spowalniać rozwój choroby. Zamknięcie w komorze tlenowej również powinno dawać dobre rezultaty.

Ekipa będąca razem z Wildem szybko uwinęła się i znalazła potrzebne substancje. Wylane na gazy i wdychane szybko zaczęły przynosić rezultaty. Wild odchrząknął i wypluł zarodnię razem z krwią. Pracownia Hovsepa okazała się bardzo dobrze wyposażona. Wild przygarnął jeden z plecaków podróżnych, wymienił ubranie na wygodniejsze. Do plecaka zgarnął wszystko co zawierało tiomersal oraz gratisowo zestaw podstawowych środków medycznych: apteczek, środków przeciwbólowych oraz trochę czystego spirytusu do odkażania oraz w charakterze antydepresanta.

Okazało się, że przywódca Black Waters chciał przejąć władzę na obozem i zakomunikował to na broadcaście. Wilda niespecjalnie obchodziły konflikty pomiędzy poszczególnymi watażkami, zdawał sobie jednak sprawę, że siedzą na ważnej karcie przetargowej. Cały obóz jest skażony zarodnikami, prawdpodobnie również stacja filtracji wody. Przez co jest duża szansa, że zarodniki rozsieją się również po reszcie statku. To oczywiście zależy od tego czy woda jest ozonowana. Jako jedyni znaja naturę zarazy oraz czym można ją leczyć. Towarzysze Wilda zdecydowali się poprzeć szefa Black Waters, co oznaczało że prędzej czy później będzie musiało dojść do konfrontacji, Zhu raczej nie będzie chciała się podzielić władzą.

Niezależnie od tego, kto zwycięży będzie musiał negocjować z Lebegą. Wild przeglądając półki z substancjami zastanawiał się. Być może konieczne będzie wykorzystanie zarodników jako broni biologicznej gdyby przyszło co do czego. Bardziej zjadliwa odmiana zfabrykowana w laboratorium mogłaby posłużyć jako broń biologiczna.

Wild posadził Hirę na stole operacyjnym. Brakowało jej protezy stopy. Na szczęście sztuczny staw, do którego była podczepiana wydawał się nie uszkodzony, jedynie trochę obtarty. Wild zaczął się rozglądać za protezami w laboratorium.

Dalej myślał. Najpierw trzeba zbadać co to za organizmy i skąd wzięły się na statku. Wild podzielił zarodnię na równe części wrzucił po kawałku każdej na szalke petriego, dodał pożywki, zamknął szczelnie i wypełnił neutralnym gazem. Po czym wstawił do inkubatora. Będzie potrzebował dużo próbek do testów. Ostatni kawałek oczyścił starannie ze swoich płynów ustrojowych, dodał trochę detergentu oraz soli kuchennej do próbki. Z zadowoleniem zauważył jak błony komórkowe rozpuszczają się i DNA uwalnia się z jądra. Przynajmniej wiadomo, że te obce formy życia nie są aż tak "obce". Wypłukał spirytusem resztę i wlał materiał genetyczny do żelu i wpakował próbkę do sequencera. Za kilka godzin powinny pojawić się wyniki z kodem genetycznym organizmu i wtedy będzie można powiedzieć o nim więcej.



<dokończę później>

cybercrow
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 10
Join date : 2015-01-28

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Sat Apr 04, 2015 1:38 pm

Sesja 6

Kurczowo trzymałem się sugestii Siegmunta, że mogę się zrechabilitować i stać porządnym obywatelem. Gdy Tony opuszczał broń, w moim umyśle szalało tornado pomysłów i planów. Doskonała chwila na nawrócenie - wyszydzony, poszukiwany najlepiej martwy, odarty z czci i godności, ogolony i skazany w najlepszym razie na pokutę. Takie uczucia więc postanowiłem grać i na nich budować swoją szansę przeżycia. Wiedziałem, że prędzej czy później pożałują swojej decyzji, jak żałowali oszczędzenia świra z pierwszego wagonu, do jakiego trafiliśmy po przebudzeniu. Ale to ich wybór. Ja mogę się tylko cieszyć, że darowano mi nowe perspektywy rozwoju.
Byliśmy jednak zmuszeni opuścić względnie bezpieczne pomieszczenie, nie mogliśmy tam stać w nieskończoność. Ponadto zdawałem sobie sprawę, że przebywanie w obozie przez jakiś czas będzie wiązało się dla mnie z ryzykiem śmierci z rąk wściekłego motłochu.
Gdy tylko wydostaliśmy się z laboratoriów, okazało się, że moje podejrzenia były słuszne. Stanąłem naprzeciwko zgrai bydła domagającego się mojej śmierci. Zachowywali się niczym zwierzęta laboratoryjne, które dowiedziały się o prowadzonych na ich pobratymcach badaniach. I byli nimi w rzeczywistości. Pomiędzy mną, a nimi stali tylko żołnierze, którzy również nie byli do mnie choćby neutralnie nastawieni, oraz Siegmunt i jego ludzie.
Szedłem owinięty jedynie w ceratę, ale odruchowo zasłoniłem nią twarz, aby nikt mnie nie rozpoznał. Zewsząd słyszałem okrzyki “Zabić potwora!”. Gardziłem każdym z nich z osobna, ale wszyscy razem budzili we mnie poczucie zagrożenia. Jak człowiek otoczony przez gigantyczną chmarę insektów, które z osobna nic nie warte, razem mogły doprowadzić go do śmierci.
- Dobrzy ludzie, pozwólcie nam przejść! - przemówił do nich Siegmunt - Chcemy tylko w spokoju opuścić obóz.
- Chronisz potwora! Gdzie on jest?! Jak się czujesz będąc adwokatem diabła?! Zabić wszystkich co go bronią! Dawać go! - rozlegały się dalej okrzyki.
Interwencja Siegmunta pozostała bez reakcji. Przyszedł mi więc na myśl pomysł całkowicie szalony. Opuściłem ceratę, aby osłaniała miejsca, które mógłbym dobrowolnie pokazać jedynie Arinie, gdyby z nami była, po czym wystąpiłem przed szereg. Skoro Siegmunt uwieżył w moje nawrócenie, spróbuję przekonać również innych.
- Tak, zawiniłem! - krzyknąłem starając się przybrać skruszoną minę. Tłum tym czasem krzyczał “To on! Zabić potwora!” - Jednak któż z nas nie błądzi? Jestem takim samym człowiekiem, jak i wy. Po prostu pobłądziłem o wiele bardziej. Ale dostrzegłem swoją ślepotę i swoją winę i z całego serca pragnę wynagrodzić ludzkości, a przynajmniej jej części znajdującej się na statku, wszystkie szkody, jakie jej wyrządziłem.
- Ma ktoś broń? Zastrzelić sukinsyna! Kula w łeb! Tłumaczyć się będziesz swemu ojcu szatanowi, gdy staniesz przed wrotami to piekieł! Nie widzicie, że teraz jest idealny moment? Zamordować go! Sprawiedliwości musi stać się zadość! Amputować mu wcześniej jaja i zastąpić nimi język! Niech pozna, jak czuły się jego ofiary!
Hmm, całkiem niezły pomysł…
Widząc reakcje wręcz przeciwne od oczekiwanych, schowałem się z powrotem za ludźmi Siegmunta.
- Ludzie! Biorę za tego sukinsyna pełną odpowiedzialność! - zabrał znów głos mój obrońca starając się przekrzyczeć tłum - Jeśli tylko spróbuje zrobić coś głupiego, zabiję go na miejscu jak psa!
Znów jednak nie zareagowali.
Dopiero seria z broni palnej wystrzelona przez jednego z żołnierzy skłoniła ich do rozejścia się. Jednak jeden z nich wyminął zbrojnych, podszedł prosto do mnie i wysyczał mi w twarz:
- Jeszcze się spotkamy, kreaturo, a wtedy nie będzie żołnierzy, którzy cie obronią. A nawet jeśli uda ci się jakoś przeżyć, Derek już zbiera pieniądze, za które podjął się doprowadzić do twojej śmierci.
Splunął na ziemię, rzucił mi jadowity uśmieszek i odszedł.
Derek… Zapewne był to jakiś łowca nagród. A niech to szlag, zbyt pochopnie cieszyłem się z rozsądnych szans na przeżycie…
Tym czasem Siegmunt chyba dostał wiadomość w R+, ponieważ jego usta drgnęły w grymasie dezaprobaty.
- Hira, Jonny, za mną. Zostaliśmy poproszeni o przeprowadzenie wymiany więźniów przy głównej bramie. Tony, pilnuj Bruce’a... I pomóż mu znaleźć jakieś ciuchy na litość boską!
Tony zasalutował, po czym Siegmunt, neandertalczyk i kobieta odeszli w stronę bramy. Żołnierz spojrzał mi w oczy.
- Żyjesz jeszcze tylko dlatego, że zamocowałeś mi tą rękę. Wydaje się pamiętać, że działa dzięki tobie, bo stara już sięgnęłaby po broń.
- A więc postąpiłem słusznie, prawda?
- Czego nie można powiedzieć o twojej przeszłości.
- Istnieją różne rodzaje słuszności. To co robiłem, wtedy wydawało mi się słuszne. Rozwijałem wiedzę o wytrzymałości i podatności ludzkiego organizmu na zmiany.
- Jesteś chory…
- Nie twierdzę teraz, że postępowałem słusznie. Jedynie, że wtedy wydawało się to właściwe.
Nie chciałem, żeby obecnie uważał mnie za świra. Starałem się nadal grać rolę nawróconego.
Nic nie odpowiedział. Wróciliśmy do gabinetu Hovsepa i po niezbyt długich poszukiwaniach znaleźliśmy moje własne ubranie i skafander. Był to swego rodzaju sukces. Ukryłem przy sobie śrubokręt, który pozbawił życia mojego niedoszłego mordercę, a także ceratę, którą dotąd się zasłaniałem, po czym ruszyliśmy w stronę rynku, gdzie spodziewaliśmy się spotkać Siegmunta.
Nagle usłyszeliśmy osamotniony strzał, następnie kolejne i jakieś krzyki. Tony zaczął biec w tamtym kierunku, a ja nie chcąc pozostać sam na pastwę tłuszczy pobiegłem za nim.
Gdy dotarliśmy na miejsce, przez drobną szczelinę w bramie dostrzegłem trupa z workiem na głowie, a w obozie poza żołnierzami, Siegmuntem i jego ludźmi, znajdowała się kobieta praktycznie całkowicie zcyborgizowana. Korona stworzenia. Nadczłowiek. W jej oczach dostrzegłem ukryty głęboko błysk skrajnego szaleństwa i pokrewną duszę, która jednak miast kierować popędy w stronę inteligencji i wyrafinowanym metodom smakowania cudzego cierpienia i śmierci, zwróciła się do brutalnej siły i przemocy.
Chyba dostrzegła mój wzrok i zdała sobie sprawę z moich myśli, bo przez krótką chwilę na jej twarzy błysnęła mieszanka filuternego, a może nawet zalotnego spojrzenia i wściekłej nienawiści, którą agresorzy rezerwują jako odpowiedź na pogardę ze strony takich jak ja.
- Prowadźcie mnie do mojej siostry! - rozkazała władczym tonem. Paru żołnierzy od razu ruszyło z miejsca i gdzieś ją odprowadzili.
- Co się właśnie stało? - spytał Tony.
- To świruska - Siegmunt był nieco zszokowany - Mieliśmy ją wymienić na Chińczyka, a ona nagle wyciągnęła broń jednemu z pilnujacych ją ludzi i zastrzeliła jeńca, za którego miała być zamieniona. Nawiązała się strzelanina, ale na szczęście poza Chińczykiem, który zginął na miejscu, nikomu nic się nie stało.
Moje brwi powędrowały do góry. Naprawdę niezły wyczyn.
- Mniejsza z tym - rzucił Tony również chyba pełen uznania - Co teraz?
- Jeśli czegoś potrzebujecie, rozejrzyjcie się po obozie. Za dwie godziny spotykamy się tutaj i szukamy transportu do Czarnej Twierdzy, żeby odebrać dla nich kombinezony. Do ciebie mam jednak prośbę - Tony zasalutował - Pilnuj dalej Bruce’a. Jakby ktoś próbował go zabić, ogłusz go. Ale nie zabijaj cywili. Gdybyś miał wybór cywil, albo Bruce’e, zabij Bruce’a.
- Tak jest!
Wspaniale. Skazany na śmierć w sytuacji, gdyby komuś w obozie pełnym ludzi chcących mnie zabić przyszło do głowy mnie zabić.
Cały wyznaczony czas spędziłem unikając okazji do bycia dostrzeżonym przez kogokolwiek. Tony wyraźnie się nudził, ale najwyraźniej uznał, że woli się nudzić, niż “gadać z takim psychopatą”. Powinienem próbować zmienić to jego myślenie, ale nie miałem siły. Zbyt wiele zbyt szybko mnie ostatnio spotkało, abym był w stanie udawać życzliwość i prowadzić luźne rozmowy.
W końcu zeszliśmy się z powrotem i ruszyliśmy w jakimś tajemniczym kierunku. Nie wiem, o co chodziło - czy czegoś się dowiedzieli, czy Siegmunt postanowił przeprowadzić włamanie, ale weszliśmy nielegalnie do jakiegoś niewielkiego miejsca - według projekcji w R+ budynku. W środku od razu wszyscy zaczęli się rozglądać, więc zrobiłem to samo. Wszyscy przegapili jednak jakiś dokument, a może notatkę leżącą na widoku. Schowałem ją więc do kieszeni - a nóż się przyda.
Nagle usłyszałem jakąś rozmowę, więc przeszełem do sąsiedniego pomieszczenia. Siegmuntowi wyciągnęli skądś człowieka, który groził mi śmiercią, gdy tłum niechętnie się rozszedł. Trzymali go na muszce.
- Mówię wam, że jestem nikim! Pracuję dla Dereka, przekonuję ludzi, aby go wynajmowali!
- Kim jest Derek? - spytał Siegmunt.
- Łowcą nagród. Panem pieniądza. Możliwe, że najbogatszym i najniebezpieczniejszym człowiekiem na całym statku.
- Tak. Dużo tych najniebezpieczniejszych ludzi - lider naszej zbieraniny westchnął.
- Jeśli będziesz dalej stał po stronie potwora, zabije również ciebie! - spróbował groźby jeniec.
- Rozumiem ryzyko, ale obawiam się, że sobie poradzimy. Gdzie i jak można tu znaleźć transport?
- Nikt stąd nie pomoże wam się nigdzie dostać. Ani znikąd indziej, jesteście wyrzutkami...
Postanowiłem, że to dobry moment, żeby spróbować być przydatnym, bo temat robił się niebezpieczny.
- Siegmuncie, znalazłem coś takiego. Leżało na stole - podałem mu kartkę. Rzucił na nią okiem i zmarszczył brwi.
- Co to jest? - spytał jeńca.
- Chciałbyś wiedzieć, co? - uśmiechnął się złośliwie.
Neandertalczyk przycisnął mu boleśnie lufę do pleców. Dopiero zobaczyłem, że też trzyma go na muszce.
- Im nie zależy na twoim życiu, a gdy ja wyjdę, nic ich nie powstrzyma… - powiedział Siegmunt, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że za nic w świecie nie podjąłby takiej decyzji. Był świętoszkiem, dzięki temu ja nadal żyję, a on kiedyś zginie. Ale oczy jeńca zaczęły szaleńczo latać.
- To kody do Lotosa! - wyrzucił z siebie szybko - Ale nie wiecie tego ode mnie!
- Dzięki. Tony, Jonny, reszta. Idziemy.
- Dzięki, że nic mi nie zrobiliscie, serio - gość klepnął Siegmunta po plecach na pożegnanie, co było dość podejrzane, ale nie udało mi się dojść, co jest nie tak.
Zostawiliśmy go żywego. Według mnie niewybaczalne, ale Siegmunt decydował i dla niego niewybaczalne byłoby zabicie go.
Opuściliśmy obóz i ruszyliśmy do pociągu, który mógł nas zabrać do Czarnej Twierdzy zgodnie z zadaniem, jakie przyjął za nas dowódca. Bez komplikacji dotarliśmy do środka, co było wręcz nieprawdopodobne zważywszy, że ostatnio cały czas coś nam krzyżowało plany i utrudniało życie.
I rzeczywiście coś było nie tak. Przejście do Twierdzy prowadziło przez ciemne pomieszczenia. Poza rzędami kolumn zupełnie puste. Nie widzieliśmy prawie nic. Nagle usłyszeliśmy krzyki i szarpaninę, po czym strzał i pisk przerażonej dziewczyny. Gdy podeszliśmy, okazało się, że klęczy przy zwłokach jakiegoś chłopaka, a jego morderca uciekł. W tej chwili Jonny, który chyba jednak nie był takim neandertalczykiem, jak mi się wydawało, podszedł do trupa i przy dziewczynie zdjął mu zegarek i przeszukał go. Zabrał wszystko, co mogło być cenne, po czym bez słowa jak gdyby nigdy nic odszedł. To było piękne w swym okrucieństwie i bezwzględności, a Jonny zyskał w moich oczach wielką aprobatę i szacunek.
W Twierdzy również było praktycznie pusto. Nie widzieliśmy absolutnie nikogo. Po dłuższym błądzeniu natknęliśmy się na jakiś bar, więc weszliśmy do środka w nadziei spotkania miejscowych. On jednak również był pusty. Prawie. W czerwonym świetle panującym w środku zobaczyliśmy, jak w naszą stronę kieruje się ponad tuzin turretów zamontowanych na ścianach.
- Witaj, stara torbo! - krzyknął Jonny wychodząc śmiało na środek - Dawno się nie widzieliśmy, co? Posłuchaj… Nie udało mi się zdobyć nic wartego uwagi. Ale przyprowadziłem klientów z Obozu Wolnych. Przyszliśmy po skafandry.
Przez chwilę trwała cisza, po czym odezwał się kobiecy, nieprzyjazny głos.
- Witaj, śmierdzielu. Nawet mnie nie zdziwiłeś, wiesz? A co do skafandrów, nie mogę wam ich wydać.
- Płatki białego lotosu nigdy się nie otworzą.
Co? Co on wymyśla? Jeśli zdanie na kartce było jakimś hasłem, dlaczego go nie wypowiedział?
- Nie wiem, o czym Ty bredzisz, człowieku… Wynoście się stąd, już! Chyba że chcecie kupić jakiś przedmiot, lub usługę Czarnej Twierdzy.
Patrząc na turrety skierowałem sie do wyjścia. Tony i Hira postąpili tak samo. Siegmunt również po wewnętrznej walce ruszył za nami. Johny jednak został.
- Daruj chłopakowi ostrożność, owijanie w bawełnę i przekręcanie hasła. Życie nauczyło go widać ostrożności.
- Niech będzie Jonny, ale tylko ze względu na ciebie. I zapamiętajcie wszyscy, zwłaszcza ty panie “ostrożny”, że idę wam na rękę i robię wam wielką łaskę oddając skafandry po tak okaleczonej procedurze ustalania tożsamości…
- Jesteśmy ci niezwykle wdzięczni - powiedział Siegmunt - Mam jednak jeszcze pytanie. Czy przejście w stronę lotusa jest bezpieczne ostatnimi czasy?
- Informacja… To będzie kosztować.
- Daruj sobie, weź powiedz po starej znajomości - spróbował Jonny.
- Chętnie, ale Czarna Twierdza żyje z informacji, wiec zwyczajnie nie jest to możliwe. Chyba że… obiecacie mi informacje na temat tego, co tam znajdziecie.
- Umowa stoi - zdecydował Siegmunt.
- Z jakiegoś powodu Derek spodziewał się, że tam pójdziecie. Zdziwiła mnie ta informacja, gdy się dowiedziałam, bo za nic bym nie podejrzewała czegoś takiego, więc tym bardziej zaskoczyło mnie twoje pytanie, ale widocznie wiedział o czymś, o czym ja nie wiem. Co to takiego?
- Znaleźliśmy coś, co wymaga odwiedzenia Lotosa.
- Dobrze więc. Powiecie mi wszystko gdy wrócicie. Jeśli wrócicie, bo Derek z grupą najemników zastawił na was pułapkę przy jedynym przejściu.
- Dziękujemy w takim razie za ostrzeżenie. Będziemy na siebie uważać.
- Mam nadzieję. Potrzebuję tych informacji.
Wyszliśmy bez zbędnych pożegnań. Szedłem za pozostałymi pod czujnym okiem Tony’ego jak otumaniony. Szliśmy prosto w zasadzkę faceta, który przyjął pieniądze za zabicie mnie. Jeszcze cudowniej, niż w obozie.
Dotarliśmy dość szybko pod drzwi, za którymi jak zapewniał Jonny, znajduje sie jedyne pomieszczenie sensownie nadające się do zastawienia pułapki. Niestety tak bardzo, że nie był w stanie przewidzieć, gdzie konkretnie. Tony ostrożnie wyjrzał, ale nie dostrzegł nic podejrzanego. Nie zarwał też w głowę z karabinu snajperskiego, więc był to nienajgorszy początek. Tony powoli i uważnie ruszył przed siebie do wnętrza pomieszczenia. Wydawało się spokojne, więc ruszyłem za nim chcąc mieć jak najszybciej z głowy wymijanie zasadzki. Nagle jednak padły strzały, więc czym prędzej zeskoczyłem do jakiejś wnęki w podłodze, w której stał stół i parę innych mebli. Ukryłem się pod stołem i postanowiłem przeczekać.
Tym czasem na górze trwała zażarta walka. Słyszałem krzyki, strzały, a nawet granaty. Nagle jeden z atakujących znalazł się tuż przy mojej wnęce i byłem pewny, że zaraz mnie zauważy. Na razie strzelał w przeciwnym kierunku, ale za moment odwróci się, a wtedy parę naboi przeszyje moją głowę.
Podczołgałem się więc do niego i szarpnąłem go za nogi ściągając na dół. Niestety poleciał prosto na mnie i prawie połamał mi żebra. Spróbowałem zabić go, zanim zorientuje się, co się dzieje, ale mój śrubokręt ześlizgnął się po wojskowym hełmie. Odwrócił się błyskawicznie i złapał mnie za gardło, drugą ręką próbując złapać moją atakującą dłoń. Na szczęście byłem odrobinę szybszy i uderzeniem rozbiłem wykonaną z przezroczystego tworzywa część jego pancerza osłaniającą twarz. Zapał mnie jednak za nadgarstek ciągle mnie dusząc. Chwilę szarpaliśmy się, a ja zaczynałem powoli tracić oddech. Nie wiedząc, co robić, splunąłem mu w oko. Natychmiast odruchowo puścił moją rękę złapał się za nie. I w tej chwili ostrze mojego długiego, wspaniałego śrubokręta wbiło się miedzy kośćmi dłoni prosto w jego oko i mózg, zabijając go na miejsci. Dawno nie udało mi się wykonać tak precyzyjnego i szybkiego szacunku, gdzie dokładnie należy wykonać operację. Napawało mnie to niejaką dumą.
Schowałem się pod zwłokami, dopóki strzały nie ucichły. Następnie zsunąłem je na bok i ostrożnie wyjrzałem na górę. Nic jednak nie dostrzegłem.
- Bruce? - usłyszałem Siegmunta.
Odetchnąłem z ulgą. Wygrali. Wyszedłem więc z ukrycia. Nikt nie skomentował mojego broczącego w krwi śrubokręta, choć niektórzy chyba mieli ochotę. Też przed chwilą zabijali.
Z tego, co zrozumiałem, Derek albo nie pojawił się osobiście, albo udało mu się zbiec. W każdym razie nadal nie byłem bezpieczny, choć mieliśmy przynajmniej prawie na pewno bezpieczną drogę do Lotosa.
Ruszyliśmy bez zbędnego marnowania czasu dalej. Aż do drzwi, za którymi była już pionowa winda prowadząca prosto do Lotosu. Tony został na straży gotowy do strzału, a my pojechaliśmy dowiedzieć się, co się dzieje na tym przeklętym statku.
Niedaleko windy znajdował się jakiś panel. Poza nim, za pancerną szybą, znajdowało się wielkie pomieszczenie, w którym znajdował się potężny obiekt przypominający kokon. Pozostali podeszli do panelu, ale ja wolałem pozostać w bezpiecznej odległości do windy. Próbowali zgadywać jakieś kody dostępu, jednak najwyraźniej bez skutku, bo nic się nie działo, a oni zaczęli kląć. W końcu jednak chyba im się udało, bo pomieszczenie zadrżało, na moment pokazał się symbol złożony z rombu i sześciu trójkątów, a po chwili gigantyczny kokon, który okazał się być pąkiem, zaczął się rozwijać, stając się przeogromną imitacją kwiatu lotosu.
Nagle przeczucie zasugerowało mi bliskość morderczego miksera gdzieś w okolicy. Dotąd przeczucia raczej nigdy mnie nie myliły, więc rzuciłem się na ucieczkę do windy, ale pozostali byli w trochę gorszej sytuacji. Zaczęli uciekać dopiero, gdy zauważyli w oddali czerwone światło.
W krótkich odstępach czasu do windy wpadały kolejne osoby. Chciałem natychmiast ją zamknąć I ewakuować się, ale Siegmunt oczywiście nie zgodziłby się pozostawić kogokolwiek, więc nawet tego nie proponowałem. W końcu została tylko Hira. Rzuciła się wreszcie w naszym kierunku, wydawało się jednak, że zbyt późno. Trójnóg wszedł w nasze pole widzenia. Był tak blisko niej, że byłem już pewny, że nasze siły uszczupleją. Jednak jakimś cudem udało jej się do nas uciec i ocaleliśmy. Mikser pokręcił się trochę, po czym w końcu odszedł. Odczekaliśmy jeszcze trochę czasu, żeby upewnić się, że nie wróci, po czym wróciliśmy do Lotosa. Tym razem poszedłem ze wszystkimi. W rzeczywistości rozszerzonej przed nim znajdował się teraz jakiś panel. Gdy Siegmunt coś z nim zrobił, włączyła się projekcja danych. Najpierw stan statku, który okazał się być znacznie gorszy, niż wszystkim się wydawało,  bo mógł eksplodować w każdej chwili. Następnie informacja, że w dość niedalekiej jak na standardy kosmiczne odległości znajduje się czółno ze statku kosmicznego Dioscurus II, który musiał powstać wiele czasu po naszym odlocie. Dlaczego tu trafił? Jaka była jego misja?
Na koniec dowiedzieliśmy się, że nawet jeśli statek nie eksploduje, w dość krótkim czasie wleci prosto w jedno ze słońc układu planetarnego, w jakim się znajdowaliśmy.
Po czym projekcja się zakończyła. Pojawiła się jednak inna.
- Dziękuję, Siegmuncie, że zdobyłeś dla mnie te informacje. Czółno może być bardzo cenne, zdajesz sobie z tego sprawę?
- Kim jesteś i o czym ty w ogóle gadasz? - zdziwił się nasz lider.
- Jestem Derek, a ty właśnie wyświadczyłeś mi niezwykłą przysługę. Pamiętasz, jak mój człowiek klepnął Cię po plecach? Zostawił pluskwę, dzięki której pobrałem informacje, które właśnie razem widzieliśmy. A więc zapewne do zobaczenia na lądowisku!
Przeszył mnie dreszcz. A więc tak wyglądał? Zdawał się jeszcze groźniejszy, niż mi się wydawało. I na pewno w bardzo krótkim czasie się spotkamy...

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Sat Apr 04, 2015 1:58 pm

Sesje 7 i 8

“Lotos został uruchomiony przez nieznanych sprawców. Biała Gwardia wyruszyła, aby zbadać sprawę i zabezpieczyć dane.”
Wiadomość na kanale globalnym R+ pokrzyżowała plany Siegmuntowi i spowodowała poważny dylemat. Mieliśmy do wyboru albo powstrzymać Dereka przed dotarciem do czółna, albo zabezpieczyć Lotosa.
Oczywiście wszyscy zdawali sobie sprawę, że Derek jest o wiele ważniejszą sprawą.
Rozpoczął się morderczy bieg w stronę lądowisk, gdzie zdążył już zapewne dotrzeć. Mieliśmy jednak nadzieje, że zdążymy powstrzymać go przed przejęciem całej wiedzy z Dioscurusa II, którą moim zdaniem lepiej byśmy zarządzali.
Niestety jednak moja kondycja zaczęła dawać o sobie znać. Poza tym zacząłem zostawać nieco z tyłu. Tym bardziej, że choć zdawałem sobie sprawę z konieczności konfrontacji z Derekiem nie uśmiechało mi się za bardzo uczestnictwo w niej. Wolałbym przeczekać ją gdzieś z boku.
Nagle dostrzegłem kątem oka czarną sylwetkę w bocznym korytarzu. Wydawało mi się też, że słyszę w oddali znajome kroki. Może nawet znajomy głos... Rzuciłem okiem na towarzyszy. Nikt jednak aktualnie nie zwracał na mnie uwagi, zaaferowani byli biegiem.
Niepostrzeżenie odłączyłem się więc od grupy i podążyłem szukać postaci, która mi umknęła.
Korytarz był ciemny i wydawał się całkiem pusty. Znajdowały się tu jedynie brudna podłoga, wyblakłe przez osiem wieków ściany, poluzowane gdzieniegdzie drzwi i lampy na suficie. W tej części statku w większości potłuczone i permanentnie niedziałające. Półmrok dawał doskonałe schronienie ukrywającej się przede mną osobie. Cóż za jawna niesprawiedliwość...
Szedłem niespiesznie, przyglądając się uważnie każdym drzwiom. Nagle jedne, które dopiero minąłem, zaskrzypiały przyprawiając mnie o ciarki na plecach.
- Doktorze Bruce, pamiętasz je? Pamiętasz te wszystkie dzieci?
Czy pamiętam? Chyba jako jedyny, kogo spotkały w swoim nędznym życiu...
Odwróciłem się błyskawicznie i rzuciłem się barkiem na drzwi, wpadając do środka i przygotowując śrubokręt do ciosu. Nie zobaczyłem jednak niczego, poza graciarnią pełną zestarzałego sprzętu wszelakiej maści. Zwykły magazyn, albo pomieszczenie administracyjne, ani śladu człowieka. Wyszedłem więc i ruszyłem dalej.
- Proszę mnie zabić! Proszę już mi tego nie robić! Proszę, niech pan zabierze te robaki!
Odwróciłem się błyskawicznie, aby zobaczyć, skąd dobiega głos, ale zobaczyłem tylko korytarz. Ruszyłem więc dalej przed siebie, może na końcu znajdę sukinsyna, który wysyła na mój kanał te wszystkie materiały...
- Mhmmuuu! Mhmm! Mhuuuuuum!!! - odezwał się chłopiec, którego język przyszyłem do podniebienia, aby zbadać, jak wielkie trudności będzie to powodowało w czasie jedzenia. Zmarł po pięciu miesiącach od operacji. Wyniki badań - już pięć miesięcy z językową blokadą doprowadziło do utraty połowy masy ciała i śmierci głodowej.
- Niech pan zabierze już te szpilki z mojego ciała, proszę…
Przyspieszyłem kroku, mimo hełmu skafandra miałem wrażenie, że ktoś dyszy mi na kark.
- Każdy bąbel, każdy strup na mojej skórze zostanie kiedyś pomszczony…
- Panie doktorze, co pan zamierza zrobić z tym skalpelem?!
Zacząłem biec, to był jakiś obłęd! Musiałem jak najszybciej się stąd wynieść, tu na pewno jest rozpylony jakiś gaz wywołujący halucynacje...
- Czy jeszcze kiedykolwiek coś zobaczę?
- Ja chcę na swój śmietnik!
- Proszę... Błagam... Niech pan mi tego więcej nie wstrzykuje… Nieee!
- Czy mnie też wsadzi pan do worka jak z moich sutków przestanie cieknąć to coś?
- Wielkie grzyby, krwiożercze pomidory, ogórki gwałciciele. Wielkie grzyby, krwiożercze pomidory, ogórki gwałciciele. Wielkie grzyby...
- Bruce, jeszcze raz mi znikniesz z oczu, a sam wpakuję ci kulkę prosto w czoło.
Otrząsnąłem się, a głosy dzieci zebranych po wysypiskach ucichły. Zupełnie niespodziewanie stanąłem twarzą w twarz z Siegmuntem. Jego twarz była poważna i bez wyrazu, a oczy surowe.
- Musiałem coś sprawdzić, ale to się więcej nie powtórzy - zapewniłem.
- Dlaczego biegłeś?
- Chciałem was jak najszybciej odnaleźć.
Patrzył mi jeszcze chwilę w oczy. Wiedziałem, że mi nie wierzy. W końcu zaczynał podejrzewać prawdę. Odwrócił się.
- Posłuchajcie - zwrócił się do wszystkich - Za tymi drzwiami znajduje się pomieszczenie, w którym najpewniej Derek ze swoimi ludźmi czeka gotowy nas pozabijać. Musimy szybko dostać się tam, rozejrzeć w sytuacji i zająć strategiczne pozycje. A więc na mój znak...
Derek.
Człowiek, który wziął pieniądze za zabicie mnie.
A teraz był niemal na wyciągnięcie ręki.
Siegmunt pchnął delikatnie drzwi i odczekał chwilę. Nic się nie stało. Wysunął więc butelkę z wodą, żeby sprawdzić, czy nie odezwą się strzały.
Nie odezwały się.
Ostrożnie wychylił się więc gotowy natychmiast się cofnąć, ale zaraz rozluźnił się i wszedł ręką nakazując nam iść za sobą.
Pomieszczenie było wielkie i na wpół otwarte na przestrzeń kosmiczną. Z tego, co wiedziałem, oddzielone było od pustki jedynie błoną z nanobotów. Pełno było tu dużych, wysokich na trzy metry kontenerów. Pod sufitem wisiały stalowe szczypce, zapewne do przenoszenia ich, a po naszej prawej stronie, spory kawałek przestrzeni od nas, znajdowało się duże, oszklone podwyższenie - zapewne panel kontrolny sterujący całym lądowiskiem. A za szkłem szyby, przy panelu kilku ludzi.
W tym Derek.
A więc tam jest. Ja, albo on...
Schwyciłem mocno śrubokręt, który przyczynił się do zgonu poprzednich ludzi, którzy próbowali mnie zamordować, po czym rzuciłem się w jego stronę chowając się za kontenerami. Odgłosy strzałów wypełniały mi uszy i napełniały gniewem. Chciałem kiedyś wbić skalpel w grdykę człowieka, który wynalazł tak ordynarną metodę odbierania życia, jak pocisk z broni palnej. Jeśli miałbym zginąć śmiercią inną, niż z własnej ręki, za nic w świecie nie chciałbym, żeby była to kula.
Gdy wypadłem zza kolejnego kontenera, prawie wpadłem na jakiegoś faceta. Nie wyglądał na wojskowego, a już na pewno nie miał na sobie żadnego opancerzonego uniformu, a jedynie strój technika. Dopadłem go z impetem od tyłu i przytrzymałem przykładając śrubokręt do krtani. Nie mogłem go zabić. Wyglądał na niezwiązanego z Derekiem, więc wolałem nie ryzykować ściągnięcia na siebie uwagi Siegmunta. Zwłaszcza po jego ostatniej przemowie.
- Nie chodzi mi o ciebie. Jeśli wydasz mi Dereka, puszczę cię wolno - wysapałem do ucha złapanemu.
Niestety zanim zdążył odpowiedzieć, oberwał z karabinu. Stojący nieopodal najemnik zaczął do mnie strzelać! Zasłoniłem się więc żywą tarczą i czym prędzej wycofałem w bezpieczne miejsce. Niestety zanim zdążyłem się przyjrzeć, co mu jest, kontener będący moją osłoną zaczął się palić. Ewakuowałem się więc w stronę innego, za którym zobaczyłem (Hirę) całkowicie pozbawioną stopy. Rana była zabliźniona, co wskazywało na plazmę i zdejmowało mi chwilowo sporą odpowiedzialność z barków. Jednak gdy tylko wstrzyknąłem półprzytomnemu morfinę, drugi kontener również zapłonął.
Strzelanina w tym czasie trwała w najlepsze. Coraz większa część pomieszczenia płonęła, ogień buchał, iskry strzelały, a odgłosy broni przekazywane przez mikrofon i głośnik do hełmu mojego kombinezonu odbierały słuch i orientację.
W końcu strzały ucichły, a w moich uszach zadźwięczała cisza.
Podejrzewając, że coś może być jeszcze nie tak, ruszyłem na oszklone podwyższenie, żeby z względnie bezpiecznego miejsca ocenić sytuację. Znalazłem się po chwili w dużym pomieszczeniu przed panelem obsługującym mostek, do którego w czasie bitwy zacumowało czółno z Dioscurusa II. Siegmunt najwyraźniej mnie dostrzegł przez okno, bo przesłał mi wiadomość “Bruce, choć opatrzeć rannych.”
Taki los lekarza. Człowiek uczy się latami, żeby prowadzić doświadczenia na ludziach, a kończy opatrując ich po krwawych potyczkach.
Gdy z niedowierzaniem przyglądałem się rozwalonej głowie jakiegoś czarnucha, który wziął się nie wiadomo skąd i z niewiadomych powodów nagle stanął po naszej stronie, zobaczyłem nagle scenę, która zmroziła mi krew w żyłach.
Siegmunt puścił Dereka wolno.
Zakręciło mi się w głowie. Chciałem rzucić się na niego i naprawić ten błąd, ale wiedziałem, że kosztowałoby mnie to życie. Derek chyba doskonale wiedział, co się we mnie dzieje, bo rzucił mi triumfalne, złośliwe spojrzenie na odchodnym.
Tym czasem usłyszałem rozmowę naszego nieformalnego dowódcy z jakimś nieznajomym, który wyglądał na lekarza. Nie podobało mi się to, czyżby szukał dla mnie zastępstwa?
- Jesteś w stanie powiedzieć, co tam może być? - pytał Siegmunt.
- Nie z całą pewnością. W środku znajduje się dwa rodzaje DNA. Jedno jest ludzkie, ale drugiego nigdy w życiu nie widziałem, ani nie słyszałem o nim. A jestem mikrobiologiem, więc wszystko wskazuje na obce formy życia.
- Sądzisz, że wchodzenie tam jest dobrym pomysłem?
- Zdecydowanie nie, ale nalegam, aby to zrobić.
Wewnątrz mnie zaczęła się wielka walka. Z jednej strony wiedziałem, że może to być niebezpieczne. Z drugiej jednak bardziej niż czegokolwiek potrzebowałem wdzięczności i zaufania. Musiałem budować swój wizerunek.
- Ja pójdę - wstałem od rannego i podszedłem do nich - Ciąży na mnie społeczny wyrok śmierci, a w ten sposób mogę choć trochę odpokutować to, czego dopuściłem się w przeszłości.
- Jesteś tego pewien, Bruce? - spytał zaskoczony lider.
- Tak. Poza może okazać się, że będę pierwszym człowiekiem z naszych czasów, który miał kontakt z obcą cywilizacją.
- Jak chcesz, ze zrozumiałych względów nie będę ci tego odradzał. Ale spróbuj tylko zrobić coś głupiego, a nie pożyjesz za długo.
- W pełni rozumiem to ryzyko.
Ruszyłem w stronę włazu wejściowego. Był zamknięty kołem obrotowym, więc zacząłem nim obracać bez zbędnego pośpiechu, ale też bez ociągania się. Czułem na sobie zdumiony, niedowierzający i podejrzliwy wzrok. Nie obracając się więc przez ramię otworzyłem ostrożnie właz.
W środku kłębiły się całe chmury podejrzanych zarodników niewiadomego pochodzenia. Wnętrze było ciemne, jedynie światło wpadające drzwiami dawało nikłą poświatę. Stojąca gdzieś z boku drukarka 3D zaczęła nagle coś drukować.
Podszedłem do foteli pilotów i zobaczyłem zwłoki. Może dwustu, może trzystuletnie. Ciężko było dokładnie ocenić. Miały w każdym bądź razie brzuchy wyglądające, jakby zostały rozerwane eksplozją.
- Siegmunt, jest tu niezliczona ilość zarodników i dwa trupy. Wygląda na to, że te organizmy rozrywają wnętrzności.
- Rozumiem. Zabieraj szybko czarną skrzynkę i uciekaj, trzeba zadbać, żeby jak najmniej ich się tu dostało.
- Tak jest.
Wziąłem z panelu pilotów czarną skrzynkę pokrytą czymś dziwnym, po czym wychodząc porwałem przedmiot wydrukowany przez drukarkę i schowałem w kombinezonie.
Gdy tylko opuściłem statek, zatrzasnęli za mną wejście i zakręcili kołowrót.
- Doskonale Bruce, a teraz oddaj mi ją.
Bez słowa wręczyłem mu czarną skrzynkę. Jednak wokół nas, w powietrzu, zarodników było już równie dużo, co wewnątrz czółna. Siegmunt pchnął je butem w przestrzeń kosmiczną, aby pozbyć się reszty, po czym jednogłośnie i bez słowa zdecydowaliśmy, że najlepsze, co możemy teraz zrobić, to szybka ewakuacja z pomieszczenia. Rzuciliśmy się pełnym pędem w stronę drzwi, którymi weszliśmy. Pozostali wykonali ten ruch wcześniej, zanim przekręciłem kołowrót, więc wpadliśmy w bezpieczną przestrzeń ostatni.
W końcu był czas, żeby przyjrzeć się skrzynce i udzielić pierwszej pomocy rannym.
Dziwna substancja, jaką oklejona była skrzynka, okazała się składać z maleńkich, szarych kulek, przypominających wydruk 3D jaki miałem w kieszeni. Może to był ich modej wykonany w wielkiej skali? Nie mogłem się doczekać zbadania go… Póki co czarna skrzynka została umieszczona w sterylnym worku na żywność.
W pewnej chwili Siegmunt znieruchomiał, zapewne prowadząc konwersację w R+.
- Dostałem właśnie wiadomość z Obozu Wolnych - powiedział po chwili matowym głosem - Każą nam zniszczyć Lotosa, zanim dotrze do niego Biała Gwardia, po czym jak najszybciej wracać do nich. Wydaje mi się, że jeśli chcemy się tam w ogóle pojawiać, a powinniśmy, nie mamy już wyboru… Tyle, że uważam niszczenie Lotosa za barbarzyństwo i rzecz niepotrzebną. Wiem, że Lebega nie może dostać tych informacji, ale nie wiecie może, czy da się go jakoś unieszkodliwić na jakiś czas?
- Gdy chce się unieszkodliwić organizm, wprowadza się do niego wirusa, lub bakterię. Jonny, isnieje odpowiednik techniczny odpowiedniego kalibru?
Zaskoczony moim pytaniem technik odpowiedział prawie automatycznie.
- Najprawdopodobniej tak, choć nie mam niestety do żadnych dostępu. Ale Czarna Twierdza na pewno ma.
- To fakt, oni za pieniądze zrobią wszystko - Siegmunt pogładził brodę palcami - Wydaje mi się, że to może być rozwiązanie. Chodźmy więc do Czarnej Twierdzy.
Po drodze wytłumaczył nowym nabytkom obecną sytuację na statku. Nie zachwyciła ich, co mnie nie dziwi. Drugi technik, nazywający się bodajrze Pablo, sprawiał wrażenie, jakby nic do niego nie dotarło, albo jakby jego umysł wypierał wszelkie informacje.
Nagle usłyszałem głos w bocznym korytarzu.
“Doktor Bruce...”
Błyskawicznie obróciłem głowę w tamtym kierunku. Pablo, który powoli wracał po dawce morfiny do świata orientujących się w otaczającym go świecie, spojrzał w moją stronę zdziwiony. Niech to szlag, jeszcze tego brakowało żeby zaczęli uważać mnie za paranoika…
W końcu zobaczyliśmy drzwi prowadzące do sektora Czarnej Twierdzy. Jednak zanim dotarliśmy do nich, znów usłyszałem głos z cienkiego, bocznego korytarza. “Doktorze Bruce, tu jestem”.
Tym razem zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby zdążyć obrócić się na czas.
- Coś się stało, Bruce? - zapytał Siegmunt. Zdałem sobie sprawę, że wszyscy na mnie patrzą.
- Wydawało mi się, że coś tam słyszałem - mruknąłem niechętnie.
Zmarszczył brwi i podszedł do korytarza. Gdy nagle urwała się jakaś rura i gorąca para buchnęła prosto w jego twarz! Na swoje i moje szczęście miał skafander i nic mu się nie stało.
- Bruce, możesz mieć rację, coś tam chyba jest. Pablo, choć ze mną.
Pablo średnio chętnie przeczołgał się pod strumieniem wrzącej pary buchającym na wysokości głowy. Zniknęli za zasłoną wirujących w powietrzu drobin.
I w tej chwili poczułem nieodpartą potrzebę, aby pójść za nimi. Coś mi mówiło, że odnajdą i ukryją mój głos. Że nie dowiem się, kto to był. Nie mogłem na to pozwolić.
Zastałem ich rozglądających się po intrygującym pomieszczeniu, które wywoływało we mnie dreszcze. Przy ścianie stały worki. Przypominały mi worki, w jakich zwykle pozbywałem się zwłok. Musiałem wprost sprawdzić…
Otworzyły się drzwi po drugiej stronie i do środka wkroczył robot z kolejnym workiem. Postawił go przy pozostałych, po czym nie zwarzając na nas wyszedł.
Więc również przestałem myśleć, że nie jestem tu sam. Musiałem sprawdzić zawartość tych worków. Nie mogłem pozwolić sobie na zlekceważenie tego.
Podszedłem do pierwszego worka z brzegu i rozchyliłem go.
Pięć lat, dwa miesiące, trzy dni i dwanaście godzin przed odlotem w kosmos okazało się, że jej mózg nie jest w stanie zaadaptować przeszczepienia neuronów odpowiedzialnych za fizyczne doznania podczas stosunku zamiast nerwów wzrokowych. Pozwoliła mi prowadzić badania jedynie przez rok i dwanaście dni. Potem jej obłęd zmusił mnie do uśpienia jej. Chyba nazywała się Tina, ale dla mnie zawsze była Obiektem #243.
Fascynujące, skąd wzięła się tu ona i inne Obiekty? Fascynujące, a zarazem przerażające, tu wszyscy mogą je znaleźć! Musiałem zbadać sytuację… Ruszyłem za robotem.
- Bruce? - przebiło się przez granicę mojej świadomości - Bruce! - usłyszałem po chwili krzyk Siegmunta - Idziemy stąd, już!
Dałem się wyprowadzić. Mam nadzieję, że nie dałem po sobie zbytnio poznać, że tak bardzo obeszły mnie wydarzenia z tego pokoju. Naprawdę mam nadzieję, że nic nie zauważyli...
Dotarliśmy w końcu do Czarnej Twierdzy i wkroczyliśmy do znanego już baru.
- Czego? - przywitał nas znajomy już głos.
- Chciałem zapytać, czy jesteście w stanie… powiedzmy… zatrzymać czasowo Lotosa? - zaczął prosto z mostu Siegmunt.
- No wiesz… Może… Istnieje taka szansa… Dwanaście tysięcy i Lotos zatrzyma się na tydzień. I daruję wam opowieści, słyszałam już dość ze swoich alternatywnych źródeł.
- No cóż, wydaje mi się, że rzeczywiście nie bardzo jesteśmy w pozycji do negocjacji - spojrzeliśmy wszyscy po turretach wycelowanych w nasze głowy - Umowa stoi.
Lekką ręką wydane tysiące opłaciły się. Po chwili dotarła do nas wiadomość na kanale globalnym:
“Nim Biała Gwardia dostała się do Lotosa, z nieznanych powodów przestał on działać. Wygląda to na robotę niezidentyfikowanych hakerów. Czarna Twierdza zaprzecza, jakoby miała z tym coś wspólnego i zapewnia o swym zaniepokojeniu. Jednocześnie obiecuje wszelką pomoc Białej Gwardii w próbach odblokowania go i złapania złoczyńców. Oczywiście za odpowiednią opłatą...”
- … a w tym przypadku żadna nie będzie odpowiednia - dokończył kobiecy głos w barze - Dobra, spadać mi stąd już, zanim ktoś was tu zobaczy.
A więc Lotos był bezpieczny, a dla nas oznaczało to niemal wyłączną wiedzę na pewne tematy. No i mieliśmy czarną skrzynkę, której jednak bez odpowiedniego sprzętu nie byliśmy w stanie odczytać.
Jadąc z powrotem do Obozu Wolnych miałem nadzieję, że uda nam się tam rozwiązać wszystkie zagadki i dowiedzieć się, co dalej robić w obliczu potencjalnej zagłady statku, która mogła nastąpić z aż dwóch powodów. No i że nienawistna żądza mordu w tubylcach przygasła. Nie przywitał nas tłum z pochodniami, więc chyba nie było najgorzej. Jednakże zanim zdążyliśmy gdziekolwiek pójść, Siegmunt został wezwany przez władze obozu na rozmowę. Pełen sprzecznych uczuć ruszyłem wraz z rannymi do centrum medycznego, żeby połatać fachowo tych, którzy tego potrzebowali. Byłem jednak nieco zamyślony. Nie dawało mi spokoju, co było za drzwiami, za którymi zniknął robot przynoszący worki.
I czyj głos słyszałem.
A przede wszystkim, czy tam ktoś był, czy faktycznie słyszałem głos…
Tak jak głosy dzieciaków z wysypisk...

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Sat Apr 04, 2015 1:59 pm

Sesja 9

Gdy dotarliśmy do laboratoriów, przywitał nas tam jeden z tamtejszych lekarzy – prawdopodobnie ktoś w rodzaju ordynatora.
- Widzę, że macie rannych, chodźcie za mną. Doktor chce sam się nimi zająć, czy przysłać pomoc?
- Nie potrzebuję pomocy, dziękuję - odparłem zadowolony z okazanego szacunku. Tak powinno się odnosić do światowej sławy chirurga transhumanisty.
Zaprowadził nas do sali szpitalnej, gdzie leżało już kilkoro rannych i zcybernetyzowana agresorka, którą widzieliśmy przed opuszczeniem obozu. Nie zdziwiło mnie, że jest przywiązana do łóżka i zapewne uśpiona silnymi narkotykami. Takich jak ona społeczeństwo albo więzi, albo ślepo słucha. I najczęściej oddałoby za nich życie zdając sobie sprawę, że w przeciwnym razie zostanie im ono odebrane siłą.
Zabrałem czarnucha z rozwaloną głową na salę operacyjną. Wybór był prosty, potrzebował najpilniejszej pomocy. Umieściłem go w aparaturze i wziąłem się do roboty. Spora część jego czaszki była usunięta. Wystający zeń mózg pulsował delikatnie i rytmicznie. Było w tym coś magicznego i hipnotyzującego. Wiedziałem, co należy robić. Odkazić ranę, zrekonstruować brakujące części wszystkich trzech opon mózgowych, wszczepić zamiennik czaszki tam, gdzie została oderwana i pokryć syntetyczną skórą. Miałem w swoich zapasach jej słoik. Co prawda szkoda na czarnucha, ale bez tego mógłby nie przeżyć.
Najwięcej trudności przysparzała pierwsza część operacji. Rekonstrukcja silnie ukrwionej opony miękkiej. Jednak nie takie operacje już przeprowadzałem i wkrótce błona była na swoim miejscu, a krew powoli zaczynała krążyć w nowych naczyniach włosowatych. Wiedziałem, że jeśli teraz uda mi się odbudować pajęczynówkę i wypełnić przestrzeń pod nią płynem mózgowo-rdzeniowym, pacjent będzie miał prawie stuprocentową szansę na przeżycie.
Przetarłem przedramieniem czoło, które pokryło się potem podczas dotychczasowej operacji, po czym przystąpiłem do roboty.
Nagle poczułem oddech na karku. „Doktorze Bruce?” – usłyszałem tuż przy uchu.
Ręka mi drgnęła i skalpel przeciął dopiero odbudowaną oponę miękką, oraz część mózgu. Pulsującymi falami krew zaczęła wypływać i wypełniać czaszkę. Skapywać na stół. Plamić fartuch, który zasłaniał moje ubranie. Rzuciłem skalpel na bok i starałem się zablokować krwawienie, ale wiedziałem, że jest już za późno. Rana cięta na otwartym mózgu przy jego stanie zdrowia oznaczała pewną śmierć.
Kilka minut później było po wszystkim.
Przekazałem zwłoki władzom szpitala. Zawiodłem. Operacja mi się nie udała. To było niemożliwe, przecież potrafiłem to zrobić, robiłem podobne rzeczy już nie raz…
Pozostałych rannych doprowadziłem do ładu niemal mechanicznie, ale cały czas myślałem o tym, że nie udała mi się operacja. Mi!
Przez pozostałą resztkę dnia włóczyłem się jak cień po szpitalu. Dowiedziałem się, że obóz został otoczony przez Czarną Gwardię, która chce przejąć nad nim władzę, więc jesteśmy tu uwięzieni i zapewne utknęliśmy na dobre.
W międzyczasie Siegmunt odwiedził chorych. Nie winił mnie za śmierć czarnego. Chyba nawet wydawało mu się, że mój stan jest spowodowany faktem, że go nie uratowałem, a nie o wiele straszniejszą rzeczą.
Operacja mi się nie udała!
Gdy nastała noc, próbowałem się położyć na wolnym łóżku w pokoju z pacjentami, ale po pewnym czasie nie wytrzymałem. Choć byłem dotąd pewny swoich umiejętności, zastanawiałem się teraz cały czas, czy mając drugą szansę dałbym radę.
Musiałem to sprawdzić.
Wstałem i rozejrzałem się po pokoju. Mój wzrok padł na agresorkę, a umysł podjął decyzję. Nikt nie będzie zwracał uwagi, czy psychopatce coś się stało.
Wyjrzałem na korytarz. Nie było tam nikogo, więc podszedłem do łóżka wariatki i zacząłem je ostrożnie przewozić do sali operacyjnej, w której zginął mój ostatni pacjent. Na szczęście nikt mnie nie usłyszał, mimo że łóżko skrzypiało upiornie.
Gdy już miałem odkuć ją od łóżka, przyszło mi do głowy, że narkotyki mogły osłabnąć, a ona może obudzić się w trakcie operacji. W najgorszym przypadku w trakcie przenoszenia na aparaturę.
Musiałem zaaplikować jej dodatkową dawkę zanim uwolnię jej ręce.
Wziąłem jedną ze strzykawek, które zostały mi po zużytych narkotykach, po czym wszedłem do aparatury operacyjnej i zamknąłem się w środku. Następnie uruchomiłem zastrzyk usypiający pacjenta i pobrałem metoksyfluran. Ale zanim zdążyłem wyjść i wstrzyknąć go pacjentce, otworzyły się drzwi i ktoś wszedł do środka. Zamarłem, obserwując jak podchodzi niemal prosto do mnie. Poznałem w nim ordynatora.
- A ty co tu robisz, wybrałaś się na spacer? – pokręcił głową zbliżając się do mojej pacjentki – Zaraz odprowadzę cię do pokoju.
Ku mojemu niememu protestowi zawrócił jej łóżko i wyprowadził je z sali. Odczekałem chwilę, po czym poszedłem za nim w bezpiecznej odległości. Na miejscu natknął się na jakiegoś żołnierza przy drzwiach do pokoju, w którym leżeli nasi ranni.
- Piękna noc, doktorze. Romantyczny spacer we dwoje?
- Witaj, Alan. Naprawdę chciałbym mieć z kim – lekarz westchnął – Znalazłem ją w sali operacyjnej. Nie mam pojęcia, skąd mogła się tam wziąć. Pilnuj jej, dobrze?
- Jasne, szefuniu. Zrobi się.
Wszedł do pokoju, a gospodarz zawrócił w moją stronę. Rozejrzałem się szybko za możliwością ukrycia, ale nie znalazłem żadnych dogodnych miejsc. Wyszedłem mu więc naprzeciw, jakbym był zupełnie nieświadomy wydarzeń sprzed chwili i miał absolutne prawo przebywać w tym miejscu w tym czasie.
- Witaj, doktorze – podniósł rękę na przywitanie – Cóż za okrutna rzecz zmusiła cię do spacerowania w środku nocy?
- Witaj, doktorze – odpowiedziałem udając życzliwość – Tyle zmian potrafimy wprowadzić do ciała człowieka, a pęcherz jak potrzebował, tak nadal potrzebuje regularnego opróżnienia.
- Święte słowa i wielka tragedia zarazem – zaśmiał się – Nic to, nie zatrzymuję więc, bo zapewne przerwanie snu musiało być dosyć bolesne i bez mojego opóźniania powrotu do niego. Dobrej nocy.
- Dobrej nocy – odparłem uśmiechając się do niego. Gdy ruszyłem w stronę pokoju, miałem wrażenie, że odprowadza mnie wzrokiem. Musiałem więc wejść do środka, gdzie zostałem oczywiście zauważony przez żołnierza, co nie dało mi innego wyboru, niż położyć się do łóżka. Nie poszedłem jednak spać. Liczyłem, że może on zaśnie, a wtedy ja pójdę wykonać zabieg…
Niestety nim to nastąpiło, noc niemal dobiegła końca. Została co prawda jeszcze godzina, ale operacja wymagała znacznie więcej czasu. Spróbowałem więc zdrzemnąć się chwilę, ale śniły mi się same nieudane operacje i obudziłem się bardziej zmęczony, niż zasypiałem.
Dzień minął leniwie i bezproduktywnie. Po prawdzie nudziłem się nie mając co robić. Uczucie porażki nieco zelżało i byłem w stanie skupić się na innych rzeczach. Dowiedziałem się między innymi, że Johnny i Pablo pracują nad jakimś gigantycznym laserem położonym w warsztacie technicznym, a jakaś kobieta imieniem Anastazja najpewniej usiłuje ukryć przed nimi jak najwięcej dotyczących go faktów. Spotkałem też Siegmunta, wydawał się dość zaniepokojony moim wyglądem.
- Bruce, wszystko w porządku? Spałeś dzisiaj?
- Niestety nie miałem jak, ktoś powinien czuwać przy pacjentach. Ale wszystko w jak największym porządku, na dobrą sprawę nie potrzebuję snu.
- Rozumiem. Ale dziś odpocznij, jeśli będziesz miał jak… I nie zadręczaj się tak Kendrikiem.
Uśmiechnałem się blado.
- Dobrze, postaram się.
Poza tą wymianą zdań niewiele tego dnia słów wypowiedziałem. Przypomniałem sobie za to o szarym przedmiocie w mojej kieszeni, który potrzebował kompleksowych badań. Nie mogłem niestety zająć się tym jawnie, bo natychmiast padłyby pytania, skąd to wziąłem i co to jest, a nie miałem ochoty na te pytania odpowiadać. Z niecierpliwością więc znów czekałem na noc.
Gdy nastała i byłem już niemal pewny, że nikt nie wejdzie do laboratorium, poszedłem tam badać kulę. Ku mojemu zdziwieniu okazała się być dość miękka i chyba niezbyt mocna, więc darowałem sobie naciskanie. Prześwietlenie wykazało, że jej struktura wewnętrzna przypomina gąbkę z wydrążeniami układającymi się w kształt mniszka lekarskiego w stanie przekwitu. Nie zdążyłem jednak zrobić biopsji, gdyż ktoś wszedł do pomieszczenia. Nie widziałem twarzy, bo stałem tyłem do drzwi, ale miałem złe przeczucia.
- Doktorze Bruce? – usłyszałem głos, który ostatnio nawiedzał mnie tak często. I nagle zdałem sobie sprawę, że wiem, czyj to głos.
Hovsep!
Podszedł do mnie i stanął z tyłu. Czułem emitujące od niego trupie zimno, całkiem jakby wstał z kostnicy i przyszedł się ze mną zobaczyć.
- Wiesz, doktorze Bruce, że obciążające cię dowody są nie do zbicia, prawda?
Położył przede mną koło szarej kuli folder pełen papierów. Rzut oka przekonał mnie, że to moje dokumenty skrzętnie sporządzane podczas badań.
- Czego chcesz? – spytałem oschle.
- Czego chcę? Powinieneś się raczej pytać, czego TY chcesz. Zachowujesz się, jakby przycięli ci zęby i założyli obrożę, a jednocześnie śnisz o zdeformowanych gówniarzach nie wiedząc sam, czy bardziej cię to przeraża, czy ekscytuje… Co się z tobą dzieje? I ty uważałeś się za godnego mnie? Zabiłeś mnie tylko dzięki zwykłemu szczęściu.
Nie skomentowałem. Stałem chwilę z przymkniętymi oczami. Rzeczywiście nie wiedziałem, co się ostatnio dzieje w moim wnętrzu.
Nagle położył lodowatą dłoń na moim ramieniu.
Bez słowa odruchowo wyszarpnąłem śrubokręt z kieszeni i wbiłem go po raz drugi w skroń sukinsyna.
- Wkrótce do mnie dołączysz, doktorze Bruce…
Gdy odwróciłem się, żeby mu się przyjrzeć, dostrzegłem swoją pomyłkę. Nie był to Hovsep, a ordynator szpitala. Dokumenty zaś okazały się być wytworem mojej wyobraźni.
Musiałem coś szybko zrobić z ciałem. Wtem do głowy przyszedł mi genialny plan. Skoro miałem już siłą rzeczy pacjenta, mogłem przeprowadzić na nim operację, która wczoraj mi się nie udała.
Zabrałem go więc, starając się nie nabrudzić krwią i pozostać niezauważonym, do sali operacyjnej. Jednak maszyna odmówiła niestety współpracy wyświetlając komunikat „Podmiot martwy” i musiałem wykonywać operację całkowicie ręcznie.
Wziąłem do ręki skalpel i wtedy dotarło do mnie, że to nie koniec moich problemów. Na dobrą sprawę nie mogłem przeprowadzić operacji, dopóki pacjent miał czaszkę i opony mózgowe w porządku. Musiałem więc przygotować je za pomocą innych narzędzi znalezionych przy stanowisku operacyjnym.
Gdy skończyłem, rzuciłem krytycznie okiem na gospodarza. Jego głowa przypominała bardziej krwawy poligon, niż hipnotyzujące widowisko, jakie podziwiałem u poprzedniego pacjenta. Podjąłem próby poskładania opony miękkiej, ale dość szybko stało się jasne, że doprowadziłem do stanu, gdzie zrobić się nic nie da. Pozostało mi więc już tylko pozbyć się ciała.
Wtem przypomniałem sobie o wielkim laserze. To jest myśl! On powinien być w stanie w jednej chwili zamienić zwłoki w pył!
Zapakowałem więc trupa na ramię i ostrożnie, niespiesznie, dotarłem do właściwego pomieszczenia.
Laser był w istocie rzeczy gigantyczny.
A przed laserem, tyłem do mnie, stała kobieta.
Zdawała się być czymś całkowicie zaabsorbowana. Miałem wrażenie, że jeśli teraz podszedłbym nawet niekoniecznie starając się być cicho, nie zwróciłaby na mnie uwagi. Pozostawiłem więc trupa za jakimś biurkiem i podkradłem się do niej, po czym wstrzyknąłem jej niewykorzystany metoksyfluran w kark. Opadła mi prosto do rąk, więc położyłem ją ostrożnie na ziemi i wróciłem po ordynatora.
Jak do tej pory wszystko szło zgodnie z planem. Umieszczenie trupa w odpowiednim miejscu też przebiegło pomyślnie i bez zakłóceń. W końcu nacisnąłem duży przycisk na wirtualnej konsoli lasera, który wyglądał na włącznik.
I wszystko się posypało. Coś huknęło, po chwili rozległy się jakieś walnięcia, łoskot i w następnej sekundzie czułem swąd przepalonego mechanizmu.
Trup zaś niewzruszony i nieruszony leżał na swoim miejscu.
Usłyszałem alarm i bieg ludzi zbliżających się niemal ze wszystkich stron. Oczywiście po to, żeby sprawdzić, co się tu dzieje. Po prostu wspaniale…
Włożyłem więc nieprzytomnej kobiecie mój śrubokręt w dłoń, aby spróbować ją wrobić. Zaaplikowałem jej też w usta wojskowy narkotyk pobudzający i rzuciłem się do ucieczki.
Niestety drogę zagrodził mi żołnierz, który poprzedniej nocy mnie pilnował.
- Można wiedzieć, co robisz w środku nocy tuż obok pomieszczenia, w którym wszczęto alarm? – spytał celując do mnie z broni palnej. Pozostała mi improwizacja. Wyciągnąłem więc szarą kulkę, aby mieć choć pretekst do przebywania poza pokojem z rannymi.
- Wyglądasz mi na rozsądnego faceta. Widzisz to? – spytałem – To tajemniczy przedmiot znaleziony blisko terenów zajętych obecnie przez Ahmadana. Mam powody, aby podejrzewać Siegmunta Kastela i dowództwo tego obozu o próby powstrzymania mnie przed zbadaniem go, gdyby wiedza o jego istnieniu znalazła się w ich posiadaniu. Obawiam się, że mogli przejść na stronę maszyn…
Przez dłuższą chwilę mierzył mnie zażenowanym spojrzeniem, po czym odezwał się w końcu.
- Jeśli wydawało ci się wczoraj, że uwierzyłem w twój sen, to nic bardziej mylnego. Podobnie jest z tą wyssaną z palca historyjką. Pójdziesz ze mną.
Nie miałem wyboru. Skuł mi ręce za plecami i odprowadził do jakiejś małej celi zamkniętej na klucz. Resztę nocy spędziłem w zamknięciu plując sobie w brodę, że byłem tak nieuważny. Czyżby tym razem to rzeczywiście był koniec?
Hovsep towarzyszył mi przez cały czas. Nawijał coś o sprawiedliwości i możliwościach, jakie stanęłyby przede nami, gdybym zechciał zostać jego uczniem, a nie ukrywał się przed nim po całym świecie. Może miał rację, może byłem zbyt samodzielny i samolubny? Może zbyt niechlujny i niezdyscyplinowany? Patrząc z perspektywy czasu faktycznie brakowało mi czasem wojskowego opanowania i porządku. On je miał i na dobrą sprawę najpewniej zgodziłby się w końcu mnie ich nauczyć, gdybym inaczej podszedł do niego podczas naszego pierwszego spotkania. Dwóch panów życia i śmierci, wydawało mi się to teraz być niemal utopijną wizją. Zwłaszcza gdy leżałem skrępowany z twarzą na zimnej, metalowej posadzce.
O świcie przyszło dwóch żołnierzy. Schwycili mnie pod ramiona i zaprowadzili do swego dowódcy, po czym pchnęli na kolana, żebym na klęczkach czekał na praktycznie pewny wyrok śmierci. Coś w rodzaju histerycznego rozbawienia dopadło mnie, gdy do pomieszczenia wszedł Siegmunt. Był całkowicie zaskoczony moim widokiem. Chciało mi się śmiać.
- W nocy zamordował naszego najlepszego lekarza – powiedział tutejszy dowódca – Ponadto otruł Anastazję, jedynego człowieka wiedzącego choć trochę, jak działa laser z reaktora, oraz zniszczył sam laser próbując nim zlikwidować zwłoki. Anastazja jest obecnie w szpitalu w ciężkim stanie, ale powinna przeżyć. Nadal uważasz, że ten psychopata zasługuje na życie? Albo go zastrzelisz, albo ja to zrobię. A potem zrobię to samo z tobą.
Chyba około minutę Siegmunt patrzył mi prosto w oczy. Odwzajemniałem spojrzenie, mimo że Hovsep stał za nim uśmiechając się złośliwie.
- Mówiłem, doktorze Bruce, że wkrótce do mnie dołączysz…
- Nie łudź się, że tym razem będzie to dla ciebie miłe spotkanie – wycedziłem.
Siegmunt przymknął na krótką chwilę oczy.
- Widać jest znacznie bardziej niezrównoważony, niż sądziłem.
Podniósł pistolet, a ja zobaczyłem wnętrze lufy. Zamknąłem oczy.
Przeklęta broń palna… Jednak przed tobą nie uciekłem…
Usłyszałem huk i niemal w tej samej chwili poczułem kroplę deszczu spadającą na moje czoło. Po chwili zaczęły na nie skapywać kolejne. Zaskoczony otworzyłem oczy i zamarłem.
To nie deszcz skapywał mi na twarz. A ja wcale nie byłem w gabinecie dowódcy wojskowego Obozu Wolnych.
Byłem przykuty do stołu operacyjnego, a kilkoro dzieci pochylało się nade mną wyciskając mi na twarz krew ze strzykawki.
- Bardzo dobrze, że się pan obudził, doktorze Bruce – powiedział Obiekt #137.
- Przecież nie moglibyśmy kontynuować zabiegu, gdyby był pan w jakiś sposób znieczulony – Obiekt #297 uśmiechnął się mściwie…

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Sat Apr 04, 2015 8:37 pm

Sesja 10

Lebega? Kim on właściwie jest? Co osiągnął? Czego dokonał? Gdy kapitan zniknął bez śladu, posługując się wojskiem przejął władzę na statku. Jako ich oficjalny dowódca przydzielony jeszcze na Ziemi. Naprawdę wieeeelki wyczyn.
Jurij? Postać już nieco bardziej godna szacunku. Pociągając za sobą część wojska utworzył separatystyczną organizację, którą nazwał Czarną Gwardią. Jednakże ściśle zależną i podlegającą mimo wszystko Lebedze.
Żaden z nich nie był godnym dowódcą. Ani godnym przeciwnikiem.
Sięgnąłem pamięcią do wczesnego dzieciństwa. Nie miałem wtedy nic – ojciec wyrzucił mnie z domu, więc błąkałem się sam po slumsach.
Sześciolatek.
Po dwóch dniach spotkałem drugiego wyrzutka. Leżał w ciemnym rogu wąskiej uliczki, czekając na śmierć. Był cztery lata starszy ode mnie, a mimo to znacznie bardziej przerażony. I głodny. Wyciągnąłem do niego rękę, a gdy podał mi swoją, podniosłem go na nogi. Co prawda musiał częściowo sam się podźwignąć, ale liczyła się symbolika.
Tego samego dnia ukradliśmy jakiejś kobiecie torbę z zakupami i najedliśmy się do syta. Przed zmrokiem przypieczętowaliśmy nasze braterstwo podając sobie nacięte i krwawiące dłonie.
W ciągu tygodnia przygarnęliśmy siedem kolejnych osób, a nasze działania stawały się coraz bardziej zorganizowane.
Rok później byłem już przywódcą dziecięcego gangu i miałem pierwszego człowieka na sumieniu.
Gdy miałem trzynaście lat, zauważył mnie ojciec chrzestny lokalnej mafii. Dostałem propozycję pracy dla niego, propozycję „nie do odrzucenia”. Nie zgodziłem się na jego warunki, ale odtąd mój gang dość regularnie wykonywał dla niego różne zadania.
W wieku siedemnastu lat, gdy przekroczyłem wzrost dwóch metrów, a wyglądem przypominałem kogoś z reklamy sterydów, postanowiłem zmienić zasady naszej współpracy. Nie byłem już dzieckiem, ale mężczyzną wkraczającym w dorosłość. Ja i moi ludzie mieliśmy spotkać się z nim i jego obstawą w opuszczonej fabryce, aby przyjąć kolejne zadanie. Gdy wyjaśnił, na czym ma polegać i tradycyjnie miałem uścisnąć mu dłoń, jednym sprawnym ruchem wypuściłem z rękawa nóż i pozbawiłem go głowy. Moi ludzie na ten sygnał błyskawicznie wydobyli broń automatyczną, zanim obstawa trupa zdążyła zareagować. Nie byli głupi, wiedzieli kto odtąd będzie rządził slumsami.
Nim osiągnąłem dwadzieścia lat, przekształciłem gang połączony z mafią w zorganizowaną i zdyscyplinowaną organizację najemniczą o zasięgu globalnym. Nazwałem ją Black Waters na pamiątkę czasów, gdy jako dziewięciu młodych chłopców skazanych na śmierć na ulicy wypłynęliśmy z czarnej wody nędzy, głodu i bezradności, aby wziąć los w swoje ręce.
Dwa lata później Black Waters stało się najbardziej rozpoznawalną marką w branży. I tak było do samego opuszczenia przeze mnie planety. A zapewne mimo ośmiuset lat, jakie minęły, było tak do tej pory.
Gdy usłyszałem o ekspedycji Dioscurus, za kolejne wyzwanie uznałem wyniesienie granic naszej działalności poza granice układu słonecznego. Wybrałem spośród swoich ludzi najlepszych techników, lekarzy, żołnierzy i specjalistów każdej innej profesji, po czym dołożyłem wszelkich starań, aby umieścić ich w załodze. Każdy z nich poza specjalnymi zdolnościami był jednocześnie niezawodnym komandosem, nietykalną maszyną do zabijania.
Na koniec załatwiłem miejsce na statku samemu sobie. Moi ludzie mieli czekać uśpieni do czasu, gdy uznam za stosowne wyjść z ukrycia.
Teraz ten czas nastąpił.
- A więc jak ustaliliśmy, gdy rozpoczniemy atak i z zaskoczenia pozbędziemy się większości ludzi Jurija, otworzycie bramy i wesprzecie nas z drugiej strony. Nie zawiedź mnie, Stefenie.
- To ty nie zawiedź, Vincent – odpowiedział mi po nazwisku dowódca militarny Obozu Wolnych. Połączenie zostało zakończone.
Plan był idealny. Pozwalał na wykorzystanie terenu, elementu zaskoczenia, dezorientacji przeciwnika i specjalnych zdolności moich wszystkich dwudziestu trzech ludzi. Podszedłem do ustawionych w karnym dwuszeregu towarzyszy.
- Bracia, dziś Black Waters pozbędzie się Czarnej Gwardii i przejmie władzę nad Obozem Wolnych. To wielki początek naszej wielkiej przyszłości, której zwieńczeniem będzie pokonanie Lebegi, a następnie Ahmadana i całkowite przejęcie statku. Wiem, że mogę wam ufać. Jesteście ze mną od początku. Choćby torturowali was miesiącami i obiecali zakończyć to, jeśli mnie zabijecie, stanąłbym przed wami bez broni pewny, że tego nie zrobicie. Wy zaś wiecie, że również oddałbym za was życie. Gdy wszystko się skończy, wierzę, że będziemy ucztować w tym właśnie gronie… A teraz za mną!
Nie było potrzeby uzgadniać niczego, od lat tworzyliśmy zespół. Myśleliśmy wspólnie. Kończyliśmy za siebie zdania. Potrafiliśmy cytować słowa, które jeszcze nie padły. Dlatego cała operacja miała zostać przeprowadzona w absolutnej ciszy.
Zaczęliśmy się rozdzielać, aby zająć ustalone pozycje.
Po chwili usłyszałem strzały i krzyk kilku swoich ludzi. Stało się coś dziwnego, niemożliwego. Czyżby ktoś zdradził?!
Zza rogu wyłoniła się nagle grupa czarnogwardzistów. Bez ostrzeżenia zaczęli strzelać w naszym kierunku, więc odwzajemniłem ogień. Jeden z niespodziewanych pocisków drasnął Terrego w ramię. Tymczasem grupka, która nas zaskoczyła, stopniała do jednego człowieka, który zaczął uciekać.
Pobiegliśmy za nim wstrzymując ogień, aby dowiedzieć się, gdzie się skryje.
I wtedy rozpętało się piekło. Ze wszystkich stron w naszą stronę sypał się grad pocisków wszelkiej maści. Kilku moich dobrych chłopców oberwało plazmą, inni leżeli ze zgruchotanymi kulą kośćmi, albo konający z przebitymi płucami.
- Za mną w stronę bram obozu! – wydarłem się ile sił w płucach.
Rzuciłem się na rozpaczliwą ucieczkę, biegnąc bokiem dla zmniejszenia powierzchni, w jaką mogli mnie trafić. Umożliwiało mi to też strzelanie, z czego skrzętnie korzystałem mszcząc śmierć swych braci.
Do bramy dotarłem sam…
Nie wiem, ilu czarnogwardzistów przypłaciło to życiem, ale starałem się, aby popamiętali mnie do końca życia.
Brama uchyliła się, więc wyczekiwałem jeszcze chwilę na pojawienie się jakichkolwiek ocalałych, ale na próżno. Z bólem serca wpadłem do środka.
Prosto w ręce ludzi Stefena, którzy odebrali mi broń, skuli, złapali pod ramiona i zaczęli gdzieś prowadzić. Chwilowo jednak nie zważałem na to, to sprawa na później. Nie dawało mi spokoju coś innego.
Kto mnie zdradził?
Wepchnęli mnie do pomieszczenia, w którym siedział jakiś niezbyt wysoki, biały mężczyzna z krzaczastym zarostem. Ręce miał skute, podobnie jak ja.
- Czemu cię zamknęli? – spytałem pro forma.
- Ponoć rozpętałem w obozie epidemię – odpowiedział – A ty?
- Cudownie, brakowało jeszcze tylko epidemii… Byłem umówiony z tutejszym przywódcą, ale ktoś mnie zdradził i wszystkich moich ludzi zabili żołnierze Jurija. Gdy udało mi się jakoś ewakuować do środka, zamiast mnie przywitać, skuli i przyprowadzili tutaj. Czy ta epidemia to również nieporozumienie? Bo Stefen sprawia wrażenie bardzo skłonnego do nieporozumień.
- Obawiam się, że nie. Jednak nie miałem innego wyboru, w przeciwnym razie skazałbym ludzi na pewną śmierć.
Nie odpowiedziałem. Od razu polubiłem faceta, widać było, że porządny i honorowy z niego człowiek.
Nagle do środka wszedł pokaźnej postawy żołnierz z miną mówiącą „Jeśli użyjesz przy mnie zbyt trudnego słowa, uznam to za obrazę i na wszelki wypadek dam ci w zęby”. Z jego oczu biła jednak lojalność dowódcy, cecha bardzo przeze mnie ceniona.
Jego wzrok prześliznął się po mnie, jakby mnie w ogóle nie zarejestrował, po czym spoczął na moim towarzyszu.
- Siegmuncie Kastelu, czy przyznajesz się do winy?
- Nie przyznaję się do celowego rozpętania epidemii. Ratowałem ludzi.
Pięść żołnierza wylądowała na twarzy mego współwięźnia. Przesłuchujący odwrócił się do mnie, spojrzał w górę i zamarł na chwilę. Postanowiłem to wykorzystać.
- Żołnierzu, niezły sierpowy. Z takim ciosem mógłbyś zajść znacznie dalej niż do bycia dozorcą więziennym. Proszę, wypuść nas, a postaram się zrobić w tym kierunku co w mojej mocy.
Do jego oczu napłynęło przerażenie i niepokój. Widziałem, że bardzo chce nas wypuścić, ale nie chce łamać rozkazów. Po chwili wybiegł z celi.
- Pewnie pobiegł po Stefena – mruknął nazwany Siegmuntem – On przynajmniej nie używa siły, gdy jest to zbędne.
- Bardzo dobrze. Muszę poważnie z nim porozmawiać…
Około dwóch minut później drzwi znowu otworzyły się, a w nich stanął tutejszy dowódca wraz z dozorcą. Podszedł prosto do mnie, podczas gdy żołnierz stanął nad Siegmuntem gotowy uderzyć go w razie jakiegokolwiek zachowania mogącego być oznaką buntu.
- Witaj, Stefenie – powitałem go – Mam nadzieję, że zaraz wytłumaczysz mi, dlaczego twoi ludzie odebrali mi broń i zamknęli tutaj.
- Vincent… To proste. Nie wiemy, czy możemy ci ufać. Twoi ludzi zostali rozbici, część poległa, a pozostałych pojmano… Może ciebie też? Może to nie przypadek, że udało ci się umknąć śmierci? Może Jurij wysłał cię tutaj, żebyś otworzył im w nocy bramę, albo szkodził nam w jakiś inny sposób, którego nawet się nie domyślam.
- Spójrz mi w oczy i powiedz mi szczerze. Uważasz, że mogą kłamać?
- Owszem, zdecydowanie mogą – wycedził patrząc na mnie spod przymkniętych powiek.
- Wiesz w ogóle kim ja jestem? Słyszałeś o Black Waters?
Kątem oka dostrzegłem poruszenie w zachowaniu żołnierza stojącego nad Siegmuntem. Mój współwięzień chyba poruszył się, albo spróbował odezwać, bo usłyszałem kolejny cios.
- Owszem, każdy o nich słyszał – odpowiedział ze stoickim spokojem Stefen.
- Jestem ich założycielem i obecnym szefem – zdaje się, że wywarło to o wiele większe wrażenie na jego człowieku, niż na nim. Byłem niemal pewny, że dozorca jest już moim człowiekiem – Uważasz, że byłbym w stanie dopuścić się tak haniebnego czynu jak zdrada?
- Nie wiem, ale nie mogę ryzykować.
Wyjął pistolet i wycelował w moją stronę. Stałem niewzruszony domyślając się, co zaraz się stanie.
I nie myliłem się, mój nowy towarzysz rzucił nożem prosto w twarz mojego niedoszłego zabójcy. Stefen uniósł brwi zaskoczony, po czym upadł na ziemię jak kłoda.
- Piękny rzut, żołnierzu. Jak ci na imię? – spytałem go w pełni wyprostowany. Stanął na baczność i odpowiedział.
- Dorian, panie Murzyn.
- A więc Dorianie, od dziś należysz do Black Waters. Dotyczą cię wszystkie prawa, obowiązki i reguły wiążące się z tą przynależnością. Witaj w grupie. A teraz uwolnij nas i nie atakuj więcej Siegmunta.
Zasalutował i rozciął nasze więzy. Musiałem teraz dowiedzieć się jak najwięcej o sytuacji w obozie. Zwróciłem się więc do dotychczasowego współwięźnia.
- Jak wygląda obecnie tutejsza sytuacja polityczno-społeczna? Słyszałem już o epidemii i wiem o śmierci dowódcy militarnego. Co dzieje się tu poza tym?
Mężczyzna spojrzał na mnie rozcierając nadgarstki.
- Tu Zhong nie pokazuje się, ani nie odzywa od dłuższego czasu. Tego ranka zabity został lekarz psychopata, który w znacznie większym stopniu przyczynił się do epidemii, a także popełnił wiele innych zbrodni. Spora część obozu została odcięta, nie mamy dostępu do laboratoriów medycznych. Panuje chaos i nastroje dekadenckie, ludzie spodziewają się już tylko śmierci albo z powodu epidemii, albo z rąk Czarnej Gwardii.
- Dziękuję za wyjaśnienia, spróbujemy nad tym zapanować. Dorianie, istnieje jakiś kanał wewnątrzobozowy w R+?
Gdy podał mi namiary, odwróciłem się plecami do obu towarzyszy i wpatrzyłem w ścianę.
- Wzywam Tu Zhong, wzywam Tu Zhong. Tu Deryl Vincent, dowódca Black Waters. W skutek nieporozumienia twój dowódca wojskowy został zabity w samoobronie. Ale nie załamuj się, jestem w stanie zastąpić go lepiej, niż godnie. Proszę, oddaj swych ludzi pod moją komendę, a wyprowadzę nas z tej sytuacji podbramkowej, włączając w to epidemię i oblężenie. Ufam, że wykażesz się rozsądkiem, jaki zawsze ci przypisywałem.
Rozłączyłem się i zwróciłem z powrotem do Siegmunta i Doriana. Pierwszy z nich patrzył na mnie z nutą niedowierzania, a drugi chyba nie zdawał sobie sprawy, że od wysłanej właśnie przeze mnie wiadomości będą zależeć przyszłe losy obozu.
Podszedłem do zwłok Stefena i zabrałem mu pistolet, po czym przeszukałem kieszenie. Niestety nie znalazłem tam nic, co mogło być w jakiś sposób przydatne. Bardziej martwił mnie jednak brak odpowiedzi od Tu.
- Wzywam Tu Zhong, proszę o kontakt, moja oferta może uratować obóz – nadałem znów na kanał obozowy. Tym razem po chwili dostałem odpowiedź.
„Uwaga, uwaga. Mówi Tu Zhong. W związku z zaistniałymi okolicznościami, jakimi jest epidemia i śmierć świętej pamięci Stefena, którego wszyscy pamiętacie, zwołuję posiedzenie specjalne wszystkich ludzi pełniących ważniejsze stanowiska w obozie. Miejsce spotkania zaznaczone jest na planie obozu, który widzicie przed sobą. Ciebie, Derylu, zapraszam również. Omówimy dokładnie twoją propozycję.”
Zmrużyłem oczy, coś mi nie pasowało.
- Chodźmy więc. Ale uważajcie, przeczucie mówi mi, że coś jest nie tak.
Na miejscu okazało się, że przed wejściem stoi żołnierz. Poprosił nas o oddanie broni. Zwróciłem więc pistolet Stefena, a Dorian oddał swojego granta. Widziałem, jak ukrywał nóż wyjęty z głowy dotychczasowego dowódcy, więc gdy żołnierz chciał go rewidować, zareagowałem szybko.
- Poważnie? Chcesz w sytuacji kryzysowej tracić czas na rewidowanie własnego człowieka?
Darował więc sobie i zostaliśmy wpuszczeni do sali konferencyjnej.
Była jednak pusta.
- Uważajcie. Jestem prawie pewny, że zostaliśmy wystawieni do wiatru. Stańcie za stołem i w razie czego przewróćcie go, żeby mieć się za czym schować.
Wykonali polecenie bez szemrania, a ja stanąłem tuż przy drzwiach przyciśnięty plecami do ściany. Gdy drzwi się otworzyły, moim oczom ukazała się lufa granta.
Zanim właściciel broni zaczął strzelać, przeskoczyłem na drugą stronę drzwi odbierając mu ją i uderzając go kolbą w klatkę piersiową. Padł nieprzytomny równocześnie ze stołem, a po chwili rozległy się strzały. Wychyliłem się ostrożnie z grantem gotowym do strzału i niemal tuż przed sobą dostrzegłem wojskowego, w którego wpakowałem pięć pocisków, zanim on zdążył zrobić to samo mi. Padł martwy ukazując drugiego, który właśnie ciskał granat w naszą stronę. Zrobił to jednak nieprofesjonalnie i wiedziałem, że we mnie nie trafi. W tym samym czasie stojący obok drugi przeciwnik posłał serię w moją stronę, ale zamiast mnie przeorał ścianę.
„Do wszystkich w obozie. Mówi Masako Yingpei. Jeśli sami jeszcze tego nie zauważyliście, Tu Zhong odeszła od zmysłów na wzór swojej siostry i wszelkie problemy usiłuje rozwiązywać siłą. Nie bójcie się, mamy lekarstwo na epidemię, jednak potrzebujemy również stabilnej sytuacji politycznej. Nie zważajcie na to, co mówi wam Tu. Oddajmy przywództwo komuś kompetentnemu, w obecnej sytuacji najlepiej założycielowi Black Waters. Stworzył tak wielką organizację z niczego? Zapanuje również nad sytuacją tutaj. My zaś obiecujemy w zamian lekarstwo. Jedyne, co uratuje was przed eksplozją wnętrzności.”
To była moja szansa. Nie kontynuowałem ostrzału próbując się dogadać.
- Słyszeliście ją? Naprawdę nie potrzeba nam więcej śmierci, a ja naprawdę jej nie chcę. Nie musimy się zabijać!
W moją stronę padła kolejna seria, więc schowałem się za ścianą. Po chwili jednak postanowiłem zaryzykować i wyjść im na spotkanie ryzykując kulę w pierś.
Nikogo jednak już nie było.
Dostrzegłem tylko w odległym korytarzu kolorową kobietę o błędnym spojrzeniu rozkazującą coś jakiemuś żołnierzowi, który zaraz gdzieś odbiegł. Gdy mnie dostrzegła, posłała mi mordercze spojrzenie prosto w oczy. Według danych, jakie posiadałem, była to niezrównoważona siostra Tu, Hina Zhong. Cyborg o morderczych zapędach.
Odwróciłem się, aby sprawdzić stan osobowy swojej małej gromadki i zamarłem. Siegmunt, którego chciałem zapytać o tak wiele rzeczy, a może i uczynić swoim zastępcą, leżał martwy. Granat, o którym sądziłem, że chybił, trafił prosto w niego. Zacisnąłem zęby ze złości. Jeśli nie oddadzą się pod moją komendę, gorzko pożałują jego śmierci.
A na razie postanowiłem odezwać się do kobiety, która powstrzymała dalszą rzeźnię.
- Droga Masako, dzięki za wsparcie. Gdzie jesteście? Jak do was dotrzeć.
- Jesteśmy w laboratorium Hovsepa, lekarza, który zginął jakiś czas temu. Laboratorium na razie pozostaje puste, więc postanowiliśmy je wykorzystać. Wiesz, jak się tu dostać?
- Jakieś szczegóły lokalizacyjne? Niestety nigdy tu nie byłem.
- Wiesz, gdzie są pomieszczenia administracyjne?
- Trafię.
- Doskonale. W takim razie spotkamy się tam. Jak sytuacja?
- Żołnierze zniknęli, ale widziałem Hinę Zhong rozkazującą coś tym, którzy odchodzili.
- Uważaj na nią i jeśli możesz, unieszkodliw bez zabijania.
- W porządku, jeśli nie będzie mi bezpośrednio groziła śmierć, nie zabiję jej.
- Dziękuję. Do zobaczenia.
Rozłączyła się, a ja skinąłem ręką na Doriana i ruszyliśmy przed siebie truchtem, rozglądając się uważnie. W rękach trzymałem granta – na wszelki wypadek. Po chwili Masako odezwała się jeszcze raz.
- Drobna zmiana planów. Hina najprawdopodobniej zastawia gdzieś na was pułapkę. Jeśli ją spotkacie, zabijcie na miejscu. To oszczędzi wszystkim problemów w przyszłości.
- Z wielką chęcią.
Nie lubiłem zabijać i nie uważałem zabijania za najlepsze wyjście. Niestety często było jedynym wyjściem. Wyjątek stanowili właśnie niebezpieczni dla otoczenia psychopaci – ich zabijałem, gdy tylko miałem okazję.
Dotarliśmy bez problemów na rynek, gdzie również nie zastaliśmy żywego ducha. Było to dosyć podejrzane, więc przykazałem Dorianowi czujność i położyłem palec na spuście. Dopadliśmy w końcu do wejścia prowadzącego do administracji. Przypadłem plecami do ściany obok i otworzyłem je. Gdy przez trzy sekundy nic się nie stało, wpadłem do środka.
A one zamknęły się tuż za mną, po czym światło zgasło.
Usłyszałem czyjeś ruchy.
Hina…


Last edited by grzymislaw on Mon Apr 27, 2015 9:22 am; edited 1 time in total

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Pablo - sesja 9

Post by Tomek on Wed Apr 22, 2015 2:28 am

W jednym momencie zostaje zdjęta  symulacja R+. Rozbłyskują czerwone światła. Lampy alarmowe. Alarm! Alarm! Dekontaminacja. Dekontaminacja. Martwy, matowy głos. Brzęk syren i powtarzany bez końca komunikat maszyny. Ludzie wybiegający ze szpitala. W panice. Tratujący się w drzwiach. Dekontaminacja. Krzyk, szaleństwo, zaraza. Pablo obserwuje tą scenę zza wrót wejścia do warsztatu. Zaciśniętą pięść przyciska do ściany. Wiedział, że idylla nie potrwa długo, wiedział, że w obecnej sytuacji pozorny spokój był jedynie tymczasowy. Jednak łudził się do końca. Wzdycha. Zaciska zęby. Tylko dwa dni spokoju. A miało być tak pięknie.

Dwa dni wcześniej

Mimo najgorszych przeczuć i ogólnego nastroju zagrożenia do rozlewu krwi nie doszło.

Lebega otoczył połową swojej armii obóz wolnych, lecz żołnierze w środku, mimo, że była ich zaledwie garstka, byli w stanie dać zaciekły opór. Słynne wojskowe przysłowie mówi, że jeden broniący się żołnierz wart jest dziesięciu atakujących. Sytuacja patowa. Ultimatum Lebegi - poddajecie się, złóżcie broń, a pozwolę wam dołączyć do reszty załogi. W razie odmowy - śmierć. Wolni kontrolują system filtracji wody. Materiałów wybuchowych mają tyle, że wystarczy na wysadzenie Ahamadana, Discurusa II i jeszcze połowy Euphiry. Istny pat. Oni zaatakują - my zginiemy,  ale i oni sami zginą. My zaatakujemy - zginiemy, jak będziemy czekać -w końcu skończy nam się tlen, żywoność .  Istny pat. I tylko o krok do tego, by jedna ze stron nie wytrzymała nerwowo i doszło do masakry.

Do masakry ostatecznie nie dochodzi. Dzięki umiejętności przekonywania Sigmunta oraz zdrowemu rozsądkowi dowódcy obozu, Stefana. My nie ustąpimy, ale i wy nie ustąpicie, prawią. Zostaje więc kompromis. Chcecie, żebyśmy się wam poddali. Cóż, nie poddamy się. Nie ja, Stefan. Nie ja, Sigmund. Nie nasi ludzie. Reszta niech decyduje za siebie. Pozwól im wyjść, generale.  Niech sami zdecydują czy zostają, czy podporządkują się twojej dyktaturze. Odeszli prawie wszyscy.

Rekonwalescencja

Po zniknięciu większości naukowców w obozie jest znacznie ciszej. Wcześniej panował tu przyciszony gwar rozmów i planów. Teraz jakby wszystko to było przeszłością. Przygnębieni  ludzie, ci co zostali, gromadzą się czasem w większe grupki, lecz przeważnie siedzą, skuleni w swych pokojach. Przewaga sił na stronę przeciwnika jest przytłaczająca. Wszystkim udziela się jakby atmosfera zaszczucia i nerwowego oczekiwania.

Pablo nie lubi marnować czasu. W miejscowym szpitalu został wyleczony ze skutków choroby popromiennej przez doktora Bruce’a. Podczas, gdy inni leżą ranni w łóżkach lub zajmują się swoimi sprawami, Pablo  bierze się za to co lubi i na czym zna się najlepiej - majsterkowanie. Pierwsze wyzwanie - dron, uszkodzony w czasie potyczki z Derrekiem. Razem z Johnnym biorą go do warsztatu i próbują przywrócić do życia. Byłby cennym sojusznikiem w razie wybuchu walk. Szczególnie ze swoimi dwoma mocowanymi karabinami automatycznymi. Operacja udaje się, ale tylko połowicznie - znów zaczyna bić serce pacjenta - generator. Niestety, pacjent pozostaje w stanie głębokiej śpiączki - nie udaje się naprawić mózgu . Dwie ołowiane kule rozorały go wyjątkowo głęboko, a żaden z nich nie zna się na tym na tyle dobrze, by przywrócić do działania te wrażliwe miejsca. Ach, Sebastianie, gdybyś tylko tu był, wzdycha w myślach Pablo. W ich oddziale Sebastian był głównym inżynierem MP. Teraz pewnie leży martwy w jednej z tysięcy otwartych komór kriogenicznych. Pablo wraca  do rzeczywistości, po raz  kolejny przenosi swój wzrok na



Wielkie coś, czego zdecydowanie nie powinno tu być

Warsztat, w którym Pablo pracują z Johnnym, nie różniłby się zbytnio od innych warsztatów, w których każdemu z nich nie raz zdarzało się pracować. Zapełniony wszelkiego rodzaju sprzętem, turbinami, narzędziami i sprzętami diagnostycznymi. Panuje w nim swoisty uporządkowany chaos. Osobie z zewnątrz może wydawać się on totalnym bałaganem, ale, dla wprawnego mechanika jest on niczym innym, jak optymalizacją rozłożenia przedmiotów, według  funkcji odległości ich od ręki do częstotliwości używania.
Sielski widok zaburza jedna kolosalna maszyna, znajdująca się w centrum sali. Ogromny, gigantyczny lazer. Skomplikowany wielotonowy mechanizm. Pablo rozpoznał go za pierwszym wejściem do sali . Nieświadomie rozdziawił wtedy gębę, urywając zdanie w pół słowa.  Stabilizator plazmowy. Niewątpliwie wyjęty z rdzenia statku. Przez jego brak układ chłodzenia jest z dnia na dzień coraz bardziej niestabilny. Co on tu do ciężkiej cholery robi? Wolni, swoimi lekkomyślnymi działaniami zagrażają losowi całej misji. Czyżby znowu byli po złej stronie barykady?

Teraz nieopodal machiny przechadza się od czasu do czasu naburmuszona blondynka. Anastazja. Z podsłuchanej w warsztacie rozmowy Pablo i Johnny usłyszeli, że jest ona prawdopodobnie jedyną osobą mogącą zamontować ów agregat z powrotem tam, gdzie jego miejsce. Mając tą wiedzę niemal siłą powstrzymali ją przed opuszczeniem obozu. Przeciskali się przez tłum, łapiąc ją tuż przed grodzią wyjściową z obozu. Trzymali i nie pozwalali przejść dopóki nie została zamknięta. Wytłumaczyli powagę sytuacji.

Teraz Anastazja zerka na nich spod byka. Cóż. Może kiedyś im wybaczy. Była zbyt cenna, by puścić ją wolno. Do tego kłamie. Pablo dwa dni przeznaczył na studiowanie obiektu, który tak przykuwał jego uwagę i wyobraźnię. Anastazja twierdziła nieustannie, że nie wie skąd on się tu wziął. Taa. Jak się potem okazało na swoim kompie miała szczegółowe plany rdzenia układu chłodniczego.
Myśl o stabilizatorze nie dawała Pablo spokoju. Jak wniesiono tu taką masę? Wielotonowy agregat. Swoimi rozmiarami przekracza każde z możliwych przejść do warsztatu. Na podłodze ani jednej ryski. Żadnych wgnieceń i uszkodzeń na ścianach. To nie mogło tu zostać wniesione. Przynajmniej nie przez człowieka… No, ale chyba nie leżało to tu od zawsze i nie zbudowano dookoła tego warsztatu.

Drugi dzień badań. Pablo analizuje agregat na wszystkie możliwe sposoby. To, że znajduje się on właśnie tutaj ma kluczowe znaczenie dla ich dalszego przetrwania. Po co go ktoś tu przeniósł? Czy to były roboty? Wolni? Ludzie Lebegi? Jak to wnieśli? Dlaczego? Żeby mieć kartę atutową do pertraktacji z Ahmadanem? Lebegą? I do jasnej cholery. Jak to  zaniosą powrotem? Pablo bada agregat, skanuje na dziesiątki sposobów, puka, stuka, prześwietla, modeluje w R+.

Pod koniec, wieczorem, wnioski są następujące:

Jeden. Agregat waży dużo mniej niż na początku przypuszczał, jest to masa nie setek, nie dziesiątek nawet, a kilkunastu ton. Przy odpowiednim sprzęcie dałoby się go przetransportować.

Dwa. Z pozoru solidna bryła jest niczym więcej jak zmyślnie połączoną hierarchią komponentów. Pablo wydzielił jej główne sekcje, są na tyle lekkie i niewielkie, że ich transport do środka jest jak najbardziej możliwy. potem wystarczy poskręcać.

Trzy. Anastazja kłamie i w tej grze jest raczej po przeciwnej stronie planszy.

Tylko na cholerę im lazer? Jutro musi poważnie pogadać z Anastazją.

Teraz

Dekontaminacja! Dekontaminacja! Pablo potrząsa głową. Musi uciekać. Znaleźć schronienie.

Anastazja nafaszerowana narkotykiem. Mirosław, szef obozowych lekarzy zamordowany. Lazer sabotowany. To tylko początek porannych wiadomości. Zbudził ich głośny huk, który zerwał na nogi cały obóz. Dobiegał z hangaru. W jednej chwili wszyscy byli tuż obok drzwi. Z lazera unosił się dym, lufa skierowana w ziemię. Zaraz pod miotaczem zakrwawione  zwłoki doktora Mirosława, nieco dalej nieprzytomna Anastazja. Doktor Bruce eskortowany przez żołnierzy. A teraz jeszcze skażenie.

Dekonatminacja! Dekontaminacja! Powtarza matowy głos. Pablo przestaje myśleć. Teraz musi uciekać. Biec znowu. Znów ratować życie. Czy przetrwa skażenie? Oraz co stanie się z lazerem? Czy uda im się ustabilizować rdzeń statku? Walka ze śmiercią zaczyna się po raz kolejny.


Last edited by Tomek on Wed Apr 29, 2015 9:19 pm; edited 2 times in total (Reason for editing : Zamiana Anthony na Johnny)

Tomek
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2015-01-15

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by Sponsored content


Sponsored content


Back to top Go down

Page 1 of 2 1, 2  Next

View previous topic View next topic Back to top


 
Permissions in this forum:
You cannot reply to topics in this forum