Streszczenie Graczy

Page 2 of 2 Previous  1, 2

View previous topic View next topic Go down

Sesja 10 - Masako

Post by tschesky on Wed Apr 22, 2015 6:16 pm

Nigdy nie ufałam Bruce'owi i jego bandzie, od pierwszego momentu gdy pojawili się w naszym obozie. Mimo beznadziejnej sytuacji w jakiej wszyscy się znajdywaliśmy, wreszcie po latach prób udało ustanowić się funkcjonujący układ. Nie bez bólu i nie bez problemów, zaś wyklarowanemu podziałowi daleko było do idealnego - ale był. Każdy miał własny kawałek podłogi, każdy - jeżeli tylko chciał - mógł prowadzić przyzwoite życie w ramach namiastek społeczeństwa, które udało nam się stworzyć. Lebega nie wchodził nam w drogę i rządził swoimi bezmózgimi marionetkami w innym pierścieniu, kontakty z Żydem ograniczały się do wymiany przysług. Do czasu...

Najpierw przyszli do nas jako grupka zagubionych, zdezorientowanych załogantów wprost z komory hibernacji, gdzie rzekomo żywy nie pozostał nikt. Tajemniczości przydawał im fakt, że ich poziom dostępu został zredukowany do zera - jakby zupełnie nie istnieli. Wymagali leczenia na ciężkie przypadki choroby popromiennej, więc - z racji iż nic o nich nie wiedzieliśmy - władze obozu wykorzystały ich desperacką sytuację by wykonali dla nas kilka przysług. Każdy normalny człowiek, wiedząc w jak trudnej sytuacji się znajduje, po odwaleniu niezbędnej roboty, cieszył by się z nowo nabytych praw do funkcjonowania w ramach naszej społeczności. Ale im tego było mało - zaczęli kręcić się po całym statku, ingerować w obecny układ, wkurzając wielu niebezpiecznych ludzi a także Ahmadana - od ich pojawienia się aktywność robotów zdecydowanie się podniosła. Kiedy wrócili ze swoich wojaży ostatnim razem, w oczach Bruce widać było szaleństwo, które choć było tam od dawna to musiało nasilać się od czasu wybudzenia. Niewiele trzeba było czekać, by miejsce miały wydarzenia o których wszyscy wiemy - morderstwo, oblężenie, egzekucja szalonego doktora. Choć śmierć zebrała srogie żniwo to wiele z nas odetchnęło z ulgą - miał to być koniec jego niepoczytalnych zachowań, które zaprowadziłyby nas Bóg wie gdzie. Gdybyśmy wtedy wiedzieli, jak bardzo się myliliśmy.

Tego dnia obudził mnie straszny hałas - rozwrzeszczany alaram, nawołujacy do niezwłocznej ewakuacji, ostrzeżenia o biohazardzie i masy zdezorientowanych ludzi, z których nikt nie wiedział co się dzieje. Wyczuwając kłopoty, czym prędzej udałam sie w stronę, w która wszyscy biegli- do hali B. Dotarłszy tam, ktoś zablokował drzwi, blokując wielu uciekinierów w korytarzu. I tam nie mogło zabraknąć drużyny szalonego Bruce'a, który wygląda na to że prześladował nas będzie jeszcze długo po śmierci. Część z nich, stojąca po mojej stronie drzwi w krótkich słowach wyjaśniła mi, że z przechwyconego przez siebie statku przywlekli nieznanego pochodzenia grzyby, które teraz rozprzestrzeniały się w straszliwym tempie. Dobrze, o czymś takim jeszcze słyszałam - mieliśmy nawet jeden zgon z tego powodu, jednak kolejny przypadek zachorowania szybko oddzielono w izolatce i zaraza nie miała prawa się rozprzestrzeniać. Cóż - jak widać szeleństwo nie było cechą odosobnioną w tej zbieraninie - Sigmunt Castel, samozwańczy kapitan tej bandy postanowił, nie myśląc o tym ile żyć w ten sposób naraża, wypuścić chorego z izolatki. Myśląc szybko - i muszę przyznać - bardzo samolubnie - czym prędzej pobiegłam na rynek i będąc już po drugiej stronie śluzy poprosiłam żołnierzy o zablokowanie drzwi i nie przepuszczanie nikogo - przynajmniej do czasu wyjaśnienia całej sytuacji. Jednak oczywiście nie można było na nich liczyć a sytuacja jeszcze bardziej wymknęła się spod kontroli. Jeden z Sigmuntowych idiotów postanowił cisnąć granat w pędzący tłum - nie wiem co dokładnie chciał tym osiągnąć, co na pewno mu się udało to szybkie samobójstwo, śmierć z rąk Hiny. Tego było już dosyć - kapitana szybko pojmano, słusznie obarczając go odpowiedzialnością za całe zajście. Nas jednak pozostawiono z niewiedzy i niepewności. Groźba zarażenia nadal była ogromna, nikt nic nie ujawnił, co gorsza trwało oblężenie nas przez Lebegę. Nie chcąc tracić czasu na idiotyczne spotkanie, które postanowiono zwołać zgarnęłam mikrobiologa z opisywanej przeze mnie wciąż bandy. Okazał się zaskakująco rozsądnym i inteligentym człowiekem. Razem udaliśmy się do laboratorium Hovsepa aby opracować laboratorium. W czasie kiedy on pracował a my - wraz z paroma napotkanymi po drodze ludźmi pomagaliśmy jak potrafiliśmy - wymieniłam parę nieprzyjemnych komunikatów z przywódczynią obozu. Choć trudno się dziwić jej zawiści do Sigmunta, to uważam że przedłożyła ona osobistą wandetę nad dobro całego obozu, sprawy należało wziąć w swoje ręce. Niestety w strzelaninie do której doszło w miejscu przetrzymywania Sigmunta on poległ a z nim ostatnia nadzieja na komunikację z Lebegą. Zmuszona byłam nawiązać komunikację w najemnikiem, który zdawał sie mieć potencjał zjednoczyć zbrojne ramię obozu pod swoim autorytetem - autorytetem przywódcy Czarnej Kobry? Kiedy ostatni raz z nim rozmawiałam zmierzał do nas ze swoim wioskowym głupkiem, bacząc na polującą na nich Hinę. Ale zaraz, muszę iść. W korytarzu coś się ruszyło. Czy to oni?

tschesky
Podróżnik
Podróżnik

Posts : 12
Join date : 2014-03-10

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Mon Apr 27, 2015 10:17 pm

Po chwili mój wzrok przyzwyczaił się do mroku na tyle, że dostrzegłem zarys pomieszczenia. Spojrzałem przez ramię i z zadowoleniem dostrzegłem tam Doriana – również zdążył wejść.
Znajdowaliśmy się na klatce schodowej, na której szczycie żarzyło się lekko jedyne światło. Wyraźne zaproszenie do gry. Chcesz się zabawić, dziecinko? Niech więc tak będzie.
- Dorian, uważaj na siebie i miej oczy dookoła głowy. Ta psychopatka może kryć się wszędzie.
Jego kiwnięcie głową było tak energiczne, że je usłyszałem. Ruszyłem schodami gotowy do strzału, a gdy dotarłem do ich szczytu, a moim oczom ukazały się następne – spiralne – światło zgasło i zapaliło się gdzieś wysoko.
Chcesz mnie zmęczyć? Niedoczekanie twoje – przemknęło mi przez myś.
Nie spiesząc się zbytnio i uważając cały czas na cienie podążyłem schodami na górę.
Co nieco mnie zaskoczyło, nie zrzuciła na nas nic, co zabiłoby nas na miejscu.
Twoja strata, teraz ty będziesz zwierzyną.
Gdy dotarliśmy do szczytu schodów, wszelkie światło zgasło i zapanowały całkowite ciemności. Miała syntetyczne oczy, a mój noktowizor został zrekwirowany – stanowiło to pewien problem. Przypadłem do ściany i zastanowiłem się chwilę. Miałem tylko karabin i jednego człowieka, a ona widziała nas, a ponadto jeśli moje informacje były poprawne, miała wszystkie cztery kończyny wymienione na syntetyczne, co dawało jej znaczną przewagę szybkości i siły.
Zakląłem w duchu, moja sytuacja była znacznie gorsza, niż sądziłem.
Po mojej prawej znajdowały się otwarte drzwi. Wychyliłem się ostrożnie I tuż koło mojej głowy przeleciała z nieprawdopodobną prędkością strzała. Bestia wiedziała, że myśliwy mógłby ją namierzyć po huku. Wyposażyła się więc w łuk.
Błyskawicznie wskoczyłem przez drzwi do sąsiadującego pomieszczenia i wpadłem za stół.
“Dorian, idź z drugiej strony.” - wysłałem towarzyszowi informację w R+.
Po chwili usłyszałem świst i krzyk wiernego półgłówka. Trafiła go!
Wyskoczyłem zza stołu, podbiegłem i skryłem się za fotelem. W tej samej chwili Dorian krzyknął jeszcze głośniej. Krew napłynęła mi do oczu. Ledwie po stracie całego oddziału zyskałem człowieka, już najpewniej go straciłem. Zerwałem się na nogi i wyładowałem cały magazynek w stronę, gdzie spodziewałem się ją zastać. Niestety poza jękami towarzysza nie usłyszałem nic. Musiała się gdzieś oddalić...
Chwilę później Dorian oberwał jeszcze raz. Zamknąłem powieki. Wiedziałem, że nie mogę mu pomóc. Gdybym tylko zbliżył się do niego, podzieliłbym jego los. Zacisnąłem więc zęby i zacząłem skradać się w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłbym bezpiecznie się przed nią ukryć i poczekać, aż się zbliży.
Znalazłem takie miejsce tuż koło jakiś drzwi. Niezbyt duża wnęka dająca jednak dość pola manewru do celowania z mojego granta i strzałów, jeśli pojawiłby się jakiś cel. Nie musiałem czekać bardzo długo. Dość szybko w drzwiach pojawił się jakiś cień. Ogólne gabaryty zgadzały się z moją zwierzyną.
Wpakowałem w nią więc niemal z przyłożenia dziesięć naboi. Za Doriana...
Padła nieprzytomna, ale o dziwo gdy sprawdziłem puls, okazało się, że żyje.
- Nie zabijaj jej! Zrobię wszystko co zechcesz! - otrzymałem wiadomość od Tu.
- Włącz światło.
Posłuchała bez dyskusji.
- Teraz chodź tutaj, musimy porozmawiać w cztery oczy. W ten sposób dajesz jej szansę na przeżycie.
A mi na pozbawienie świata dwóch psychopatek na raz.
- Już idę – odpowiedziała, po czym rozłączyła się.
Czekałem, trzymając lufę przy czole Hiny. Byłem gotowy pociągnąć za spust, gdy tylko drgnie. Znów byłem sam, jak niegdyś w slumsach. Znów musiałem pobródzić sobie ręce dla lepszej przyszłości.
- Deryl, ktoś mnie złapał! - usłyszałem nagle Tu – Nie mogę się wyrwać!
- Więc życzę powodzenia. Zamknęłaś mnie tu, więc nie mam jak ci pomóc.
Czyżby ktoś jeszcze był po naszej stronie? Ja byłem zamknięty, Masako ze swoimi ludźmi odcięci przez pomieszczenia, w których byłem, więc kto mógł ją złapać?
Nagle do moich uszu dobiegło coś o wiele gorszego, niż informacja, o złapaniu kobiety, którą chciałem zastrzelić gdy tylko stanie w progu.
Zapaliły się czerwone lampy ostrzegawcze, odezwały się syreny, a głos bez żadnego wyrazu zaczął powtarzać:
“ALARM! UWAGA, UWAGA! DEKOMPRESJA SEKTORA NASTĄPI ZA PIĘTNAŚCIE MINUT!”
Zerknąłem przed siebie i natychmiast podjąłem decyzję. Spojrzałem z powrotem na leżącego cyborga w ostatniej chwili, bo już próbowała mnie przewrócić. Odskoczyłem i wyładowałem w nią resztę magazynku. Tym razem okazało się to wystarczające.
Ruszyłem biegiem w stronę wyjścia. Fakt, że nie mogłem wyjść, ale należało liczyć na szczęście. Zrezygnowałem nawet z przeszkukania zwłog psychopatki i Doriana. Nie było na to czasu.
“UWAGA, UWAGA! DEKOMPRESJA SEKTORA NASTĄPI ZA DZIESIĘĆ MINUT!”
Szukałem rozpaczliwie jakiegokolwiek mechanizmu, który mógłby otworzyć drzwi. Uderzałem w nie siłą. Próbowałem podważać. Nic to nie dawało.
“UWAGA, UWAGA! DEKOMPRESJA SEKTORA NASTĄPI ZA PIĘĆ MINUT!”
Żegnałem się już z życiem, gdy nagle stało się coś całkowicie niespodziewanego.
“Dekontaminacja odwołana. Koniec alarmu.”
Co się stało? Nie miałem pojęcia. Ale musiałem się dowiedzieć. Postanowiłem zaryzykować broadcast.
“Jeśli ktoś wie, dlaczego dekontaminacja została odwołana, proszę go o kontakt. To krok ku spokojowi. Wierzę, że uda nam się ustalić i wykonać kolejne.”
Po chwili usłyszałem jakiegoś mężczyznę o głosie przerażonego zwierzęcia.
- To chyba ja. Wcisnąłem jakiś duży przycisk i wtedy te syreny ucichły.
- Doskonale. Gdzie jesteś?
- Musiałem zabić jakąś kobietę.
Tu... Pewnie to jej śmierć spowodowała aktywację dekontaminacji.
- Jeśli tak, zrobiłeś przysługę ludzkości.
- Ale ja nie, ja nic nie zrobiłem…
- Dobrze, nic nie zrobiłeś. Czy tam, gdzie jesteś, jest jakiś komputer?
- Tak, ale nic z tego nie rozumiem, tu są jakieś dziwne znaki, jak w chińskich filmach.
- Poczekaj chwilę, skontaktuję cię z kimś, kto może pomoże.
Rozłączyłem się i spróbowałem skontaktować sie z Masako.
- Hina nie żyje. Tu też. Zabił ją przerażony człowiek znajdujący się obecnie przy jej komputerze. Wysyłam ci jego kanał, a ty skontaktuj się z nim i nie przestrasz go. Może uda Ci się nas wypuścić.
- Zrozumiałam.
Chwilę później drzwi otworzyły się, a ja znów byłem wolny. Ale wychodziłem pozostawiając dobrego i wiernego żołnierza, więc w sercu znacznie wyraźniej niż ulgę, czułem smutek.
- Proszę tych, którzy ocaleli, o zebranie się w Sektorze B – usłyszałem Masako – Sprawdzimy, ile nas jest, po czym ustalimy co robić dalej.
Była bardzo zaradna, to trzeba jej przyznać. Ale w najbliższym czasie tutejsi ludzie potrzebowali scentralizowanej siły przywódczej, a już w tej chwili przeczuwałem, że ona może temu przeciwdziałać... Jeśli będzie tak faktycznie, nie pozostanie mi nic innego, niż interweniować.
W Sektorze B zastałem o wiele mniej ludzi, niż się spodziewałem. Stanął mi przed oczyma obraz, którego nie miałem wcześniej jak przeanalizować zajęty walką z Hiną. Masako wysłała wtedy na kanał obozowy obraz z kamery w stołówce – obraz kaźni bezbronnych. Po plecach przeszły mi ciarki. Z tego, co wiedziałem, przed oblężeniem stworzyli tu naprawdę niemałą namiastkę społeczeństwa.
- Jak ci na imię, żołnierzu? – spytałem podchodząc do mężczyzny w mundurze, który wyglądał na przywódcę kiklu pozostałych ocalałych.
- Brian – odpowiedział patrząc na mnie nieufnie nie wypuszczając broni z ręki – Jesteś zdrowy?
Widać było, że jest przerażony epidemią. Jak wielu żołnierzy byłoby na jego miejscu. Prawdziwy żołnierz boi się najbardziej innego wroga, niż ten, z którym staje do walki. Sen z powiek spędza mu wróg we własnym obozie, a co dopiero we własnym organizmie.
- Tak. To wy rozstrzelaliście tych cywili w stołówce?
- Hina powiedziała, że są chorzy. Gdy któryś w łazience wyrzygał szarą maź, sami byliśmy już tego pewni.
- Mamy antidotum! – niemal krzyknąłem. Gdyby każdy człowiek nie był w obecnej chwili na wagę złota, pewnie uderzyłbym go tak, że skręciłby kark.
- Myśleliśmy… Tu mówiła, że to blef. Że nie ma antidotum, a Masako kłamie.
Przypomniały mi się słowa Masako napisane w R+. “Antidotum nie działa, jedynie zatrzymuje ich rozwój.”
- Masako nie kłamała – powiedziałem już spokojnie – Ma antidotum i już tu idzie. Będziecie mogli je zażyć. Czy ktoś jeszcze żyje?
- Anastazja, technik. Ale jest zamknięta ze zwłokami, więc na pewno jest już chora.
Masako zdążyła dotrzeć akurat, żeby usłyszeć ostatnią wypowiedź żołnierza. W międzyczasie pojawił się też Collin i jakiś cywil – dobrze wiedzieć, że choc jeden przeżył.
- Trzeba ją wypuścić! – wtrącił się cywil.
- W tej chwili zarazi nas wszystkich. Jeśli znajdziemy sposób na izolowanie jej inaczej, wypuścimy ją – uspokoiłem go.
- Możemy poszukać skafandrów – zbombardowała porządek Masako – Wsadzimy ją w jeden i w ten sposób odizolujemy zarazę. W jednym przypadku ten sposób już działa.
Moje obawy potwierdzały się. Kwestionowała mój autorytet mówiąc niepytana.
- Dobrze więc. Znajdziemy skafandry. Jaka jest sytuacja, Brian?
- Możemy próbować stąd wyjść albo bramą główną, przed którą są ludzie Jurija, albo zaryzykować przejście przez laboratoria i wyjście do pociągu.
- Uciekajmy stąd – rzucił stojący nieopodal Collin.
- Tak Collin, uciekniemy – powiedziałem – Ale musimy mieć jakiś plan.
Przez chwilę trwała cisza.
- Masako, wiesz gdzie można znaleźć jakieś skafandry? – zapytałem w końcu.
- Tak, w laboratoriach. Tu szukaliśmy, ale bezowocnie. Wszystkie, jakie były, są już w użyciu.
A więc ktoś musiał iść po nowe skafandry. Wiedziałem, że to odpowiedni moment, aby zyskać sobie zaufanie ludzi podejmując się ryzykownego zadania.
- Mogę iść do laboratorium, ale ktoś musi pożyczyć mi swój skafander. Jacyś chętni?
Ku mojej wielkiej niechęci, której jednak nie okazałem, chętna była właśnie moja oponentka. Też potrafiła zawalczyć o wizerunek, nie będzie łatwo…
Gdy wkroczyłem do skażonej części obozu, ogarnął mnie mrok. Właściwe oświetlenie nie działało, ale na szczęście było jeszcze awaryjne. Co jakiś czas natykałem się na szare kule, jakich nigdy wcześniej nie widziałem. Zapewne to one były źródłem zarazy. Ale skąd się wzięły?
Nagle natknąłem się na kulę o wiele większą od innych i jagby wyrastającą ze ściany. Zakładając, że jest tu nie dłużej, niż od początku oblężenia, rozwijały się zaskakująco szybko…
Przeszedłem koło kuli najostrożniej jak mogłem i ruszyłem dalej. Dotarłem w końcu do właściwych laboratoriów i dość szybko znalazłem magazyn skafandrów. Nie mogłem przez chwilę uwierzyć w swoje szczęście – było ich dokładnie tyle, ile brakowało, aby każdy mógł otrzymać swój!
Zabrałem je, choc skutecznie ograniczały mi pole widzenia i możliwości manewru. O mały włos nie pożałowałem pośpiechu, gdy przechodziłem koło wielkiej kuli. Gdy byłem półtorej metra od niej, wypluła z siebie kolejną kulę! Wiedziałem już przynajmniej, jak się rozmnażają i prowadzą ekspansję.
Na miejscu dostrzegłem błąd, jaki popełniłem. Z jednego ze skafandrów zerwała się malutka szara kulka i upadłą na ziemię. Nie sprawdziłem, czy skafandry same w sobie nie są zakażone.
Czym prędzej rozdeptałem ją i wziąłem się za rozdawanie skafandrów.
Okazało się, że cywil nazywa się Pablo, a Anastazja może mieć ważne informacje. Nie uwzględniłem jej w liczeniu skafandrów, bo uznałem za najlepsze rozwiązanie zostawić ją tutaj. Teraz pojawił się problem. Przeprowadziłem dość przykrą rozmowę z Pablem, Masako stającym w obronie kobiety i Brianem, na którym szczerze mówiąc bardziej mi zależało, a który całym sercem chciał ją zostawić. Stanęło na tym, że Pablo wziął mój czysty skafander i poszedł wypytać techniczkę, a ja zaryzykowałem założenie jednego z przyniesionych skafandrów. Ustaliliśmy, że wszyscy się zabezpieczymi, a Anastazję puścimy bez skafandra i jeśli uda nam się jakiś dla niej znaleźć, zabierzemy. W przeciwnym razie zostawimy ją tu i otworzymy śluzę w przestrzeń kosmiczną.
Ze wstydem musiałem przyznać, że przesłuchanie kobiety sporo dało. Dowiedzieliśmy się, że istnieje gdzieś inny człowiek, jej mentor, który zna się o wiele bardziej na mechanizmach statku i zdobyliśmy pewne dane na temat historii wielkiego lasera, który niedawno został zepsuty.
Mogliśmy ruszać.
Przechodząc przez laboratoria i warsztat poświęciliśmy chwilę, aby poszukać przydatnych drobiazgów. W międzyczasie Pablo naprawił jakiegoś drona, dzięki czemu mieliśmy na czym przewozić ekwipunek, a ktoś inny trafił na skafander, co zaowocowało zabraniem Anastazji.
I w końcu znaleźliśmy się przy pociągu.
Gdy sytuacja w miarę się ustabilizowała, ogarnęły mnie myśli na temat wydarzeń nieco bardziej odległych, po których jednak nie miałem ani chwili, aby o nich pomyśleć.
Zostałem sam.
Ponad dwudziestu wspaniałych chłopców straciło tego dnia życie. Dlaczego? Bo ktoś wydał plany ataku. Jak i czemu się to stało? Za nic w świecie nie potrafiłem zrozumieć. Analizując każdego po kolei nie potrafiłem znaleźć ani motywu, ani okoliczności. Przecież byli to najwierniejsi z najwierniejszych. Moi bracia niemal od samego początku. Sama stara gwardia… Musiałem się tego dowiedzieć, gdy tylko nadarzy się okazja.
O mały włos nie przegapiłem konwersacji z człowiekiem, który skontaktował się z nami.
- Kim jesteś? – spytałem pewnym siebie głosem.
- Znasz mnie, Derylu.
Żyd. Przywódca innego stronnictwa opozycyjnego względem Lebegi.
- Czego chcesz? – odpowiedziałem nie potrafiąc się do końca pozbierać z rozmyślań o utraconej rodzinie. O braciach krwi, za których gotowy byłem oddać życie.
- Współpracy – ledwie usłyszałem. Masako wykorzystała mój stan i przejęła wodze rozmowy. Udało jej się dogadać z Żydem i ustalić miejsce i termin spotkania, ale jednocześnie zbudowała swój autorytet w grupie. Targany wewnętrznymi dylematami i problemami wiłem się niezauważalnie dla otoczenia w konwulsjach psychicznych i rosła we mnie pewność, że tą kobietę należy usunąć z drogi.
Nie pamiętam nic z drogi do ogrodu botanicznego, gdzie się zatrzymaliśmy. Wiem, że wysiedliśmy tam i ruszyliśmy na spotkanie z Żydem.
Nagle Anastazja zwymiotowała czymś szarym do hełmu i spróbowała go zdjąć.
Natychmiast wszyscy rzucili się, aby ją powstrzymać. Razem z dość brutalnym i prostych w swym zachowaniu Collinem wyprowadziliśmy ją wbrew protestom Pabla z powrotem poza strefę z zapewnioną atmosferą i zamknęliśmy tam. Po prawdzie przyszło mi na myśl, że lepiej złamać jej kręgosłóp, żeby zginęła na miejscu, ale było już odrobinę za poźno, ponieważ leciała przez drzwi.
Pablo usiłował otworzyć przejście, żeby wpakować jej chociaż kulę miłosierdzia między oczy, ale z bólem serca powstrzymałem go. Nie było pewności, że uda nam się to zrobić tak, żeby nie rozprzestrzeniła zarazy w sektorze będącym płucami całego statku.
Wiedziałem, że mężczyzna będzie chował do mnie urazę. I plułem sobie w brodę. Ale nie mogłem postąpić inaczej. Gdyby rozumiał, wiedziałby o tym.
- Jesteście? – usłyszeliśmy Żyda – Chodźcie czym prędzej, zwęszyli gdzie wysiedliście. Ze mną nie będą zadzierać, ale póki tu nie dotrzecie, nie ręczę za wasze bezpieczeństwo.
Ruszyliśmy dość szybko.
A mnie na jakiś czas całkowicie pochłonął ból po mężczyznach, których traktowałem jedocześnie jak braci i synów…

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Fri May 01, 2015 5:48 pm

Nie wiem sam, kiedy dotarliśmy do dużych, metalowych wrót. Nie były do końca zamknięte, ponieważ jakiś korzeń lata temu wdarł się w szczelinę między nimi, a framugą. Obecnie rozrósł się i odległość zbliżała się do piętnastu centymetrów. Tony – żołnierz niezwiązany z Obozem Wolnych i zapewne dawny człowiek zmarłego Siegmunta, jak mi się wydaje – odsunął wrota nie zatrzymując się nawet na chwilę. Znaleźliśmy się w korytarzu przed kolejnymi wrotami.
„Dostępna symulacja w R+. Włączyć?” – usłyszałem. Gdy potwierdziłem, sufit zamienił się w otwarte niebo, a ściany w kamienie blokujące drogę, za którymi rozciągał się las. Robiło to wrażenie.
Nagle Żyd znów się z nami połączył.
- Zanim wejdziecie, muszę wam zadać pytanie – zaczął bez wstępów – Czy naprawdę uważacie Deryla za właściwego człowieka u władzy?
Krew napłynęła mi do mózgu. Wprost i wcale się z tym nie kryjąc podważał mój autorytet przed moimi nowymi ludźmi!
- Czy ty właśnie kwestionujesz moje kompetencje? – zapytałem nie zdradzając głosem, jak mnie to wzburzyło.
- Ja tylko zadałem proste pytanie – odparł niewinnie.
Odwróciłem się do swych podopiecznych.
- Czy ktoś ma coś przeciwko mnie? – zapytałem dotknięty samą myślą, że ktoś mógłby. Widziałem jak brew Masako drgnęła – Ciebie nie pytam.
- Nic to nie zmienia – mruknęła.
Nikt inny nie zgłosił zastrzeżeń. Otworzyliśmy więc drzwi i wkroczyliśmy do Komnaty Centralnej. Spodziewałem się gąszczu budzącego całą gamę przeróżnych uczuć, ale to, co zobaczyłem, przerosło moje wyobrażenia. Przez osiem wieków, kiedy żaden człowiek tu nie zaglądał, natura raz jeszcze pokazała, na co ją stać. Sufit, ściany i podłoga w wielu miejscach naruszone były przez rosnące wszędzie drzewa i krzewy. Nie było ani jednej powierzchni, której nie porastałby mech. W wielu miejscach pojawiły się nieplanowane strumienie, wodospady i kałuże. Całość sprawiała wrażenie surowości, dzikości i niebezpieczeństwa. Brakowało już tylko dzikich zwierząt i obraz byłby pełny – całkowite zwycięstwo przyrody nad człowiekiem.
Kawałek dalej dostrzegłem fragment powierzchni wydzielony szklanymi ścianami, a kawałek dalej gigantyczne drzewo. Gdyby to była sekwoja, wszystko byłoby na miejscu. Jednakże było ono olbrzymie, a jednocześnie całkowicie europejskie i zwykle niewyróżniające się rozmiarem. Za szybami zaś stały stoły zastawione jedzeniem.
Ruszyliśmy w ich kierunku. Pabla najwyraźniej wybitnie zaintrygowało drzewo, ponieważ podszedł do niego prawie na wyciągnięcie ręki. Wtem coś zaszeleściło w krzakach rosnących między rozłożystymi korzeniami i chwilę później pojawiła się dzika świnia. Zignorowała nas i podeszła do zbiornika wodnego nieopodal.
A więc dzikie zwierzęta również tu były.
Niespodziewanie usłyszeliśmy, jak wszystkie drzwi się zamknęły. Przed nami zaś pojawił się hologram Żyda. Znałem go wcześniej, niezbyt przyjazny człowiek. Choć naprawdę nazywał się Shlomo, wszyscy bezwzględnie nazywali go po prostu Żydem.
- Zapraszam was na poczęstunek. Co prawda nie mogę pozwolić sobie na pojawienie się osobiście, ale czujcie się jak u siebie.
Nie budziło to zbytniego zaufania, więc postanowiłem zachować ostrożność.
- Nie wejdziemy tam, jeśli ty tego nie zrobisz. Porozmawiajmy tutaj.
- Tam gdzie jesteście nie jest zbyt bezpiecznie. Wiecie… było tu kiedyś zoo. A właściwie miało być. Niestety w ciągu ośmiuset lat, gdy nikogo tu nie było, zwierzęta wydostały się na wolność. Są tam nadal.
- Jakie zwierzęta? – spytał Pablo.
- Lwy, tygrysy, wilki, niedźwiedzie, dzikie świnie…
- I szkło miałoby nas przed nimi obronić? – spytałem marszcząc brew.
- Na pewno bardziej, niż otwarta przestrzeń, ale jak chcecie. Przykro mi jednak, że mi nie ufacie. Może zmieni się to, jeśli pokażę wam, co niedawno miało tu miejsce.
„Dostępna symulacja w R+. Włączyć?”
Wokół drzewa pojawiły półprzezroczyste, zakapturzone postacie w białych szatach. Otaczały kręgiem stojącą pod drzewem parę. Jednemu z ludzi na środku spod kaptura połyskiwało syntetyczne oko, a z wystającymi z rękawów dłońmi również na pewno się nie urodził. Druga postać nie wyróżniała się niczym specjalnym poza tym, że najprawdopodobniej była to kobieta.
- Zebraliśmy się tu, aby modlić się do naszego pana nad tą nową latoroślą! – wykrzyczał mężczyzna wznosząc ręce.
Następnie zaczął wykrzykiwać wezwania ułożone na wzór jakiejś makabrycznej litanii do… prawdopodobnie jakiegoś robota, lub sztucznej inteligencji. Byłem gotów założyć się o rękę, że to czciciele Ahmadana, o których już kilkukrotnie słyszałem, ale nigdy dotąd nie widziałem!
- Witaj w naszym gronie, dziecko – powiedział czule, gdy skończył – Teraz uklęknij i złóż pocałunek na mej ręce. Inni zginą straszną śmiercią, ale my będziemy wieczni! Wiecznie z naszym panem!
Zakapturzona kobieta uklękła i pocałowała go w syntetyczną dłoń. A mnie przeszył dziwny dreszcz, coś było z nią nie tak. Może kiedyś już ją spotkałem, a może nie była człowiekiem i mój szósty zmysł mi to podpowiedział?
Wizja zniknęła, a Shlomo znów zabrał głos.
- Idzie tutaj Jurij. Wie o was, a ty wiesz, że chodzi mu tak naprawdę o ciebie i nie musisz ryzykować życia swoich podkomendnych. Jeśli go pokonacie, masz szansę zostać nowym dowódcą Czarnej Gwardii na jego miejsce. Jeśli zaś nie uda wam się, będzie wobec mnie wdzięczny. Tak czy inaczej jestem wygrany. Choć przyznam, że przyglądanie się, jak sobie radzisz, jest dość intrygującą rozrywką. Żebyś wiedział, że mam dobre zamiary, coś wam pokażę – usłyszałem znów komunikat „Dostępna symulacja w R+. Włączyć?” – A teraz życzę powodzenia.
Zaakceptowałem symulację, po czym ujrzałem hologramy czterech postaci. Jedna z nich była na pewno Jurijem, a widok drugiej zmroził mi krew w żyłach. Na szczęście wciąż z założonym skafandrem, ale jednak szła z nimi Anastazja, którą zapewne wpuścili do środka.
- Wot i pasmatri, kakij z niewo dowódca – mówił do jakiegoś faceta wódz Czarnej Gwardii – Ostawił bezbronnoju kobietu umieraty – pokręcił głową – Eta nie haroszyj cieławiek.
Serce mnie zakuło, gdy to usłyszałem, choć wiedziałem, że sączył po prostu jad słuchaczowi. Chyba że rzeczywiście nie rozumiał, że czasem nie ma innego wyjścia, niż poświęcić jednego człowieka dla życia populacji.
Nagle zorientowałem się, że dzik przestał pić, spostrzegł nas i rzucił się prosto na mnie. Na szczęście zauważyłem go w porę i chwilę później leżał z czaszką roztrzaskaną przez kulę budząc wysokie zainteresowanie doktora Growtha.
Spojrzałem na swoich ludzi. Wszyscy skądś pochodzili. Wszyscy chcieli coś osiągnąć. Przyszli tu szukać schronienia, nie walki. Wiedziałem, co powinienem zrobić.
- Zaraz tu będzie – zabrałem głos – Pablo, Wild, Masako. Nie jesteście żołnierzami, więc schowajcie się gdzieś. Co do pozostałych, jeśli ktoś chce mi pomóc, każda ręka się przyda. Jednak nie chcę, żebyście za mnie ginęli, więc nikogo nie zmuszam i nie będę miał nikomu za złe, jeśli nie pójdzie ze mną walczyć.
Zorientowałem się, że od pewnej chwili Brian wygląda na dość niezadowolonego, co nieco mnie zaskoczyło.
- Brian? Coś nie tak? Coś się stało? – spytałem rzeczywiście się tym przejmując. Nigdy nie pozwalałem, aby moi ludzie chowali w sobie urazy i nic o nich nie wspominali. Byłem zwolennikiem otwartości, szczerości i mówienia, co komu leży na wątrobie. Nie odpowiedział, tylko patrzył dość niechętnie i zbliżył się do mnie – Chcesz o czymś porozmawiać?
- Nie będę za ciebie umierał, Deryl – powiedział stając metr ode mnie – Nie będę, rozumiesz?
Sięgnął po pistolet. Jego dwaj towarzysze z Obozu Wolnych stali za nim. Otwierałem już usta, aby wyjaśnić, że również chcę tego uniknąć, gdy nagle znad mojego ramienia wyleciały trzy pociski – po jednym na każdego żołnierza przede mną. Brian padł trzymając się za brzuch. Jeden z pozostałych złapał się za rękę, a drugi, którego kula ominęła, podniósł ręce na znak, że się poddaje.
Obejrzałem się wyprowadzony z równowagi i dostrzegłem Tony’ego.
- Co ty odpierdalasz?! – wydarłem się na niego na cały głos – Następnym razem pomyśl, zanim coś zrobisz!
Nie odpowiedział, tylko spojrzał na mnie spod byka. Stwierdziłem, że zaraz z nim porozmawiam, ale najpierw muszę przeprosić i pomóc Brianowi i jego kumplom się ewakuować. Uklęknąłem przy nim wyciągając rękę, aby się jej chwycił.
- Zostaw mnie w spokoju, Vincent…
Nagle drzwi, którymi uprzednio weszliśmy, otworzyły się, a w nich stanął silnie opancerzony Jurij. Tony rzucił się biegiem zająć strategiczną pozycję na podwyższeniu. Z drugiej strony zaś, zza naszych pleców, wypadło trzech czarnogwardzistów.
- Nie strzelać! – krzyknąłem z całych sił – Jurij, wiem, że chodzi ci o mnie. To sprawa między nami dwoma. Nie mieszajmy w to ludzi. Załatwmy to między sobą, jak mężczyźni.
- W pariadkie, maładiec. Tolko ja i ty – rozpostarł wielkie łapy na boki. Był sporo niższy, ale znacznie bardziej przysadzisty, a w dodatku miał na sobie jakąś zbroję, której wszystkich właściwości z całą pewnością nie byłem w stanie wyobrazić sobie w jednym pancerzu. Po samym jej wyglądzie widać było, że to własność CEO największej korporacji produkującej wyposarzenie militarne – Niech każdyj uwidi eta. Wystawit nas w R+!
Z boku pomieszczenia pojawił się półprzezroczysty Shlomo przy suto zastawionym stole, pałaszując schabowego. To udowodniło mi coś, czego spodziewałem się od dawna. Może i jest Żydem z pochodzenia, ale już dawno nie jest Żydem.
„Wiadomości. Tu Miguel Rodriguez. W sadzie botanicznym ma właśnie miejsce pojedynek Jurija Sevastiana, dowódcy Czarnej Gwardii i dezertera Deryla Vincenta, na ziemi założyciela i dowódcę Black Waters. Deryl, muszę zadać ci osobiste pytanie, które zapewne trapi wszystkich. Na ziemi byłeś wielkim człowiekiem, co się z tobą stało?”
Co się ze mną stało? Ty bezczelny oszczerco… A może rzeczywiście? Może coś się ze mną stało, dlatego zdradził mnie jeden z dozgonnie wiernych? Musiałem się wziąć w garść.
- Niech wszyscy się rozejdą – zakomenderowałem, co zostało skrzętnie wysłuchane. Czarnogwardziści zaś zniknęli jak zły sen. Byli tylko iluzją, co świadczyło, że mają ze sobą dobrego informatyka. Zwykle potrafiłem rozpoznać iluzję, tu jednak umknęła mojej uwadze. Albo faktycznie świadczyło to, że coś się we mnie zmieniło?
Gdzieś daleko rozległ się huk. Pewnie kawał sufitu urwał się i spadł na podłogę. Jurij tym czasem zbliżył się do centrum pomieszczenia.
- Jak chcesz to załatwić? – spytałem – Z bronią, czy na pięści?
- Kakoj chcesz. Ty możesz z awtamatom, ja na pięści.
Honor podpowiadał mi odłożenie granta, jednak wiedziałem, że nie mam bez niej szans. Zapewne nawet nie dobiegłbym do niego bez broni, a już na pewno nie uszkodziłbym jego pancerza.
Wtem podniósł rękę. Z jego rękawicy wystrzeliła jakaś strzała potwierdzając moje obawy, a on rzucił się w krzaki, aby się ukryć.
Gdy strzała uderzyła w szklaną zagrodę i eksplodowała roznosząc jej spory fragment na odłamki, zdałem sobie sprawę, jak wielkie szczęście miałem, że nie doleciała do mnie.
Pablo tym czasem rzucił na mój kanał prywatny obraz z drona patrzącego z góry na wydarzenia. Kolejny dowód na przydatność tych urządzeń i ludzi, którzy potrafią je naprawić.
Wybiegłem zza szkła, przystanąłem i posłałem w stronę Jurija wszystkie dwadzieścia dziewięć pocisków, które mi pozostały. Następnie odczekałem chwilę z zamarłym sercem. Wiedziałem, że jeśli przeżył, już po mnie.
Przez dobre pół minuty jednak nic się nie stało. Jedynie gdzieś w oddali spadł kolejny kawał metalu robiąc nieziemski hałas.
Ostrożnie podszedłem do miejsca, gdzie wbiegł i zobaczyłem leżące ciało w rozgrzanej do czerwoności zbroi. Nie będzie się dało jej odzyskać, a to wielka strata.
Wtem dostałem od niego wiadomość.
„Nigdy nie dowiesz się, kto cię zdradził.”
Napiąłem wszystkie mięśnie z bezsilnej złości. Nie ważne, czy wygrażał się przed śmiercią, czy była to wiadomość, która miała samoistnie zostać wysłana po ustaniu czynności życiowych. Moje podejrzenia rzeczywiście były prawdziwe! Łudziłem się dotąd wbrew rozsądkowi, że może jednak nie, ale to był już fakt.
Jeden z moich braci, za których dałbym się zabić, zdradził…
Dłuższą chwilę milczałem próbując zebrać się do kupy. W końcu udało mi się to. Przypomniało mi się też, że Tony ma syntetyczną rękę, którą mógłby zdjąć hełm mojemu przeciwnikowi, aby przekonać się ostatecznie, czy rzeczywiście poległ.
- Tony, do mnie.
Po chwili podszedł. Nie musiałem nawet mówić, czego oczekuję. Silnym uderzeniem zdarł hełm z głowy Jurija, a raczej kupy mięsa, która z niej pozostała. Zaraz jednak uderzył po raz drugi, co wprawiło mnie w lekki szok.
- Tony, uspokój się! Masz ewidentne problemy z agresją. Proszę cię, trzymaj nerwy na wodzy i najpierw myśl, a potem strzelaj. Rozumiesz? Strzelałeś do dobrych ludzi, z którymi mogliśmy się spokojnie dogadać, tracąc jednocześnie czas, jaki mogliśmy wykorzystać na przygotowanie zasadzki na Jurija. Tym razem skończyło się dobrze, ale mogliśmy wszyscy zginąć.
- Jesteś znacznie bardziej potrzebny, a chciał do ciebie strzelić. Ratowałem ci życie.
- Czy nie do mnie należy decydować o moim życiu? Strzelałeś do trzech osób, co do których istniał jedynie cień szansy, że mogą mi coś zrobić.
- Dopóki jesteś tak ważny, decydowanie należy do twoich ludzi. W tym przypadku do mnie.
- Moi ludzie to moi bracia, nie maszyny do zabijania na moje rozkazy. I nie będę tolerował zachowania jak takie maszyny. Rozumiesz?
Shlomo chrząknął wtrącając się w rozmowę.
- Nie chciałbym przerywać gołąbkom gruchania, ale mamy pewne sprawy do omówienia. Tony, byłeś zdaje się jednym z ludzi niejakiego… Jak mu było… Siegmunta Kastela? Tak. Jeśli pamięć mnie nie myli, znajdowaliście się przy Lotosie, gdy nagle włączył się, ale zanim ktoś więcej dotarł do niego, został w jakiś sposób zablokowany. Czy mógłbyś powiedzieć mi łaskawie, jakie informacje udało wam się zdobyć?
Zamarłem. Informacje z Lotosa? Miałem cały czas przy sobie ludzi, którzy je posiadali?
- Tony, czy to prawda? – spytałem.
„Tak, to prawda” – przeczytałem zaraz informację od Pabla. Utworzył najwyraźniej prywatną grupę kontaktową, aby porozmawiać w spokoju – „W Lotosie znajdowała się informacja, że statek wyleci w powietrze w przeciągu miesiąca, a może nawet godzin. Chłodzenie reaktora jest zepsute. Żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo, musimy naprawić laser, który został w Obozie Wolnych, a następnie zamocować go przy reaktorze, do którego nie wiemy jeszcze jak się dostać.”
Uniosłem wbrew woli brwi. Informacje naprawdę robiły wrażenie i były potężną kartą przetargową.
W międzyczasie podszedł do mnie mężczyzna, którego rozpoznałem z wizji przekazanej wcześniej przez gospodarza. To jemu oczerniał mnie Jurij. Miał krótko przycięte włosy, ociężałe powieki i sińce pod oczami, jakby nigdy nie spał, choć tego potrzebował.
- Nigdy nie lubiłem tego sukinsyna. Wreszcie ktoś go zabił.
Zachowywał się dziwnie, więc odstąpiłem o krok, ale znowu podszedł bliżej. Spróbowałem go więc ignorować.
„Uważam, że w naszym wspólnym interesie jest dobry kontakt z Żydem” – wyraziłem swoją opinię – „Jeśli rzeczywiście może nam zapewnić wolną rękę do działania i ludzi, zadanie przestanie być aż tak absurdalne. Dlatego zaraz przekażę mu informacje.”
„W porządku, powiedz mu o reaktorze” – wtrącił Tony – „Ale nie mów, jak go naprawić. Powiedz, że wiemy. Musi mu to wystarczyć.”
Dziwny człowiek tym czasem odszedł do dzika porzuconego przez doktora Wilda, co powitałem z ulgą. Jednak widok, jak wrzuca go do jeziora, nie napawał optymizmem w perspektywie przygarnięcia go do grupy.
„Czasem jednak potrafisz myśleć” – pochwaliłem Tony’ego – „Teraz weź doktora Wilda z lekami i idźcie poszukać Anastazji. Trzeba za wszelką cenę nie dopuścić do zarazy w tym sektorze. Ja z Pablem przeprowadzimy tą rozmowę.”
Nie odpisując ruszyli na poszukiwania, a my dwaj odwróciliśmy się do niecierpliwiącego się już Shloma.
- W porządku. W lotusie była informacja, że statek eksploduje w przeciągu dni, może nawet godzin. Chłodzenie reaktora nie działa poprawnie. A my wiemy, jak je naprawić.
- I taką informację tailiście?! – krzyknął pod ogólnym adresem grupy – To wszystko zmienia. Ludzie nie mogą się dowiedzieć, rozumiecie. Jeśli tak się stanie, rzucą się rozpaczliwie do ucieczki. Ludzie to szczury, nie pozostaną na okręcie mającym zatonąć. Kto dokładnie wie, jak naprawić reaktor?
- My wiemy – odpowiedziałem uparcie, akcentując liczbę mnogą.
- W porządku, ważne że wiecie. A teraz…
Nagle, niemal tuż koło nas, przez sufit spadł trójnóg. Mordercza machina. Całkiem, jakby wywołana moją wypowiedzią. Uderzenia metalu nabrały sensu.
Zaprojektowane i zbudowane zostały jako roboty mające naprawiać statek w razie uszkodzeń. Nazywane były Mechanicznymi Inżynierami. Jednak podczas buntu Ahmadan przeprogramował je, aby obcinały ludziom głowy ostrzami na osi obrotowej, przez co zasłużyły sobie na nowe miano Morderczych Mikserów. Wiedziałem, że z obecnym wyposarzeniem nie mamy szans go zniszczyć. Rzuciłem się więc do ucieczki. Jednak gdy tylko się odwróciłem, zobaczyłem w kącie Briana i jego ludzi, którzy nie mieli sami szans się stąd ewakuować w obecnym stanie. Byłem im winny więcej, niż przeprosiny, więc zmieniłem błyskawicznie kierunek i wyciągnąłem rękę, aby podnieść przedstawiciela pozostałości z gwardii Obozu Wolnych.
- Zostaw mnie. Uciekaj – wyrzęził – Ty jesteś teraz ważny. Tylko ty masz realną szansę coś zmienić. Wspomnij mnie tylko, gdy na czele Czarnej Gwardii będziesz prowadził ludzi do naprawy reaktora i zwycięstwa z Ahmadanem, albo ucieczki ze statku.
Przeszył mnie dreszcz. Wiedziałem, że mówi od serca, mówi prawdę i zaraz zginie. Mimo to spróbowałem go podnieść, ale wykręcił się sprawnym ruchem.
Nie mogłem dłużej zwlekać. Odwróciłem się i pobiegłem tam, gdzie uciekali pozostali. Przed oczyma miałem jednak twarz człowieka, który wypowiedział na głos coś, czego sam bałem się sobie przyznać. Tym razem nie będę walczył jedynie za swych braci i pieniądze. Będę walczył o przetrwanie rasy.
Niech Masako z tym próbuje konkurować i to kwestionować.
Poza tym chyba musiała zdawać sobie sprawę, że dzięki mnie nie zginęli niewinni ludzie po obu stronach, a przynajmniej nie w bratobójczej walce. To powinno zapewnić również jej lojalność.
Ale i tak warto na nią uważać.
Po szaleńczym biegu niezbyt szerokim korytarzem wpadłem do kolejnego pomieszczenia, w którym byli już niemal wszyscy, a do tego jakaś kobieta. Zapewne podwładna Jurija.
Brakowało jedynie Pabla.
„Pablo, gdzie jesteś?” – wysłałem mu wiadomość na kanał prywatny R+. Chwilę trwała pełna napięcia cisza, ale zaraz odezwał się głos.
„W pomieszczeniu ze szklarnią.”
„Jesteś cały?”
„Nic mi nie jest. Znalazłem Anastazję. Nie żyje.”
„Zdjęła hełm?”
„Tak, ale zaraz założyłem go z powrotem. Mam nadzieję, że nie rozpęta się tu piekło.”
„Nie może, to byłaby tragedia. Czy korytarz, którym biegliśmy, jest wolny?”
„Nie, aktualnie jest tam mikser.”
Komplikowało to znacznie sprawy.
„Shlomo, czy jest inna droga, którą Pablo mógłby się do nas dostać?” – skierowałem pytanie do Żyda.
„Owszem, przesyłam ci mapę w R+.”
Droga nie wydawała się wiele dłuższa i wyglądało na to, że powinna raczej być bezpieczna.
„Pablo, chodź do nas i zastanowimy się, co dalej.”
„Ufasz Żydowi? Przed chwilą wystawił cię Jurijowi, a potem trójnogom.”
„Jurij nie żyje, więc to ja mu się przydam. Poza tym nie sądzę, żeby to on odpowiadał za trójnogi. Nikt normalny nie wpuściłby ich dobrowolnie do kontrolowanego przez siebie sektora.”
„Jest to pewien argument. Ale nie ruszę się tamtędy, jeśli nie będzie to konieczne. Co dalej?”
Właśnie, co dalej?
„Shlomo, czy twój genialny plan przewidywał, co dalej, gdybym zabił Jurija, czy zakładałeś, że to ja zginę?”
„Ja nic nie zakładałem, ja jedynie posługiwałem się pewnym wykresem prawdopodobieństwa. Skontaktuję się wkrótce z pewnymi ludźmi, a ty zostaniesz legalnie wybranym dowódcą Czarnej Gwardii.”
„A co ty z tego będziesz miał?”
„Współpracę, ma się rozumieć. Też chcę przeżyć, więc zależy mi na powodzeniu waszego zadania. Teraz jedźcie do pierścienia mieszkalnego. W tym czasie załatwię wszystkie formalności i zostaniesz przywitany na nowym stanowisku.”
„W porządku. Ale potrzebujemy butli z tlenem, jeśli nie mamy ryzykować zatrucia sektora. Zalecam, abyś nam jakieś dostarczył, jeśli mamy się nie udusić i nie rozpętać epidemii.”
„Zdążycie opuścić sektor. Potem zdejmijcie hełmy.”
„W porządku. Dobrze, że przynajmniej nie kryjesz, że masz resztę statku gdzieś.”
Stanowisko i armia to jedno. Zdałem sobie jednak sprawę, że zanim to nastąpi, musimy najpierw wydostać się z sektora, gdzie szaleją trójnogi.
Mieliśmy dwie możliwości. Albo wracać do Pabla i ryzykować spotkanie maszyn, albo ściągnąć go tu i innymi pomieszczeniami przejść do transportu wiodącego bezpośrednio do pierścienia mieszkalnego. Bezpieczniejsza wydała się opcja druga.
„Pablo, chodź do nas. Tak będzie bezpieczniej. Musimy przejść przez laboratorium mięśni szkieletowych, spichlerz, stołówkę i kuchnię. W Komnacie Centralnej mogą nam zagrodzić drogę maszyny.”
Niedługo później byliśmy już wszyscy razem. Niestety gdy tylko doszliśmy do drzwi prowadzących do laboratorium i uchyliliśmy je, okazało się, że tam również czekał na nas Morderczy Mikser.
Byliśmy otoczeni.
- Dobra, przez Komnatę Centralną droga jest znacznie krótsza, więc mniej zaryzykujemy – powiedziałem niezbyt głośno ze względu na robota – Za mną.
Zdążyliśmy dotrzeć do uchylonych drzwi Komnaty w samą porę, aby być świadkami przerażającej sceny. Trójnóg znalazł Anastazję i strącił jej hełm. Nie widziałem już prawie, jak obcina jej głowę.
Wypuścił zarodniki w Sadzie Botanicznym.
- Shlomo, zarodniki wydostały się do Komnaty Centralnej – Pablo przekazał Żydowi informację – Jeśli tylko możesz, zrób z tym coś.
Maszyna chyba wyczuła, że jesteśmy w korytarzu, bo ruszyła wolno w naszą stronę. Z jej „paszczy” spływała czarna krew.
Może po jej kolorze dało się rozpoznać chorobę?
Nie miałem jednak czasu o tym myśleć. Musieliśmy gdzieś się ukryć.
Na szczęście znaleźliśmy dość szybko spore zarośla, w które udało nam się schować. Pozostało tylko oczekiwanie.
A mikser się zbliżał.

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Pablo – sesja 11 – Walka o władzę

Post by Tomek on Mon May 18, 2015 12:29 pm

Dekonatminacja

Dekontaminacja. Dekontaminacja. Brzęczy automatyczny alarm dekontaminacyjny. Spanikowani ludzie szybko rozchodzą się w popłochu. Starają się oddalić od miejsca zagrożenia. Co się dzieje? Jeszcze piętnaście minut temu Pablo był w szpitalu u Anastazji, dowiedzieć się jak wygląda jej stan zdrowia, a teraz cała tamta strefa obejmowana jest powiększającym się znacznikiem obrazu kwarantanny. Martwy głos powtarza raz po raz ten sam komunikat. Szpital odcięty. Ludzie coraz bardziej spanikowani. Nikt nie wie co się dzieje. Znikąd pojawiają się żołnierze. Pablo i reszta zostają spędzeni w jedną grupę, odeskortowania i zamknięci w stołówce, w strefie mieszkalnej.

Sektor mieszkalny

Czekają... Obóz huczy od plotek. Doktor Bruce mordercą. Sigmund zdrajcą. Anastazja nie żyje. Choroba dziesiątkuje pacjentów w szpitalu. Drzwi pilnuje żołnierz. Kobieta. Co się dzieje? Pytają. Chcą wiedzieć, czym spowodowany jest alarm. Kobieta sama wydaje się nie orientować w sytuacji.

Czekają. Pablo ma najgorsze przeczucia. Pamięta co znaleźli na Dioscurusie II, w swoim banku pamięci wciąż ma jeszcze zrzut z wnętrza wraku, który podesłał mu Wilde. Porozrywane na wpół zmumifikowane ciała i chmara zarodników. Doktor Bruce, wsuwający szarą kulkę do kieszeni kitla. Czyżbyśmy to my byli winni epidemii?

Czekają. Pabla ciśnie pęcherz. Chce się odlać. Z resztą nie tylko on. Gdy rusza w stronę drzwi, udaje się za nim jakiś łachmaniarz. Przynajmniej do kibla nie mają zbrojnej eskorty. Babka pozwala im przejść. Pablo odwraca głowę. Szmaciarz przyspiesza, jakby nie mógł już wytrzymać. Jakby zaraz miał rzygać. Pablo puszcza go w drzwiach. Przelotnie uchwyca szczegóły twarzy. Przekrwione oczy. Czerwone policzki. Ślinotok. Gęste strugi potu. Smród. Człowiek przechodzi obok, wchodzi do kibla. Pablo zamiera na moment. Czeka chwilę. Czyżby to był jeden z zarażonych? Czy epidemia się rozprzestrzenia? Pęcherz napiera jednak coraz mocniej. Kładzie dłoń na klamce. Otwiera drzwi. Ubikacja składa się z dwóch osobnych pomieszczeń - z umywalką i z kabinami. W pierwszym - nikogo. Wchodzi do środka. Pusto. W jednej z kabin odgłosy rzygania. Krztuszenia. Pablo korzysta z najbliższego pisuara. Jęki. Bolesne i  pełne cierpienia.
-Ej, koleś! Wszystko w porządku? ! Wszystko w porządku? -pyta.
Cisza. Podchodzi do drzwi kabiny. Puka.
-Szefie, żyjesz? Trzymasz się tam?
Nic. Charknięcie. Wyjątkowo nieludzki chrząk, coś na kształt powietrza wypuszczanego ze ściskanej krtani.  Naciska na klamkę. Uchyla lekko drzwi. I odskakuje. Zasłania usta i nos. Przerażenie. W kałuży własnych wymiocin. Nędzarz! Bełty ze smugami krwi. Głowa wykrzywiona w agonii i marazmie. Napuchły język. Przekrwione oczy. Śluz z oczu miesza się na ustach ze śliną i wymiocinami. Drgawki.

Plecy uderzają o ścianę. Wyjść, wyjść stąd jak najszybciej. On to jest już trup. Nic dla niego nie zrobi. Nie ma już szans. Czy i on się zaraził? Zarodniki mogą być wszędzie. Wnętrze statku Dioscurus II. Porozrywane zwłoki. Chmura zarodników. Zrzuca z siebie te wspomnienia. Jak głupi przemywa twarz i ręce wodą z kranu. Wypada z łazienki.
- Co tak długo? - pyta kobieta-żołnierz - Gdzie ten drugi, za z tobą poszedł?
-W środku. Nie czuje się najlepiej..
Pablo. Roztrzęsiony. Nie może powiedzieć jej wszystkiego. Przerażony człowiek z bronią w ręku może być nieobliczalny. O nie! Babka wchodzi do środka. Chce ją powstrzymać. Wyciąga rękę, ale zamiera w pół gestu i słowa. Drzwi się zamykają.  Musi stąd uciekać, póki ma okazję.

Nie wraca na stołówkę. Wychyla się przez drzwi prowadzące na zewnątrz. Wystawia głowę. W jego kierunku, szybkim krokiem zbliża się gibki robot. A właściwie synteza człowieka i maszyny. Człowiek. Kobieta. Hina. Kobieta, który doprowadziła swoje ciało do stanu w którym więcej jest  w niej części mechanicznych niż organicznej tkanki. Smukła. Gibka. I niezwykle niebezpieczna. To musi być ona. Pablo nie miał przyjemności  poznać jej osobiście, ale tego co się nasłuchał było, aż nadto. Widział jej profil publiczny. Sprawdził nawet ogólnodostępne akta. Syntetyczne ręce. Syntetyczne  nogi. Oczy. Wysoki poziom niepoczytalności.

Cofa się natychmiast  i chowa  za najbliższym rogiem. W chwilę później drzwi otwierają się. Hina wchodzi do środka. Zatrzymuje się. Idzie w innym kierunku. To jest szansa. Więcej ryzykuje zostając tu, w tym miejscu, gdzie potencjalnie może być jeszcze wielu zarażonych. Całe pokoje apartamentów za chwilę będą roiły się od pasożytów. Wymyka się przez drzwi. Chowa się wśród załomów budynków. W pewnej odległości przebiega garstka żołnierzy. Pablo odczekuje. Rusza biegiem w kierunku Rynku.

Wojna domowa

Korytarz. Nowa wiadomość. Nadawca: Deryl Vincent. Odbiorca: Obóz Wolnych. Dostępna wersja audio. Odtwórz.

Wzywam Tu Zhong, wzywam Tu Zhong. Tu Deryl Vincent, dowódca Black Waters. W skutek nieporozumienia twój dowódca wojskowy został zabity w samoobronie. Ale nie załamuj się, jestem w stanie zastąpić go lepiej, niż godnie. Proszę, oddaj swych ludzi pod moją komendę, a wyprowadzę nas z tej sytuacji podbramkowej, włączając w to epidemię i oblężenie. Ufam, że wykażesz się rozsądkiem, jaki zawsze ci przypisywałem.

Czyli Stefan nie żyje. Pięknie. Po prostu pięknie. Jakby Lebegue już nie zagrażał im od zewnątrz to teraz zaczęli się jeszcze wzajemnie zabijać. R+. Wyszukaj: Deryl Vincent. Dowódca najemników. Założyciel Black Waters. Ciekawe. Ciekawe.

Rynek. Pablo wskakuje za kolejne załomy ścian, gdy z naprzeciwka wybiega kolejna grupka żołnierzy.  Przeczekuje ich. Musi znaleźć dobrą kryjówkę. Jak tak dalej pójdzie, zaraz wpakuje się w kłopoty. Musi sobie wszystko poukładać.  Jest. Pomiędzy ścianami, a małym składowiskiem  kartonów. Ok. Teraz trzeba zadać sobie jedno podstawowe pytanie . Co tu się do ciężkiej cholery dzieje? Ech, stary Pablo już nie raz bywał w trudnych sytuacjach. Ale ta go po prostu przerasta. Caramba, miarda, o co w tym wszystkim chodzi?

Nowa wiadomość na kanale Obóz Wolnych. Nadawca:  Derryl Vincent. Dawaj.

Wzywam Tu Zhong, proszę o kontakt, moja oferta może uratować obóz.

Spluwa. I niemal natychmiast. Nowa wiadomość od Tu Zhong.

Uwaga, uwaga. Mówi Tu Zhong. W związku z zaistniałymi okolicznościami, jakimi jest epidemia i śmierć świętej pamięci Stefena, którego wszyscy pamiętacie, zwołuję posiedzenie specjalne wszystkich ludzi pełniących ważniejsze stanowiska w obozie. Miejsce spotkania zaznaczone jest na planie obozu, który widzicie przed sobą. Ciebie, Derylu, zapraszam również. Omówimy dokładnie twoją propozycję.

Świetnie. Pablo przysłuchuje się biernie konwersacji. Patrzy w tym czasie na plac rynku. Ubarwiony jest karminową kałużą krwi. Czerwoną kałużą, która wypłynęła z powykręcanych, sczerniałych od temperatury, wyszczerzonych  zwłok. Na oko przyczyną śmierci mógł być tylko wybuch granatu z bliskiej odległości.

Stefan nie żyje. Jakiś dowódca najemników próbuje przejąć dowodzenie. A teraz Tu Zhong zamierza negocjować warunki podziału władzy. Już z daleka pachnie prymitywną zasadzką. Przeleje się jeszcze wiele krwi. Wszystko to jest takie bezsensowne. Spluwa. W obozie rozpętała się, albo zaraz rozpęta regularna walka o władzę.

Przytłumiony  huk granatu i serii z grantów wkrótce burzy tymczasowy spokój. Po chwili. Cisza.

Pablowi przyspiesza serce. Na placu rynku znów pojawia się sylwetka Hiny. Anioła śmierci. Shinigami. Hina-sama. Czy go zauważy? Czy razu odrąbie mu głowę? Może da szanse na tłumaczenie? Tylko co jej, cholera, powie? Że nie wiedział co robić i w związku z tym schował się w kartonach? W sumie… On, ze swoim śmiesznym pistolecikiem i Hina w pełnym cybernetycznym pancerzu. Mysz w obliczu kota bengalskiego.

Na szczęście Hina jak huragan przemierza plac i znika w wejściu do budynku administracyjnego. Na kartony nawet nie spojrzała. Za chwilę. Kolejna wymiana serii. I kolejna. Mija kilkanaście uderzeń serca. Z budynku wybiegają żołnierze. Prawdopodobnie  kierują się w stronę sektora mieszkalnego.

Akcja zaczyna coraz bardziej przyspieszać. Nowa wiadomość dla Obozu Wolnych. Nadawca: Masako Yingpei. Masako Yingpei. Pobierz profil. Psycholog. Negocjator.

Do wszystkich w obozie. Mówi Masako Yingpei. Jeśli sami jeszcze tego nie zauważyliście, Tu Zhong odeszła od zmysłów na wzór swojej siostry i wszelkie problemy usiłuje rozwiązywać siłą. Nie bójcie się, mamy lekarstwo na epidemię, jednak potrzebujemy również stabilnej sytuacji politycznej. Nie zważajcie na to, co mówi wam Tu. Oddajmy przywództwo komuś kompetentnemu, w obecnej sytuacji najlepiej założycielowi Black Waters. Stworzył tak wielką organizację z niczego? Zapanuje również nad sytuacją tutaj. My zaś obiecujemy w zamian lekarstwo. Jedyne, co uratuje was przed eksplozją wnętrzności.

Powariowali.  Normalnie powariowali. Ahmadan szaleje w pionie administracyjnym. Lebegue oblega obóz. Rozprzestrzenia się zaraza. A oni sobie prywatne wojenki urządzają. W tle trajkocze grant .

Lepiej się stąd nie ruszać. Już mu wystarczy historia z Sigmuntem i Derekiem. Tęskni za czasami, gdzie wszystko było czaro-białe. Gdy dobrze wiedział kto jest przyjaciel, a kto wróg.

Rzeź

Pablo, w czasie gdy zwalczające się stronnictwa, tłuką się między sobą, przegląda monitoring. Wrzuca na ekran soczewek kamery publiczne. Sektor medyczny. Wszystko wyludnione. Obraz nędzy i rozpaczy, żywcem wyjęty z obrazów Bruegla. Wszędzie bulwy i narośla. Kwitnące zewsząd. Pękające. Miękko wylewające chmary zarodników.

Kamery w stołówce. Pabo blednie. Grupa żołnierzy, która opuściła budynek administracyjny stoi w drzwiach stołówki. Bezlitośnie pruje do cywilów. Ze wszystkiego co mają. Żołnierze ani na moment nie przerywają ognia. Salę wypełniają skry, kawałki mebli i ścian. Tlum rzuca się do panicznej ucieczki, ale nie ma gdzie się schować.  Wyciągają błagalnie ręce, gdy redukowani są do krwawej masy mięsa i kości. Stołówka pokrywa się pyłem, nasiąka krwią. Ogień nie ustaje dopóki ostatni z ludzi nie przestaje się ruszać. Ciała podziurawione są tak gęsto, że niewiele w nich zostało z ludzkich kształtów.

Anastazja! Gdzie ona jest? Przecież była na stołówce! Nie. Naukowcy zostali przemieszczeni do sąsiedniego pokoju. R+. Panel kamer. Sektor mieszkalny. Przed oczami Pabla ukazują się kolejne miniekrany podglądów. Są. Jeszcze cali. Choć nie wszyscy. Wielu z nich wydaje się nie ruszać. Bulwy i narośla na ścianach, jak w sektorze medycznym. Pokaż najbliższe kamery. Kolejne trzy ekrany. Trzy ujęcia korytarza. Wzdłuż niego rusza oddział żołnierzy. Tych, co dokonali przed chwilą rzeźni.  Z chęcią, by ich zabił. Czy jak się okaże, że sami są zarażeni, to też strzelą sobie w łeb?

Jak ich zatrzymać? Jak ich do cholery zatrzymać? Pablo nie może się z nimi skontaktować. Jak zatrzymać te głąby? Chciałby tam teraz być. Z oerlikonem. Zaraz. Masako. Chyba jest kimś znaczącym. Oby. R+. Połączenia. Masako Yingpei . Możliwość zaroszenia do komunikacji . Łączenie. Żołnierze coraz bliżej. Pojawia się awatar Azjatki. Pablo pośpiesznie przesyła jej nagranie z kamer. Krzyczy niemal, by powstrzymała żołnierzy od masakry jedynych ludzi mogących naprawić nieszczęsny rdzeń. Pablo ma nadzieję, że udało mu się przekazać najważniejsze informacje. O układzie chłodzenia. O głębokości gówna w którym nieustannie pogrążają się. O tym, że Anastazja może być ich ostatnią nadzieją.

Żołnierze stają przy drzwiach. Nie wchodzą.  Rozmawiają w R+.  To od razu widać - człowiek rozmawiający przez R+, o ile nie jest to komunikacja pisemna, wygląda jakby prowadził konwersację ze ścianą. Nie wchodzą. Masako, udaje się jakoś ich zatrzymać. Tylko na jak długo?

I nagle. Problem rozwiązuje się sam.

Dekompresja

UWAGA! UWAGA! DEKOMPRESJA SEKTORA ZA 15 MINUT.  Ogłasza automat. Że co??? Do reszty ich pogrzało? Żałosna banda „żołnierzy” ulatnia się w moment. Jeden problem z głowy. Dekompresja. Dekompresja! Pablo nie ma skafandra. Jak go szukać, gdy wszyscy wyżynają się wokół nawzajem? Co się dzieje? Lebegue? Rozszczelnienie? Proceduera bezpieczeństwa? Jak ktoś może w ogóle posiadać  takie uprawnienia? Zginiemy. Skoro nie możemy zwalczyć wirusa musimy wszyscy zginąć. Dla dobra statku. Kto podjął tą decyzję?

UWAGA! UWAGA! DEKOMPRESJA SEKTORA ZA 10 MINUT. Pablo będzie walczył! O własne życie. Rzuca się w kierunku najbliższych pomieszczeń. Biegnie nisko na  wypadek znudzonego snajpera. Pomieszczenia administracyjne. Czy tu będą skafandry? Mała szansa. Choć kto wie. Może elita zostawiła sobie kilka sztuk na czarną godzinę. Zawsze można spróbować. Pablo otwiera wszystkie możliwe szafki i kontenery.  Wywraca wszystko do góry nogami. Z góry wie, że to bez sensu. Ale to jedyne co może zrobić. Sektor techniczny i medyczny są za mocno skażone.  

UWAGA! UWAGA! DEKOMPRESJA SEKTORA ZA 5 MINUT. To na nic.  Nie da rady znaleźć skafandra. Przynajmniej choroba nie rozprzestrzeni się po statku. Żegnajcie towarzysze. To koniec. Walczyliśmy. Próbowaliśmy nie zmarnować drugiego życia, które cudem dostaliśmy od losu. Jakiś głupek jednak zadecydował za nas. Bądź przeklęta Tu. Bądź przeklęta Hina. A przede wszystkim ty, Ahmadanie. Nie mogłeś po prostu dolecieć do tej pieprzonej planety? Pablo zamyka oczy. Pada na kolana. Co najwyżej może odciąć hermetycznie jakieś pomieszczenie. Ale w ten sposób tylko przedłuży swoje cierpienie.

Wtem cud. UWAGA! UWAGA! DEKOMPRESJA SEKTORA ZOSTAŁA ODWOŁANA. Prawdziwy cud. Stutonowy ciężar spada z brzucha. Oszołomiona głowa czuje zawroty po spadku ciśnienia. Puls zwalnia. Ulga. Radość. Życie.

Nowa wiadomość od Masako Yingpei. Kanał: Obóz Wolnych.

Proszę tych, którzy ocaleli, o zebranie się w Sektorze B. Sprawdzimy, ile nas jest, po czym ustalimy co robić dalej.

Chyba po wszystkim. Podnosi się z kolan. Jakby ważył mniej o połowę. Jakby był na księżycu. Będzie żył. Przez moment niemal zapomina, że znajduje się na pobojowisku. Kto miał się wymordować ten się wymordował. Nie interesuje go kto teraz tu dowodzi. Jedyne co chce zrobić, to porwać Anastazję i zabrać się do naprawy układu chłodzenia.

Pablo wychodzi powrotem na rynek, na którym mija poszarpane, zmasakrowane przez granat zwłoki człowieka. Naukowca. Wkracza w korytarz prowadzący do Sektora B.

Ocaleni

Na placu zgromadziła się  już znaczna grupka. Stoją zebrani w kręgu. Wyróżniają się spośród nich dwie postaci, tworzące jakby dwa przeciwległe bieguny. Na jednym z nich znajduje się znacznej postury murzyn - Deryl, wokół którego zgromadzone są osoby z zewnątrz i po drugiej stronie - niewysoka Azjatka - Masako.

Na resztę tej barwnej zbieraniny składa się trzech ocalałych żołnierzy, tych samych, którzy mordowali ludzi na stołówce, człowiek w skafandrze, którym okazał się być śmiertelnie zarażony Wilde, Colin, tajemniczy osobnik, o rozbieganych oczach i przerażonym wyrazie twarzy, przystającym bardziej dzikiemu, zaszczutemu zwierzęciu, niźli człowiekowi  oraz pozostałości Sigmuntowej kampanii: Anthony i Hina. Razem z Pablem - dziesięciu. Plus Anastazja. Póki co, odizolowana. Jak się szybko okazuje to wszyscy, którzy przeżyli.

Właśnie trwa ożywiona dyskusja nad masakrą w stołówce. Głupcy tłumaczą się nieporadnie. Wykonywali rozkazy. Pablo wie, że rozkazy obowiązują każdego żołnierza. Oni sami, on i jego oddział,  też nie byli święci, gdy tłumili zamieszki w Palestynie, czy tropili kartele mahoniowe w Amazonii, tylko to była inna sytuacja. Tu są zdziesiątkowani i wycieńczeni, muszą polegać na własnej ocenie. Ci ludzie są za słabi, by przysługiwał im przywilej noszenia broni. Nie potrafią sami podejmować decyzji.  Pablowi byłoby ich żal, gdyby nie to, że widział w hd i kolorze jak mordują bezbronnych ludzi.

Niestety. Nie mogą teraz wybrzydzać. Ten cały Deryl był niby dowódcą jednej z największych kompanii najemników na Ziemii, więc będzie musiał jakoś ustawić tych żołnierzy do pionu. Potrzebują teraz każdej pary rąk i luf. Pablo tęskni, za swoimi chłopcami z Falangi. Tam każdy mógł na każdego liczyć i wiedział, że może drugiemu zaufać. Teraz zostali im tylko  żałośni, godni politowania „żołnierze”, jak Brian i tych dwóch pozostałych.

Rozmowa schodzi na temat Anastazji.
- Anastazja, to technik. Ale jest zamknięta ze zwłokami, więc na pewno jest już chora. - mówi Masako, w odpowiedzi na pytanie skierowane przez Deryla do ogółu, czy ktoś jeszcze żyje.
Anastazja. Musimy ją uratować.
- Trzeba ją wypuścić. - mówi Pablo. Od niej wszystko zależy. Cały los ekspedycji. Jeżeli nie naprawi reaktora statek już długo nie pociągnie.
- W tej chwili zarazi nas wszystkich. Jeśli znajdziemy sposób na izolowanie jej inaczej, wypuścimy ją. - kwituje Deryl.
Pablo wiedział, że nie będzie łatwo. Sam ,z resztą, niechętnie, ale się z nim zgadza. Nie mogą jej tak po prostu wypuścić. I nie mogą też zostawić. Patrzy w sufit. Myśli. W powietrzu na razie nie widać żadnych zarodników, ale kto wie ile tego świństwa zdążyło się już dostać do wewnętrznego systemu powietrza? Milknie.
- Możemy poszukać skafandrów.  Wsadzimy ją w jeden i w ten sposób odizolujemy zarazę. - Masako.
Ma rację. Rozwiązanie kompromisowe. Win-win. Pablo lubi takie sytuacje. Kiwa z uznaniem głową. Nie ma nic do dodania. Trzeba działać.

Po krótkiej burzy mózgów Deryl ofiaruje się ubrać skafander i poszukać czegoś dla reszty, w tych najbardziej zakażonych sektorach. Widać, że między tymi dwoma - Masako i Derylem, toczy się wzajemna rywalizacja. Za każdym razem, gdy któreś z nich wyskoczy z jakimś dobrym pomysłem drugie próbuje je przebić. Jedyne na czym zależy Pablo, to sprawny człowiek, który z tego burdelu na kółkach stworzy sprawnie funkcjonującą drużynę. Ludzi którzy będą mogli sobie zaufać. W Falandze nawet z najgorszych wyrzutków udało się zrobić prawdziwych mężczyzn. Póki  co, gdyby miał wybierać, poszedłby za Derylem. Masako to tylko zwykła psycholog, nawet jeżeli bardzo dobra, a Deryl - żołnierz z krwi i kości.

Deryl ubiera skafander i rusza w kierunku pomieszczeń techniczno-medycznych. Na odchodnym, Wilde przypomina mu, by wziął conieco odkażenia skafandrów.

Historia Sigmunta

- Panowie. Gdzie Sigmund? - pyta Pablo, gdy Deryl znika w korytarzu. Zna odpowiedź, ale chce to usłyszeć.
Anthony tylko kręci głową. Nie trzeba mówić nic więcej. Pablo spuszcza głowę. Sigmund był porządnym człowiekiem. Mimo, że krótko go znał zdążył go polubić. Został tylko ból.
-Jak zginął?- pyta cicho.
I rozpoczyna się historia. Dobrze. Wielcy ludzie zasługują, by po śmierci ktoś wspomniał o ich życiu. Na początek wystarczy historia z ostatnich kilku godzin. Ta, która przesądziła o jego losie.

Jak się okazało, Sigmund przypadkowo wypuścił zarodniki, które opanowały teraz bez mała cały sektor. Będąc w szpitalu w momencie dekontaminacji. Ujrzał zarażonych lekarzy odizolowanych w hermetycznym pomieszczeniu. I nacisnął przycisk. W odpowiedzi na ich błagania o uwolnienie. W ten sposób choroba rozniosła się na wszystkich.

W czasie panicznej ucieczki przed zarazą nastąpiła jakaś sprzeczka przy grodzi z przejściem do innego sektora. Żołnierze nie chcieli przepuścić Sigmunta, Hulleta i reszty ludzi do dalszych części statku. Jakoś jednak im się udało i wtedy doszło do zamieszania.  Johnny Hullet, ten sam, z którym Pablo naprawiał uszkodzonego drona, z niejasnych powodów  cisnął granat w grupkę naukowców, za co poniósł szybką śmierć z rąk Hiny. Sigmund został uwięziony i prawdopodobnie zaocznie skazany przez Stefana na śmierć. Tego dnia już drugi, z jego (ich) ludzi zabił kogoś z Obozu Wolnych. Pablo kiwa tylko głową. To smutne, że Sigmund misiał otaczać się tak niepoczytalnymi  ludźmi.

Przypomina sobie mimo woli o Bruce’ie.
- A doktor Bruce? Co z Brucem? - pyta Pablo.
- Tym nienormalnym wariatem? - mówi Masako. - Dostał to na co od dawna zasługiwał. Czyli kulkę w łeb.
Widać, że jest podenerwowana. Że gdyby mogła to sama chętnie zakończyłaby żywot doktora. Bierze oddech i uspokaja się nieco
- Z resztą od samego Sigmunta.  Bruce, zdążył w czasie swojego krótkiego pobytu zabić doktora Mirosława i omal nie zabił Anastazji. Mirosław był dobrym człowiekiem. Nigdy nikogo nie skrzywdził,
tylko zawsze, bezwzględnie ratował życia.

Pablo kiwa głową. To prawda. Bruce od samego początku budził jego niepokój. Ale także i sympatię. W końcu nie włożył mu śrubokrętu w czaszkę, mimo, że miał ku temu powody, a także wyleczył go z choroby popromiennej. Niemniej. Zasługiwał na śmierć. Szczególnie, sadzając po jego ostatnim paranoicznym zachowaniu.

Resztę historii Sigmunta dopowiada szukający skafandrów Deryl. Wizualizuje się przez R+. To on był obecny przy śmierci Stefana, gdy siedzieli skuci u niego w pokoju przesłuchań, razem z byłym kapitanem. O dziwo Stefan został zabity przez własnego ochroniarza, zauroczonego legendą Deryla, który rzucił nożem w swojego przywódcę, gdy ten wyciągnął pistolet, by zrobić krzywdę jego nowemu idolowi. Pablowi ciężko w to uwierzyć. Ale jednak to prawda.

Potem w eter poszedł pamiętny komunikat Deryla, mający na celu przejęcie władzy w obozie i próby negocjacji z Tu. Negocjacje, które okazały się być w rzeczywistości pułapką. Tam właśnie zginął Sigmnud, rozwalony rzuconym pod nogi granatem.  Ludzie Hiny, drogo za to zapłacili. Łańcuch zemsty został ukoronowany przez Deryla śmiercią Hiny.  Pablo kiwa z uznaniem głową. Sigmunt został godnie pomszczony.

Ucieczka Colina

W mniej więcej, w tym samym czasie zginęła również Tu, siostra Hiny, zabita przez Colina, który ponoć pełnił w jej laboratorium rolę czegoś na kształt eksponatu lub obiektu badawczego. Pablo jeszcze raz spojrzał jego sylwetkę, przypominającą swoim zachowaniem coś na kształt dzikiego zwierzęcia, przerażonego tym, że znalazło się w środku tłocznego, hałaśliwego miasta. Na jego kilkucalowe, twarde pazury. Kim jest ten człowiek?

Wracając do historii. Colin zabił Tu, co spowodowało uruchomienie automatycznej procedury dekompresji, którą wcześniej zaprogramowała w głównym serwerze, na wypadek swojej śmierci. Następnie, wraz z Masako udało im się ją zatrzymać.

Badania Wilde’a

Natomiast Wilde cały czas pracował w laboratorium. Znalazł potencjalną odtrutkę na zarazę, która okazała się niestety na dłuższą metę nieskuteczna. Tylko spowalniała rozwój choroby w organizmie. Prawdopodobnie, w międzyczasie, ludzie Hiny mordowali cywilów w stołówce i próbowali zabić Anastazję.

Wilde odkrył, będąc w laboratorium, że bakterie żywią się tlenem i mięsem. Jedyne co może je spowolnić to odsączenie powietrza z całego sektora. Brak tlenu i ciśnienia w prawdzie ich nie zabija, lecz zatrzymuje ich rozwój. Dobra robota staruszku.

Anastazja

Deryl wraca z kombinezonami. Ostatecznie postanawiają przełączyć się na butle tlenowe i opuścić ten sektor. Kombinezonów nie starczy dla wszystkich. Jedną osobę będą musieli zostawić. Oczywiście wyrok grupy pada na Anastazję.
- Nie możemy jej zostawić. - mówi Pablo.
- Przecież i tak umiera. - tłumaczy Masako. - Jeżeli weźmiemy ją ze sobą będzie sprawiała masę kłopotów. Z resztą spójrz na nią.
Wrzuca mu obraz z kamery na panel R+. Z Anastazją faktycznie jest ciężko.
- Mówię wam. Ona posiada kluczową wiedzę, potrzebną, by ta misja mogła przetrwać. Bez niej ten statek w ciągu tygodnia rozleci się na kawałki. - Pablo nie odpuszcza.- Dajcie mi chwilę, żebym z nią porozmawiał, pokażę wam, dlaczego jest taka ważna.
Drużyna zaczyna się dalej sprzeczać. Kogo brać i co robić. Pablo nie ma czasu. Ubiera skafander i idzie do pomieszczeń mieszkalnych.

Pablo musi zabrać Anastazję. Jeżeli wyssają powietrze ze wszystkich pomieszczeń, będzie po niej. Tlenu w jednym pokoju wystarczy na góra kilka godzin. Mija stołówkę. Martwe ciała zarastają Dioscurusowymi  zarodnikami. Jak to cholerstwo może się tak szybko rozmnażać? Czuje się taki brudny. Tak mu duszno w tym skafandrze. Warstwa zaledwie kilkunastu zaledwie milimetrów dzieli  go od gnijącego ogniska epidemii. Dociera do drzwi. W szybce Anastazja. Pokazuje jej dysk, który podkradł z jej biurka, gdy leżała w szpitalu.

R+.
-Anastazjo pamiętasz mnie? To ja Pablo, widzieliśmy się wielokrotnie w laboratorium.
Stara się być ostrożny. W głosie troska. Jej zlana potem przerażona  twarz ujmuje go za serce. Nagły przypływ nadziei w oczach sprawia ból. Chce ją ocalić. I nie tylko dla tego, że jest tak niebywale ważna. Nie można nikogo tak zostawić. Żadnego człowieka. On zawsze mógł liczyć na swoich chłopaków. Nie pozwoli, by ktoś, kto teraz potrzebuje troskliwej opieki, został porzucony i zamordowany.
-Anastazjo. Zabrałem ten dysk z twojego biurka. Na pewno go rozpoznajesz. Wiem, że dobrze wiesz jak działa laser. Nie obchodzi mnie dlaczego nie chciałaś nam tego zdradzić, ale wiem jedno. Ci ludzie, którzy przeżyli, cholernie boją się choroby, która cię męczy. Jeżeli chcesz, żeby cię wypuścili, musisz wykazać dobrą wolę. Musisz, pokazać, że bardziej im się opłaca wziąć cię ze sobą niż porzucić. Na początek daj mi dostęp do tego dysku. Wiem, że są na nim ważne informacje. Pokażę je reszcie i zrozumieją, że muszą wziąć Cię ze sobą.

Anastazja patrzy obłędnie. Gorączka. Czerwone oczy. Myśli. Kalkuluje. Ping. Dostęp przyznany. Pablo uśmiecha się.
-Dziękuję Anastazjo.
Teraz na pewno ich przekona.

Puszcza na R+ drużyny nagranie z dysku. Rozmowa Anastazji z Tu.
- Nie wiem. Na pewno myślisz, że nic się nie stanie jak wymontujemy ten laser?
-Nie przejmuj się, wiemy co robić. Pomóż nam. Twój mentor nie chciał z nami współpracować, ale ty wykaż większy rozsądek. Mając ten laser, możemy bronić ostatniego przylądka wolnego słowa, którego nie stłamsiła jeszcze dyktatura Lebegue’gi.
-Ja nie wiem, czy dam radę. Daleko mi do pana Zingle’a.
Tu zachęcająco kiwa głową.
Anastazja waha się, po czym wchodzi do rdzenia układu chłodzenia.

Teraz na pewno ją ocali.

Drużyna dochodzi do całkowicie przeciwnych wniosków.

- No widzicie. Kolejna zdrajczyni. - Mówi triumfalnie Masako. -Zdradziła statek, a teraz umiera i na dodatek rozsiewa zarodniki. Musimy ją zostawić, bo zarazi kolejne sektory. Nie możemy nic zrobić, brakuje nam skafandrów.
- Nie potrzebujemy jej. Wystarczy, że znajdziemy tego Zingle’a i on się tym zajmnie. - potakuje Anthony.
-Jeżeli musimy kogoś zostawić, a musimy, ponieważ nie mamy skafandrów, będzie to Anastazja. - mówi Deryl. I on przeciw niemu.
-Z resztą  i tak już  umiera. - dodaje cicho.
-Zostawmy ją i uciekajmy. - próbuje wzniecić panikę ten przygłup Brian, czym tylko płoszy Colina, który również, zaczyna, coraz natrętniej nalegać na jak najszybszą ucieczkę.

Pablowi nie chce się gadać. Głupcy. Może na całym statku są dwie osoby zdolne naprawić układ chłodzenia. Nelson Zingel i jego najpojętniejsza uczennica - Anastazja. A jak, kurdę, pan Zingel już nie żyje? Jak nawet nie obudził się z kriogenicznej śpiączki? Jak jest zakładnikiem Lebegue’gi? Jak nie będzie chciał z nami współpracować?  Na całym statku są tylko dwie osoby. Mamy wróbla w garści, a wy koniecznie chcecie zasadzać się na gołębia? Co z resztą pomyśli Zingel, jak dowie się, że przyłożyliśmy rękę do śmierci jego najlepszej studentki? Może i się pokłócili ze sobą, ale pokłócić to jedno, a zabić to drugie.

Następuje kolejna sprzeczka i w końcu Deryl, który powoli staje się nieformalnym przywódcą grupy decyduje.

-Dostałem ofertę od Żyda. Wprawdzie wszystkie stacje kolejki są zamknięte. Ale powiedział mi, że może wpuścić nas do sektora produkcji żywności, który kontroluje. Ma dla nas jakąś propozycję współpracy. Spotykamy się za 15 minut pod grodzią i zamykamy ten sektor. Wypuszczamy z niego całe powietrze. Musimy jak najszybciej zatrzymać chorobę.
- Pablo. Jak uda nam się w międzyczasie znaleźć skafander dla Anastazji bierzemy ją ze sobą. Zgoda?
-Zgoda.

Przygotowania

Udało się, skafander znaleziony. Komuś się poszczęściło i wręczył go Pablowi. Anastazja uratowana, Zostaje zapakowana w biały, gruby, kombinezon. Maska. Uszczelnienie. Wewnętrzny obieg powietrza. Butla sygnalizuje, że jest w użyciu. Bąble i ropnie na ścianach są już gigantycznych rozmiarów. Pablo nawet nie chce patrzeć co się dzieje na stołówce, gdzie jest pełno martwego mięsa. Według tego co mówił Wilde, zarodniki powinny rozwijać się tam najszybciej. Pablo ciągnie Anastazje mocno za rękę, gdy przechodzą obok drzwi. Prowadzi ją do kolejki, nie puszczając jej dłoni. Jest zbyt chora, by poradziła sobie sama, poza tym, nie ma czasu na cyrtolenie.  Gdy jest bezpieczna, wraca by zrobić dwie rzeczy.

Naprawić drona i przejrzeć obrazy z kamer, teraz mają pełny dostęp do serwera. Pablo nie wierzy własnym oczom. Historia Deryla, choć nieprawdopodobna jest prawdziwa. A jego były ochroniarz, faktycznie był skończonym durniem. Z niedowierzaniem kręci głową. Może z przekonaniem poprzeć Deryla jako przywódcę.

Zostało już tylko jedno. Biegnie szybko do drona, który został w warsztacie. Strasznie się poci w tym ciężkim kombinezonie. Słyszy tylko swój oddech. Bąble na ścianach są olbrzymie. Dookła latają chmary zarodników. Naprawia, czym prędzej drona. Bierze wszystko co jest pod ręką. I tak właściciele tu nie wrócą lub są martwi. Praca w tych grubych rękawicach jest nieco niewygodna. Wyjmuje przestrzelony mózg pozytronowy i zastępuje go nowym. Po chwili śmigiełka drona zaczynają wirować. Działa! Ludzie pakują na niego co cięższe przedmioty. Warto wziąć co się da, bo pewnie długo już tu nie wrócą. Po 15 minutach, od ogłoszenia komunikatu przez Deryla, wszyscy spotykają się w drzwiach kolejki. Powietrze zostaje spuszczone. Sektor odłączony.

Ucieczka

Kolejka zamyka swe drzwi. W jej wnętrzu znajduje się 1q osób i unoszący się nad nimi, szepczący wirem silników dron. Pablo opiera się o ścianę. Wszyscy są zmęczeni i przybici. A może to on sam jest zmęczony i przybity. Tak jakby choroba weszła w głąb niego i wyżerała go od środka. Jego duszę. Patrzy na resztę towarzyszy. W słuchawkach słyszy pokasływania Wilde’a i ciężki kaszel Anastazji. Nikt nic nie mówi. Nikt nie ma już siły. Jadą do sadu botanicznego. W odpowiedzi na zaproszenie Żyda Shlomo Seliga. Patrzy na pozostałych. Nic, tylko hełmy skafandrów. Widzi w nich odbicie siebie samego zwielokrotnione dziesięciokrotnie. Jak przerażająco odczłowieczeni się w nich wydają. W R+ odpala nakładkę, która nakłada na wizjer hełmu każdego z nich projekcję ich domyślnego awatara. Teraz jest chwila czasu, żeby zebrać się do kupy. Odczuwa ból po starcie Sigmunta. Żałuje, że nie zdążył go lepiej poznać. Spokoju też nie daje mu fakt, tego jak szybko rozprzestrzenia się zaraza. Cały sektor został przez nią odcięty, w zaledwie kilka chwil. Co będzie dalej? W jaki sposób poznać oznaki bycia zarażonym. Jejku, jejku. To nie jest to na głowę Pabla. Żałuje, że nie ma wśród nich nikogo dostatecznie ogarniętego, by skutecznie przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się choroby. Jedyne co mogą robić to te skafandry. Wilde i Anastazja są mocno zarażeni. Wciąga powietrze. Sprawdza stan butli. Kontrolki na jego pulpicie pokazują szacowany zapas tlenu na nieco ponad półtorej godziny. Wilde kaszle.  Anastazja kaszle. Będą musieli tam kiedyś wrócić. Jeżeli uda im się skompletować ekipę do zabrania lasera i naprawy chłodzenia rdzenia. Anastazja kaszle rozpaczliwie, chwytając z trudem powietrze. Pablo milczy.

Sad botaniczny

Wzzzt. Sektor Sad Botaniczny. Oznajmia automat kolejki. Żyd dotrzymał słowa. Sektor nie jest zamknięty. Drzwi otwierają się.
Komunikat w R+. Odbiorca: Sad Botaniczny.
Przed oczami Pabla pojawia się projekcja Żyda.
-Witajcie w sadzie botanicznym. Przez setki lat natura ewoluowała tu sama, tworząc niepowtarzalny, samowystarczalny  ekosystem. To tu cały statek zaopatruje się w niezbędne pożywienie. Jest tu również najwięcej na całym statku… tlenu. -Pablo, aż wstrzymuje oddech. Tlenem żywią się bulwy z Dioscurusa.
-Zapraszam do środka, przyjaciele. - mówi, niczym przewodnik wycieczki. Akcentuje każde zdanie chwilą ciszy. Drużyna wstępuje w objęcia sadu.

To co widzą jest niewiarygodne. Shlomo nie przesadzał. Ściany i podłogi dosłownie zarosły trawą i wszelkiego rodzaju roślinami. Rury i rurki porastają gęste pędy bluszczu i innych roślin. Pablo ma wrażenie jakby za chwilę znów miał znaleźć się w Amazoni wraz ze swoim dawnym oddziałem. Z sufitu miarowo kapie woda, spulchniając cienką warstwę gleby. Między zaklinowanymi zielskiem drzwiami swobodnie płynie cieniutki strumyczek.

Wychodzą . Patrzą oniemiali. Żyd uśmiecha się miną gospodarza, któremu udało się zrobić wrażenie na gościach swym przybytkiem.
-Zapraszam, śmiało. - mówi.

Wstępują na gęsty, puszysty trawnik. Rozglądają się zdziwieni na wszystkie strony. Jedenaście postaci w białych skafandrach. Nagle. Anastazja zgina się w pół. Wizjer jej hełmu pokrywa się zgniłą substancją, a z hełmofonu dochodzą odgłosy torsji. W panice chwyta za hełm i próbuje go zerwać. Niemal natychmiast zostaje powalona na ziemię przez Deryla i Collina. Zaczyna się kolejna sprzeczka. Tragiczna w konsekwencje.

Morderstwo

-Zwariowałaś? - drze się Deryl.
- Puście mnie, dajcie mi spokój!
-Trzymaj ją!
-Da się ją czymś unieszkodliwić?
-Po co my ją ze sobą braliśmy?
-Zostawcie ją, jest nam potrzebna.
-Potrzebujemy nie jej, a Zingela. Ona sama ledwo co umie.
-No właśnie. - Brian - Pilnowanie jej to za duże ryzyko.
-Co z nią zrobimy?
-Jest tylko jedno wyjście. -Masako. -Trzeba ją unieszkodliwić, zanim zarazi cały sektor.
-Oszaleliście? Chcecie zabić jednego z naszych?
-Ona nie jest jedną z nas, to przez nią wszystko może trafić szlak.
-Zostawmy ją i popytamy Zingela.
-Zaraz wy chyba nie chcecie jej…
-Otwieraj drzwi Masako, trzeba się jej pozbyć, zanim zarazi cały statek.
-Wiecie co, mógłbym jej złąmać kręgosłup… - Deryl
-Zostawcie ją, nie zgadzam się.
-Pablo, bardzo mi przykro, ale nie ma innego wyjścia. Wierz mi, też chciałbym jej pomóc, ale to za duże ryzyko.

Pablo nie jest w stanie przebić się przez mur sprzeciwu. Jako jedyny staje w obronie  kobiety. Wszyscy są za tym, żeby się jej najnormalniej w świecie pozbyć. Wilde milczy. Deryl i Colin otwierają drzwi śluzy i znikają za nimi z Anastazją. Po chwili Pablo widzi na kamerach jak wypychają ją w przestrzeń. Bestialstwo. Jak można w ten sposób potraktować kogoś z drużyny? Nawet jeżeli jest ciężko chora to trzeba jej pomóc. Pocieszyć. A nie mordować. Patrzy na Wilde’a. Żałuje, że nie widzi wyrazu jego twarzy. Niewiarygodne. Wilde i Colin wracają. Ciemne wizjery ich hełmów, tylko potęgują grozę, którą odczuwa.

-Wypuście mnie. Wpuście. - w głośnikach trzeszczą mu wrzaski przerażonej kobiety.

Kamera zewnętrzna. Anastazji udało się  jakimś cudem utrzymać przy drzwiach. Teraz bije w nie bezsilnie rękami. Pablo nie może tego wytrzymać. Wyciąga dłoń i naciska przycisk śluzy. Jakieś mocne dłonie łapią go pod ramiona i nie pozwalają mu się wyzwolić. Wyrywa się.
-Puście mnie! - wyrywa się raz jeszcze.
-Ona i tak jest już martwa.
-Jak już chcecie ją zabijać. To dajcie mi przynajmniej strzelić jej w łeb. A nie zostawiajcie jej na śmierć w męczarniach.

W końcu go odciągają. Amatorzy. W Palestynie, jak tłumili zamieszki to ich przeciwnicy potrafili przynajmniej dokonać egzekucji od razu. Jednym czystym cięciem miecza. A tu. Szkoda gadać. No po prostu szkoda gadać. Nie dał rady. Nie zdołał przekonać drużyny. Co by nie zrobił, to i tak ją zabiją. Tak ma jeszcze jakiekolwiek szanse. Chociaż w tym stanie. Z tlenem na niecałe półtorej godziny. Pablo obiecuje sobie od teraz. Że już nigdy nie będzie bierny, jeżeli ktoś jeszcze raz znajdzie się w podobnej, co Anastazja sytuacji.

Epilog

Póki co wchodzą w objęcia dżungli, w odpowiedzi na gościnne zaproszenie Żyda. Niedługo dowiedzą się, że ich przyjazd odnotowały wszystkie możliwe systemy monitoringu oraz, że na ich spotkanie śpieszy już pewna postać. Ktoś kto ma wendettę z Derylem i chce zakończyć tą sprawę raz na zawsze. Zęby zaciskają się na cygarze kapitana Czarnej Gwardi, gdy naciska on przycisk przywołania kolejki.


Last edited by Tomek on Thu May 28, 2015 3:48 am; edited 4 times in total (Reason for editing : Wersja ostateczna)

Tomek
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2015-01-15

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Tue Jul 14, 2015 2:09 pm

(Możliwe że wersja będzie poprawiana. Większości rzeczy pozapominałem, więc opisałem co ogólnie się działo, żeby nic nie przepadło z tej historii Wink )
Napięcie rosło, a adrenalina buzowała w żyłach. Trójnóg podszedł do samego korytarza i omiótł wnętrze stożkiem czerwonego światła. Zamarliśmy w bezruchu. Po dłuższej chwili odstąpił, a my odetchnęliśmy z ulgą. Wypuścił z paszczy na ziemię jakąś szarą, metalową kulę średnicy pół metra, po czym zniknął gdzieś nad sufitem.
Wtedy jednemu z ostatnich dwóch żołnierzy z Obozu Wolnych wysiadły nerwy.
- Mam tego dość! Ja ucekam.
Rzucił się biegiem w stronę pociągu, a co za tym idzie kuli. Jego kumpel też zerwał się z miejsca i rzucił do biegu. Jego zdążyłem odepchnąć tak, aby się przewrócił, ale zanim dobiegłem, aby powstrzymać dezertera przed prawie pewną śmiercią, było już za późno. Kula piknęła błyskawicznie kilka razy, a po chwili z sufitu prosto na żołnierza spadła mordercza machina obcinając mu głowę.
Zatrzymałem się w pół kroku i czym prędzej zatrzasnął drzwi opierając się o nie plecami i ciężko dysząc.
- Tędy nie wyjdziemy, wracamy do akwarium - zdecydowałem.
Jakby tego było mało, korytarz prowadzący między zarośniętymi zbiornikami wodnymi również obstawiony był przez kule trójnogów.
- Może gdyby rozbić szkło i zalać je wodą, pojawiłoby się zwarcie? - zaczął zastanawiać się na głos Pablo.
- Potopimy się - zauważył trzeźwo ktoś inny - Poza tym zalewając ten sektor prawdopodobnie raz na zawsze pozbędziemy się żywności.
- Ja sprawdziłbym, czy da się między nimi przekraść - Collin niepewnym wzrokiem spojrzał na nas pytająco. Po chwili zastanowienia skinąłem głową. On w razie potrzeby poradzi sobie z ucieczką.
Ruszył ostrożnie korytarzem i wyminął pierwszą kulę, zaraz jednak zatrzymał się, rozejrzał i zawrócił. Najwyraźniej uznał, że znalazłby się za blisko którejś z kul, a nie chcieliśmy ryzykować jego życiem, ani zdrowiem.
Przymknąłem na chwilę oczy.
- Więc dobrze, skoro tak chcą się z nami bawić i w obu przejściach wystawili czujki, wracamy do Komnaty Centralnej. Stamtąd jest przynajmniej bliżej - wypowiedziałem na głos myśl, która zapewne plątała się po głowie każdemu.
Gdy dotarliśmy znów pod drzwi, przy których zginął dezerter, Collin zaskoczył wszystkich i zaczął omijać kule wspinając się po zaroślach na ścianie. Dotarł w ten sposób na drugą stronę, pod drzwi prowadzące do stacji, gdzie zostawiliśmy uprzednio Anastazję. Zaraz za nim wyrwał się Alan. Normalnie powstrzymałbym go, bo nie wyglądał na kogoś, kto da sobie radę, ale ze wstydem muszę przyznać że nie uważałem go za swojego człowieka i nie miałbym nic przeciwko, gdyby spadł i skręcił kark.
Niestety - jak mi się wydawało - udało mu się i dotarli razem do dronów Jurija. Okazało się to jednak zbawienne, ponieważ Collin nie posiadał dostępu do R+, a za pośrednictwem Alana Pablo dał radę uruchomić maszyny, z których jedna przeniosła na drugą stronę niedomagających, nienadających się do wspinaczki. Ja i pozostali przeszliśmy śladami Collina, żeby nie uszkodzić drona.
Wydawało nam się, że zbawienny koniec problemów w końcu nadszedł. Ominęliśmy trójnogi, wydostaliśmy się z sektora, zabiliśmy Jurija i mieliśmy jechać do pierścienia mieszkalnego, abym objął przywództwo nad Czarną Gwardią.
Podjechał po nas wagon.
Nie zmieściliśmy się jednak do środka wszyscy wraz ze sprzętem, więc zostałem, aby przejechać następnym kursem razem w wielkim, zdobycznym dronem bojowym. Czekanie dłużyło mi się, tym bardziej, że w każdej chwili, przynajmniej czystko teoretycznie, mógł wypaść na mnie morderczy mikser. W wagonie z tego co słyszałem zagrożenie wcale nie było mniejsze.
W końcu dotadłem na drugi koniec. Pierścień mieszkalny, sektor techniczny. Poza moimi ludźmi powitał mnie jednak kolejny postapokaliptyczny obraz. Wyglądąło na to, że tu również dostały się trójnogi. Z lepszych wiadomości pod moją nieobecność pozostali dowiedzieli się, że w tym sektorze znajduje się broń, która jest w stanie zniszczyć te blaszane maszyny do zabijania. Wiedzieli nawet, gdzie jej szukać. Ruszyliśmy więc przed siebie.
Sektor był pusty, gdzieniegdzie leżały jedynie pozbawione głów zwłoki i rozwalone części statku, lub wyposarzenia. Ci, którzy możliwie ocaleli, zabrali wszystko, co miało jakąś wartość. Zacząłem obawiać się o tajemniczy harpun, który miał znajdować się kilka pomieszczeń dalej.
Gdy weszliśmy do któregoś z kolei, według posiadanych przez nas danych ostatniego dzielącego nas od broni, Collin usłyszał coś dziwnego w rogu. Ostrożnie podszedł w tamtym kierunku, ale niczego nie dostrzegł. Wild też nie wykrył niczego za pomocą podczerwieni, ani ultrafioletu. Wydawało się więc, że narwańcowi tylko się zdawało.
Ruszyłem jednak bardzo ostrożnie w kierunku miejsca, gdzie miałem zdobyć sprzęt, dzięki któremu wybiję trójnogi.
Nagle tuż przed moją twarzą wyrósł jakiś droid. Spróbowałem go odruchowo zaatakować, ale zrobił unik, a ułamki sekundy później poczułem wstrząs.
“Zasrane tasery” - przemknęło mi przez myśl gdy odzyskałem przytomność. Spróbowałem wstać, co udało mi się z trudem. Moje ciało przeszył dreszcz, jakbym po raz kolejny został porażony prądem. Gdy wyprostowałem się, dostrzegłem to, o czym marzyłem już dłuższy czas.
Na ścianie przede mną wisiały dwa harpuny przebijające się przez pancerz trójnogów.
Podszedłem powoli i delikatni chwyciłem jeden z nich.
Był nad wyraz lekki, czego ani przez chwilę się nie spodziewałem i powitałem z mieszanymi uczuciam.
Ale trzymając go w ręce poczułem całym sobą słowa wypowiedziane przed śmiercią przez Briana.
To ja miałem ratować ten statek i byłem w stanie to zrobić.

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Fri Oct 30, 2015 4:48 pm

Szalom, drogi pamiętniczku. Postanowiłem spisywać wszystko, czego doświadczam, nim zatrze się w mej pamięci, jak miało to miejsce ostatnio. Obudziłem się w więzieniu, co samo w sobie było dość podejrzane i niezrozumiałe. Pamiętam, że kogoś uderzyłem. Kto to jednak był, czas i nieprzytomność nie pozwoliły mi przywołać z bezkresnych ścieżek umysłu. Wiem, że byłem człowiekiem kapitana, a miejsce mojego ubezwłasnowolnienia oskarżało mnie o morderstwo, którego sobie nie przypominam. Z zasady nie zabijam ludzi, ani nie pochwalam tego typu rozwiązań.
Uwolnił mnie dość zalękniony mężczyzna z lekko rozbieganym wzrokiem. Pozdrowiłem go więc i rozpocząłem badania, cóż takiego dzieje się w najbliższych pomieszczeniach. Spotkałem tam grupę ludzi, a jak mówi stare żydowskie przysłowie, kto nie próbuje cię zabić, najpewniej może być bardzo cennym sprzymierzeńcem. Spróbowałem więc, na ile potrafiłem, opatrzeć nogę niejakiego Pabla, ale coś mówiło mi, że nie wyszło mi to zbytnio. Z kobietą o lśniącej, stalowej czaszce było jeszcze gorzej i ze wstydem muszę przyznać, że nie miałem pojęcia, co jej zrobiono. Zachowywała się jednak trochę nieobliczalnie.
Dowiedziałem się, że kapitana od dawna nie ma, władzę sprawuje Lebegue’a, o którym nie słyszałem nic dobrego, a ponad to był bunt i nie wiadomo co się tak dokładnie dzieje. Postanowiłem więc póki co trzymać się Pabla, bo wydał mi się niezwykle rozsądnym człowiekiem.
Zostałem przez skośnooką niewiastę obdarzony nożem, po czym ruszyliśmy w kierunku domniemanego pobytu kapitana, co bardzo mnie ucieszyło, bowiem wydawało mi się, że może być jedyną osobą mającą pojęcie, co się właściwie ze mną stało. Po drodze jednak natknęliśmy się na dwóch żołnierzy. Niezrównoważony Chińczyk, czy inny Japończyk zabił z miejsca jednego z nich, a drugiego również by rozpłatał, gdyby nie udało nam się go powstrzymać. Zamiast tego po zdjęciu z niego pancerza wziął tego nieszczęsnego, nagiego i rannego mężczyznę na ramiona niczym pannę młodą i w ten sposób paradował, dopóki nie wrzucił go do windy, którą nie zamierzaliśmy jechać. Pojechaliśmy za to drugą, pełną śluzu, który według mych towarzyszy oznaczał obecność kapitana. Czyżby zmienił się w ślimaka?
W centrum administracyjnym dostałem skafander i wraz z Pablem, oraz Collinem (ten przestraszony człowiek) ruszyliśmy sprawdzić, co się dzieje dalej. Natknęliśmy się tam na eleganckiego mężczyznę, który chciał zmienić orbitę statku. Obecna prowadziła nas do nieodzownego spopielenia, więc można powiedzieć, że ten bohater pragnął nas wszystkich uratować. Nie chcieliśmy mu przeszkadzać, bo miał drona i kilka droidów. Jednak Wietnamczyk postanowił z nim porozmawiać i tak oto musieliśmy jechać z powrotem i droga do centrum została za nami zablokowana. Dostęp do kapitana również stanął pod wielkim znakiem zapytania.

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Thu Nov 12, 2015 1:50 am

Aj waj, same nieszczęścia! Ledwie bohater uznał nas za złych ludzi, a już przez krzyk jakiegoś nieokrzesanego, rozmokniętego dzikusa musieliśmy zastosować manewr taktycznego odwrotu. Oj, pamiętniczku, nie mamy my szczęścia w pierścieniu mieszkalnym. Czy może być cokolwiek dobrego z pierścienia mieszkalnego?
Moi towarzysze twierdzą, że powinniśmy poszukać broni i wszystkiego, co mogłoby nam się przydać w pierścieniu technicznym. Po drodze dowiedziałem się, że moi towarzysze są ludźmi, którzy w ostatnim czasie mieli swój udział w takiej ilości niezwykle ważnych i nietypowych wydarzeń, że chyba nie mogłem trafić na kogoś, kto zapewniałby więcej wrażeń. Moje podejrzenie potwierdziło się, gdy tylko otworzyły się tam drzwi widny. Przy okazji zacząłem zastanawiać się, czy przyjazd tutaj był tak dobrym pomysłem. Pod ścianą leżał cały rząd zwłok wsadzonych do worków!
Winda natychmiast po zamknięciu się ruszyła na górę. Ktoś więc z całą pewnością podążył naszym śladem. Farshiltn es! Ani chwili spokoju. Pablo odnalazł w R+ drogę do najbliższej śluzy, by poszukać tam skafandrów dla tych, którzy jeszcze ich nie mieli, po czym ruszyliśmy w wyznaczonym kierunku. Po drodze znaleźliśmy jakieś techniczne zabawki, które Pablo zabrał, oraz mały generator. Nie wyraził nim zainteresowania, więc schowałem go do kieszeni. Nagły hałas nie pozwolił mi ocenić wartości innych przedmiotów, więc wziąłem losowe pudełko, na nieszczęście strącając inne na ziemie. Narobiłem harmidru, więc musieliśmy tym prędzej uciekać.
W ten sposób znaleźliśmy się w pomieszczeniu, gdzie prawie nadziałem się na grupę jakiś ludzi, których inni nazywali sektantami. Dwóch odeszło do innego pomieszczenia, a trzeciego Colin sprawnie ogłuszył, więc mogliśmy spokojnie zastanowić się, jak pozbyć się drani. Pod wpływem genialnego pomysłu przebrałem się w płaszcz z dużym kapturem, który miał na sobie ogłuszony i spróbowałem przejść dalej, udając ich – jak się zdawało – przywódcę.
Na nieszczęście kaptur dał, jak się okazało, zbyt mały cień i nim zdążyłem pierwszego pogłaskać taserem, oberwałem czymś mocno w nogę. Jak mówi żydowskie przysłowie dzieci straszy się diabłem, a dorosłych ludźmi. Bardzo słusznie, bowiem nie kto inny, lecz człowiek właśnie doprowadził mnie do bólu, który odebrał mi przytomność.
Gdy doszedłem do siebie, czułem przeraźliwe pieczenie całego uda. Chciało mi się wyć i zataczałem się. Po raz pierwszy też poczułem tak silną nienawiść do jakiejś grupy. Przecież ten biały psychopata mógł i chciał mnie zabić! Prawie spaliłem się żywcem! Nikt zdawał się nie zwracać na mnie uwagi, więc gdy dostrzegłem, że towarzysz sprawcy mego cierpienia wciąż żyje, dałem upust rozgoryczeniu.
Z zasady nie zabijałem i nie pochwalałem tego typu rozwiązań, ale te sukinsyny zasługiwały na przyspieszoną wycieczkę do szeolu.
Gdy podciąłem mu gardło, kątem oka dostrzegłem uśmiech na twarzy Koreańczyka i przypomniałem sobie, że przecież we własnych szeregach również mamy psychopatę. Trzeba będzie w jakiś sposób sprawić, żeby stan ten jak najprędzej uległ zmianie.
Gdy podszedłem do Pabla, by wykonać wyrok na ostatnim pozostałym przy życiu jeńcu, Latynos mnie zatrzymał. Wciąż nie mogę zapomnieć jego słów. „Aaronie, przemoc nie jest wyjściem. Nie zabijajmy go.” Serce zakłuło mnie boleśnie. Miał rację, dałem się ponieść emocjom. Nie mogąc się otrząsnąć z szoku, że zabiłem człowieka. Nieobecny duchem oddałem Pablowi swój nóż, by nikogo więcej nie skrzywdzić.
Jak się okazało słusznym było nieuśmiercanie jeńca. Dzięki niemu zdobyliśmy potężną zbroję, którą skośnooka kaleka, po krótkiej debacie i ogłuszeniu przeze mnie sektanta (nie mogłem patrzeć na jego twarz), założyła na siebie. Uważam za właściwe oddanie jej tego znaleziska. Skoro była tak nieporadna, by stracić stopę, zasługiwała na specjalną ochronę. Choć coś mówiło mi, że w sytuacji zagrożenia mogłaby poradzić sobie znacznie lepiej ode mnie. Nie podobało mi się szczerze powiedziawszy. Była przecież kobietą!
Niemal jednocześnie rozległ się alarm, że robot inżynier ma tu zaraz przybyć. Jak mnie poinstruowano, stały się one mechanicznymi mordercami, więc wypadało uciekać. Ktoś wpadł na pomysł, że robot będzie podążał za zbroją, więc wysłaliśmy niemogącą się uwolnić białogłowę w innym kierunku, poza statek. Wtedy nastąpiło pewne zamieszanie, którego przez nieznośne, nasilające się pieczenie nie ogarnąłem, ale ostatecznie skośnooka, którą dla ułatwienia będę odtąd nazywał mechem, wróciła do nas i razem wybraliśmy się do stacji oczyszczania wody, gdzie podobno znajdował się niezwykle cenny przedmiot.
Pieczenie i ból w nodze nie dawało mi się w pełni skupić, a poza tym odczuwałem bardzo silne zmęczenie, więc nie daję głowy, czy dobrze pamiętam tamtejsze wydarzenia. Byli totalnie opancerzeni żołnierze przeszukujący sterty przedmiotów. Było przekradanie się, był potężny, trójnogi mechanizm, który chciał wszystkim poodcinać głowy i dziwny dron przepalający plazmą półmetrowej grubości drzwi. Były strzały, był niepokój, strach, niedowierzanie i stany bliskie rezygnacji. Było poczucie bezsilności i nadziei wbrew nadziei. Był niemal samobójczy wypad Colina do wiszącego trójnóga. I była niezbyt wielka, czarna skrzynka, która to okazała się być celem naszej wyprawy. Tak niepozorna. Oddano mi ją, bym zaopiekował się nią podobnie, jak tabletem znalezionym przy pociągu, gdy chowaliśmy się w szafkach przed nieznajomymi. Tak, drogi pamiętniczku. Zapomniałem o tym wspomnieć, ale była taka pełna napięcia sytuacja.
Gdy wsiadaliśmy do wagonu, okazało się nagle, że jest stronnictwo na statku, które jak dotąd nie próbowało mych towarzyszy zabić w przeciwieństwie do wszystkich innych. Tam też udaliśmy się, by spróbować przehandlować skrzynkę za pomoc.
Na miejscu przywitało nas wyłączenie wszystkich turetów wycelowanych w drzwi wejściowe, co było miłym początkiem pertraktacji. Potem przez chwilę było tylko lepiej. Na środku pomieszczenia wysunął się z ziemi stolik z sześcioma filiżankami herbaty – po jednej na każdego z nas – i sześć krzeseł. Rozczulony tą gościnnością usiadłem i poczęstowałem się. W tym czasie pojawił się hologram prezentujący inną grupę ludzi, których przywitano tak samo.
Po czym turety uruchomiły się i została z nich krwawa masa.
Zakrztusiłem się. Stolik drgnął i ruszył w dół, więc odskoczyłem z obniżającej się platformy wywołując tym zwiększony ból w nodze, ale widząc, że pozostali raczej wkraczają na nią, poszedłem w ich ślady.
Na dole kazano nam oddać broń, co przywitałem z bólem serca, bowiem nie miałem jeszcze możliwości przetestowania tasera po małej operacji, jaką na nim wykonałem. Ale cóż, jeśli trzech ludzi powie ci, że jesteś pijany, nie kłuć się. Idź spać. Tego też z całego serca teraz pragnąłem.
Po oddaniu broni pokój zaczął skanować, czy nic nie ukryliśmy. Ku mojemu przerażeniu poinformował nas, że coś wykrył i rozpoczyna proces wpuszczania neurotoksyn! Drgawki, konwulsje i problemy z oddechem nie były miłą wizją przyszłości, więc krzyknąłem.
I wtedy ze śmiechem wyszedł nam na spotkanie jakiś grubas. Wyraziłem dezaprobatę w kwestii jego poczucia humoru, a on zaprowadził nas do szefowej. Przyjęli skrzynkę i chwilę później usłyszałem informację, która niemal zwaliła mnie z nóg i zakłóciła koncentrację w czasie dalszych rozmów na temat wyprawy do Ahmadana, oraz opieki medycznej i snu których się domagałem. Nawet chwilowe pojawienie się bohatera, który zmienił kurs statku, nie wyrwało mnie z amoku.
Kobieta twierdziła, że byliśmy uśpieni nie przez pięćdziesiąt, a całe tysiące lat.

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Tue Jan 26, 2016 10:50 am

Tubylcom udało się odszyfrować kolejne dane z Dioscurusa 2, a więc dzieje się, pamiętniczku. Oj, dzieje się. Bohaterem dwóch nagrań, jakie udało im się odtworzyć, był geolog o nazwisku Druś. Pierwsze pokazywało jego wybudzenie, a drugie jakąś naradę i jego rozmowę z kobietą dowodzącą ekspedycją. Nagranie niestety skierowane było na rozmawiającą parę, podczas gdy naprawdę interesujące rzeczy miały miejsce na zewnątrz. Dowiedzieliśmy się jednego – na Euphirze, zwanej też Euforią, coś bardzo go zaskoczyło.
Galix – ten gburowaty człowiek o chorym poczuciu humoru, który nas uprzednio przywitał – zaprowadził nas następnie do korytarza z biedaposłaniami. Część mnie chciała się buntować na obecne warunki, ale zdawałem sobie sprawę, że jeśli będę się teraz awanturować, zamiast spać, to może nie prześpię się w ogóle, a zbyt mi na tym zależało. Jakiś czas po jego wyjściu przyszedł porozmawiać z nami niejaki Albert. Okazało się, że Czarna Twierdza chce lecieć na Euphirę i nawet skorygowała kurs ekspedycji tak, by statek podążał w jej stronę. To by tłumaczyło obecność bohatera, który zdaje się był przez kogoś nazwany Derekiem. W końcu to on zmieniał kierunek naszego lotu, gdy go ostatnio widzieliśmy. Pewnie współpracowali.
Albert nie chciał nam ani zapewnić opieki medycznej, ani dać ekwipunku, ale powiedział nam za to, gdzie można taki znaleźć eliminując zdrajcę o imieniu Nikita, który ten ekwipunek porwał. Twierdza znała przybliżone miejsce jego pobytu.
Pablo ku memu lekkiemu zaskoczeniu zrobił się strasznie marudny od naszego przybycia tutaj. Zaczął robić jakieś problemy i gdy zostaliśmy sami, zajął się zwiedzaniem na własną rękę pomieszczeń, do których nie mogliśmy, ale mieliśmy możliwość jakoś się przedostać. Odwróciłem się więc końcem pleców do reszty i zapadłem w mocny sen. Jeśli chcą umierać, proszę bardzo. Ja spałem, więc Twierdza będzie wiedziała, że nie działałem przeciwko niej.
Miejsce, gdzie według naszych informacji zaszył się Nikita, wyglądało na opuszczone, jednak dzięki kilku godzinom snu czułem się o wiele lepiej i pewniej, niż podpowiadałby rozsądek. Drzwi do pomieszczenia, w którym oczekiwaliśmy zastać nasz cel, były szczelnie zamknięte, a obsługujący je generator energii zepsuty. Ktoś rzucił pomysłem wpuszczenia do środka trującego gazu, co było niedopuszczalne, więc jak mogłem sprzeciwiałem się takiemu rozwiązaniu, ale na szczęście mimo mojego kilkukrotnego upewniania się, czy nikt nie bierze tego pod uwagę, pomysł został odrzucony z powodu braku odpowiedniej substancji i możliwości umieszczenia jej wewnątrz.
R+ tym czasem pokazał Pablowi drugie wejście do sali, więc przeszliśmy sprawdzić, czy również jest nieaktywne. Nagle za rogiem Colin dostrzegł coś dziwnego, a Castor potwierdził, że w poprzek korytarza znajdują się laserowe czujniki, na co Wietnamczyk zareagował rzucając w jeden z laserów naszyjnikiem. Przelatujący przedmiot zdetonował granat raniąc naszego szponiastego przyjaciela, czego było już za wiele. Potraktowałem więc Chińczyka prądem, ale ku mojemu zaskoczeniu taser eksplodował mi boleśnie w ręku.
Tyle dobrze, że uniknąłem odruchowo jego ciosu w twarz, bo mogłoby się to skończyć bardzo nieprzyjemnie.
Jako że stałem się bezbronny, poprosiłem Pabla, by oddał mi mój nóż. No cóż, bronić się czymś trzeba. Potem ten mocarz intelektu i najrozsądniejszy osobnik w naszej grupie naprawił generator i mogliśmy wejść do środka.
Sala była duża. Stały w niej wielkie regały pełne rupieci. Colin ostrożnie ruszył zbadać sytuację, a ja podszedłem do pierwszego regału, by pchnąć go, gdyby coś się stało. Jeśli wróg krył się za półkami, które najpewniej runą jak domino, to będzie po nim.
Nagle padł strzał. Pchnąłem więc półkę z całej siły i pomknąłem wzdłuż przewracającego się szpaleru. Gdy domino zatrzymało się tuż przed miejscem, z którego padały strzały, w duchu zawyłem z bólu. Rzuciłem się znów na półki, co nie odniosło jednak skutku. I całe szczęście, bo jak po chwili do mnie dotarło, gdybym jakąś ruszył, inne poleciałyby na mnie kończąc mój żywot.
Czym prędzej przeturlałem się do końca na drugą stronę.
Gdy dotarłem do agresora, leżał nieprzytomny, a Colin chciał wbić mu pazury w głowę. Próbowałem przekonać go, że wystarczy połamać mu kończyny i nie będzie nam więcej zagrażał, ale nie chciał słuchać. Poprosiłem go więc, żeby chociaż użył humanitarnej metody i posłużył się moim nożem, co też na szczęście zrobił.
Wysłałem zdjęcie zwłok Albertowi, aby upewnić się, czy był to nasz cel i odetchnąłem z ulgą. Trup przede mną był poszukiwanym przez nas Nikitą, więc wiedziałem, że przynajmniej zasłużył na śmierć.
W pomieszczeniu znalazłem trzy latarki, sensor podczerwieni, granta i amunicję do niego, dwa nanożele (z jednego skrzętnie skorzystałem, choć trochę zmniejszyło to ból oparzenia), oraz – co najbardziej mnie ucieszyło – pudło z substancjami, z których będę mógł zrobić leki i inne przydatne rzeczy! Rozdysponowałem przedmioty tak, jak wydawało mi się najrozsądniej, po czym zająłem się obserwacją zdarzeń. W międzyczasie Pablo wskoczył do stojącego pod ścianą mecha, uprzedzając o ułamki sekundy Japońca, który chciał w odpowiedzi zniszczyć mecha z naszym technikiem w środku. Gdy go powstrzymaliśmy, Pablo odważył się wyjść i ukradkiem podał mi kartę aktywującą maszynę, by przypadkiem Koreańczyk nie zwinął mu jej z kieszeni.
Do Czarnej Twierdzy wróciliśmy jako zwycięzcy. Albert mianował nas oficjalnie na członków organizacji. Powiedział też jednak coś dziwnego. Według niego to przeze mnie kapitan został zamknięty, a Lebega dostał się do władzy. Co za bezczelność! No ale był naszym pracodawcą, więc musiałem mu to zapomnieć. Na razie.
Podczas dalszej rozmowy działo się dużo polityki, czego za bardzo nie ogarniam. Wiem, że wymieniłem kartę od mecha na implant, który pozwalał nim kierować. Wiem również, że Pablowi nie podobał się pomysł stałego kontaktu z Albertem. No i wiem, że jedziemy właśnie windą do Ahmadana, żeby porozmawiać z jakimś Oliverem Ostlerem.
Kiedy zajechaliśmy na miejsce, okazało się, że nie ma tam ciśnienia, więc musimy paradować w zamkniętych szczelnie skafandrach. Ponadto wszędzie w korytarzach pełno było jakiś kolorowych brył geometrycznych o krawędziach ostrzejszych od żyletek. Blokowały one prawie całkowicie korytarz, którym chcieliśmy iść. Między nimi znajdowała się jedynie dość wąska dziura.
Wyszło tak, że zostałem przez nią przetransportowany na drugą stronę jako czujka. Na początku szło dobrze. Znalazłem pokój z dziwną, nienaturalną rzeźbą z kolorowych figur. Potem jednak, gdy badałem inne pomieszczenie, jakaś czarna kula wypuściła macki i zniknęła.
Rzuciłem się rozpaczliwie do ucieczki tylko po to, by po chwili zdać sobie sprawę, że uszło ze mnie całe powietrze. Skafander musiał ulec rozcięciu.
Nie był to jednak mój koniec. Z czyjąś pomocą dotarłem do windy, gdzie mogłem znów zaznać tlenu i skąd nie zamierzałem się ruszać, aż pozostali załatwią, co chcą załatwić. Ja straciłem wszelki zapał do tego miejsca. Zareagowałem tylko protestując, gdy Pablo chciał odciąć dostęp Czarnej Twierdzy.
I siedziałem.
A towarzysze wysyłali na mój kanał R+ coraz to nowsze obrazy.

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Tue Jan 26, 2016 11:00 am

Drogi pamiętniczku, co się raz zobaczyło, tego nie da się odzobaczyć. A ja w tamtych chwilach widziałem wiele. Widziałem hologram mężczyzny z głową na wpół ogoloną, z którym rozmawiali moi towarzysze z przypadku. Widziałem planetę, do której się zbliżaliśmy. Widziałem potężną eksplozję w pierścieniu mieszkalnym i niezliczone chmary trójnogów lecących w jego stronę.
I wtedy zdałem sobie sprawę, że tego akurat nie widzę w R+, a przez oszkloną ścianę windy.
Nie wiem dlaczego, ale nawiedził mnie w tym właśnie momencie przebłysk z wydarzeń tuż przed tym, jak trafiłem do celi. Bezbronny kapitan, otoczony przez trzech niebezpiecznych mężczyzn, którzy chcieli się go pozbyć. I ja stojący obok prawowitego kierownika wyprawy, wierny do końca. Jeden z nich zaatakował, więc zasłoniłem kapitana nożem, który powstrzymał agresję w stosunku do mego mocodawcy. Zaraz jednak dwaj pozostali schwytali mnie i wśród krzyków oddali pod eskortę jakimś żołnierzom. Nim straciłem kontakt ze światem na długi czas, usłyszałem jeszcze wiadomości w R+. Głosiły, że kapitan rozkazał swemu podwładnemu zabić starszego oficera. Było to jednak kłamstwo zupełnie wyssane z palca. Kłamstwo! Nikt przecież nie zginął, a poza tym kapitan czekał jedynie w ciszy, niczym baranek prowadzony na rzeź, aż dopadną go te wściekłe wilczury. Kto wie, co stałoby się z nim, gdyby nie ja.
Ale Albert co do jednego miał rację. Wykorzystano przeinaczone fakty z mojej historii, by poprzez jeden wielki fałsz przekazać władzę dyktatorowi.
Nagle zapaliła się konsolka, że ktoś wezwał moją windę. Czym prędzej wcisnąłem losowy guzik, by pojechała gdzie indziej. Zaraz jednak dotarło do mnie, że to nie było ani mądre, ani sensowne, ani bezpieczne. Na szczęście nic się nie stało i udało mi się bez problemów wrócić i zabezpieczyć windę blokując jej przejście do śluzy.
Po dłuższym czasie dostałem wiadomość od kogoś, kto podpisany był Katsuo. Zaintrygowany otworzyłem ją, co sprawiło, że przeszył mnie dreszcz. Było to zdjęcie przedstawiające więcej wielobarwnych wielokątów i zrozumiałem, że to przeklęty żółtek był nadawcą. Odesłałem mu więc międzynarodowy gest przyjaźni. Gdy przyszła do mnie następna wiadomość już miałem ją wyrzucić bez przeczytania, ale zorientowałem się, że dla odmiany jest od Pabla. Również zawierała zdjęcie, tylko że zmizerniałego ciała narkomana pozbawionego głowy i drobinek krwi zastygłych wokół niego w powietrzu. Zdjęcia w podczerwieni i ultrafiolecie pozwoliły mi ustalić, że umarł niezbyt dawno, bo nie zdążył całkiem wystygnąć, o czym wiedzę przekazałem w odpowiedzi technikowi.
Dość niedługo potem przyszedł do mnie Colin. Jedyny rozsądny człowiek, który podzielał moje zdanie, by uciekać jak najdalej od tego miejsca. I przyniósł dla mnie nowy skafander! Opowiedział mi co się działo, a także że widział coś, co było zakryte przed wzrokiem pozostałych. Stawiało go to  między szaleńcami, ale nie było niebezpieczne.
Wszystko byłoby dobrze, tylko że zanim obraliśmy kurs na Czarną Twierdzę, wysiadł wszelki R+, a w tym panel kontrolny windy. Gdy zdecydowaliśmy się otworzyć ją ręcznie, po drugiej stronie oczom naszym ukazała się trójka, która kombinowała, jak dotrzeć do Ahmadana. Chyba też zmienili zdanie i chcieli uciekać, bo obecnie mieliśmy szukać wyjścia w przestrzeń kosmiczną.
Gdy szliśmy, nasz korytarz nagle zaczął przypominać coraz bardziej, stopniowo, kolorowe figury przypominające fraktale.
Na końcu tego tajemniczego korytarza znajdowała się wielka komnata z kwadratowym oknem, przez które widać było Euphirę w oddali. Przed oknem zaś, na samym środku gigantycznej przestrzeni, lewitował duży, fraktalowy sześcian.
Wietnamiec oczywiście musiał zrobić coś głupiego i rzucił w niego naszyjnikiem, po czym podleciał, aby go odzyskać. Nie patrzyłem dalej, co robi. Wiedziałem, że skończy się to źle, więc rzuciłem się rozpaczliwie w stronę okna wzdłuż ściany.
W przeciągu najbliższego pół minuty otarłem się o śmierć pod nożami trójnoga, widziałem niezliczone twarze w sześcianie centralnym i pragnąc znaleźć się jak najdalej wyleciałem najszybciej jak się dało w kosmos. Nie oglądając się za siebie ruszyłem do stacji kosmicznej, której zdjęcia mi przedtem pokazywali. Może tam była szansa, by przeżyć.
Nie ukrywam, że trochę raźniej mi się zrobiło, jak odkryłem, że inni polecieli za mną. Gdy dotarliśmy na miejsce, Colin i Castor zaczęli badać korytarze za jakimiś lekko zdeformowanymi drzwiami, a ja znalazłem dziewięć plecaków odrzutowych, których składaniem zająłem się pod kierownictwem i przy współpracy Pabla.
Gdy byliśmy w połowie zmontowania drugiego, usłyszeliśmy informację od Castora, że są tu żądne krwi drony. Podniosłem wzrok i zobaczyłem dwa z nich lecące w naszą stronę dwoma z czterech korytarzy, więc rzucając wszystko pomknąłem w stronę wolnego.
Niestety okazało się, że nie był on wolny, a gdybym wyhamował, poszatkowałyby mnie pociskami, więc przyspieszyłem jeszcze bardziej i pomknąłem, by odsunąć od siebie lufy lecącego na mnie robota. Udało mi się do niego nawet przykleić, co dawało mi bezpieczną pozycję, dopóki mnie nie zrzuci.
Po kilkunastu sekundach, podczas których dron strzelał na oślep, ujrzałem nóż plazmowy lecący w moją stronę.
I niestety zwolniłem chwyt jednej ręki, by go złapać.
Zaraz potem dostrzegłem lufy tuż przy mojej twarzy.
I wtedy, drogi pamiętniczku, umarłem.


Last edited by grzymislaw on Tue Jan 26, 2016 1:42 pm; edited 1 time in total

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Tue Jan 26, 2016 11:13 am

[meldunek 4]
Wypadły na nas zbyt nagle. Ledwie otworzyliśmy czółno. Lukas jest w ciężkim stanie. Całe szczęście, że niemal natychmiast zareagowałem zamykając wejście, bo zginąłby na miejscu. Udzieliłem mu pierwszej pomocy, ale będzie potrzebował operacji. Próbuję obserwować, co dzieje się na zewnątrz.

[meldunek 5]
Drony zniknęły. Wyszedłem więc, by poszukać konsoli stacji, ale niemal od razu natknąłem się na kobietę w potężnej, bojowej zbroi. Okazało się, że jest tu już czwórka ludzi pracujących dla Czarnej Twierdzy. Co mnie zaskoczyło, są otwarci na rozmowę i gotowi do prowadzenia pertraktacji z tymi zasrańcami, dla których pracują. Może jest to szansa porozumienia…

[prywatny komentarz]
Zabiłem brata. Rozmawiałem z jakimiś śmieciami, gdy jego stan się pogarszał, a potem zawiodłem przy stole operacyjnym. Zajmowałem się drobiazgami, gdy on tu powoli umierał, a potem sam go dobiłem. Julie została przeze mnie wdową, a Johannes częściowym sierotą. Jestem Kainem. Jestem bratobójcą. Popełniłem najgorszy czyn, jaki można sobie wyobrazić. Jestem mordercą. Ojcem morderstwa. Jestem Kainem. Będę nosił to znamię do śmierci. Będą patrzeć na mnie jak na potwora i będą mieli rację. Zrobiłem rzecz niewybaczalną. Lukasie, błagam, wybacz mi, bo ja nigdy sobie nie wybaczę. Jak mam to powiedzieć twojej żonie?

[prywatny komentarz]
Już szczerze nienawidzę  Chińczyka, którego reszta jego grupy kazała mi ignorować. Bez przerwy rzuca komentarze na temat Lucasa. Jeszcze raz, a zabiję go na miejscu jak psa.

[meldunek 6]
Serwer Amalthei przejęty.
Stan satelit:
1 – Nie odpowiada
2 – Brak sygnału z sensorów
3 – Analiza spektrograficzna zwróciła zaskakujące wyniki. Na Euphirze poza kilkoma skupiskami o stałym rdzeniu nie występuje tlen.
Pozostałe 21 satelit jest odłączone, bądź uległo destrukcji.
Dane z komputera pokładowego:
Wszystko wskazuje na to, że Euphira rzeczywiście nadawała się do kolonizacji, jednak po stu latach od pobrania przez satelitę pierwszych danych o jej stanie, nagle w bardzo krótkim czasie prawie cały tlen został przekształcony w dwutlenek węgla. Stąd wielkie stężenie węgla w atmosferze. Wygląda to również tak, jakby to ludzie byli odpowiedzialni za te wydarzenia… W załączniku przesyłam dane w takiej formie, w jakiej były oryginalnie.

[meldunek 7]
Po dłuższych pertraktacjach dałem się namówić, by wziąć udział w szalonej misji zdobycia jakiś informacji. Podobno mogą umożliwić pozbycie się Ahmadana. Skoro planeta nie nadaje się do zamieszkania, jest to nasza jedyna szansa na normalne życie. Stan Lucasa nie stoi na przeszkodzie, ponieważ zmarł podczas próby zoperowania. Proszę nie mówić Julie, sam jej to przekażę…

[meldunek 8]
W pierścieniu administracyjnym podszywając się pod oficera zdobyłem dostęp do monitoringu i upewniwszy się o bezpieczeństwie zatrzymałem czółno przy wybitym oknie. Kosztowało mnie to trzaskacz „Ich bin ein Offizier”, ale wolałem nie ryzykować utraty agentów. Czekam, jakich danych dostarczą mi moi towarzysze wyprawy.

[meldunek 9]
Otwieram stałe połączenie. To, co widzicie, to wizualizacja w R+ dostępna w apartamencie kapitańskim.

[prywatny komentarz]
Futurystyczne miasto… Co ludzie żyjący w takim miejscu wiedzą o życiu? Co wiedzą o dżungli, stacjonowaniu w ukrytej bazie, ciągłym udoskonalaniu systemów bezpieczeństwa, od których zależy życie wielu i powodzenie misji? Co wiedzą o wszechobecnej krwi i strzępach kończyn przyjaciół, które musisz opatrzeć jak najszybciej, zamiast jak najlepiej i prowadzić ze sobą, gdy chciałoby się wezwać helikopter medyczny?
Fontanna na środku pomieszczenia… Byliśmy gotowi zabić dla dostępu do brudnego strumyczka, w którym więcej było błota, niż wody. Zabijałem, ale nie byłem wtedy mordercą.
Nie byłem jeszcze Kainem.

[meldunek 10]
Nie wiem, czy orientujecie się dość dobrze w sytuacji. Mężczyzna z projekcji to Oliver Ostler, genialny informatyk. Zawsze stawiali nam go za przykład pod względem zdolności komputerowych, gdy pracowałem dla wojska, ale moi przełożeni mówili wprost, że baliby się go zatrudnić. Zresztą chyba nigdy tego nie chciał. Zaginął zaraz po przejęciu władzy przez Lebegę przy serwerze głównym Ahmadana.

[meldunek 11]
Kto się teraz pojawił chyba nie muszę mówić. Noblista, główny konstruktor Dioscurusa.
Jeśli widzieliście gdzieś już taki sześcian, proszę o informację zwrotną. Postaram się zdobyć zawarty w nim program, ale jeśli gdzieś pojawiło się już coś takiego, chciałbym to wiedzieć.

[prywatny komentarz]
Wirus, który mógłby wykończyć Ahmadana? To byłoby zbyt piękne. Muszę go przeanalizować. Podobnie jak ten komputer kultysty, który mi dali.

[meldunek 12]
Mogłem spodziewać się, że coś pójdzie nie tak, gdy staruszek zaczął nakłaniać nas do poddania się obcięciu głowy. Gdy tylko skończył, na Pabla i jego kumpli wypadły trzy androidy. Jednego udało mi się przejąć, ale drugi zaraz go odłączył. W tym czasie ekspedycja badawcza przykleiła się do kadłuba czółna, więc ruszyłem czym prędzej, bo tym czasem trzeci wymierzył do mnie z broni jądrowej. Spróbowałem go zestrzelić turretem, ale nie trafiłem. Nie było czasu próbować powtórnie, na pełnej mocy silnika wycofałem się w przestrzeń kosmiczną. Po chwili wielka eksplozja rozerwała całe pomieszczenie i jego okolice – podobna do tej wcześniejszej w pierścieniu mieszkalnym – po czym ruszyła w jego stronę chmara trójnogów. Możliwe, że widać je od Was.

[meldunek 13]
Nie wiem, czy przeżyję. Spaliłem komputer kultystów próbując odwołać trójnogi. Zamiast do pierścienia lecą prosto na nas. Jeśli nie wrócę, proszę zaopiekować się Julie, Clarą i Norą. Johannes da sobie radę, jest dobry w tym co robi.
Zwłaszcza Norą. I uważajcie, żeby ten zdradliwy Randal nie skrzywdził Clary. Proszę przekazać im obu, że je kocham.

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Thu Jan 28, 2016 1:40 am

[meldunek 14]
Udało mi się zostawić trójnogi w tyle, ale generator się spalił. Całe szczęście, że jeden z napotkanych przeze mnie ludzi był technikiem, bo po dekompresji kabiny, która umożliwiła zobaczenie czegokolwiek w czółnie, udało mu się naprawić generator i możemy lecieć dalej. W międzyczasie coś mocno w nas uderzyło, boję się najgorszego.

[prywatny komentarz]
Ten przeklęty Chińczyk ma szczęście, że z fotelu pilota tak ciężko porządnie wycelować. Następnym razem będą zbierali jego części z podłogi.

[meldunek 15]
Jeden z napotkanych przeze mnie ludzi wyszedł na kadłub i zbadał sytuację. Wydaje się, że prawdopodobnie jesteśmy czyści, ale dopóki się nie upewnię, będę trzymał się z dala od bazy. Gdy wrócę, proszę Was o natychmiastowe pojmanie Chińczyka, który leci z nami. Poznacie go bez trudu, to jedyny żółtoskóry mężczyzna w tym gronie. Jest niebezpiecznym psychopatą. Lecę szukać kawałka powłoki statku, który posłuży nam za zwierciadło do sprawdzenia, czy żaden trójnóg na nas nie siedzi. Zaczynam być dobrej myśli, bo do tej pory najpewniej już wykroiłby sobie otwór w ścianie i nas wymordował.

[meldunek 16]
Jesteśmy czyści, wracam. Pamiętajcie o Chińczyku. Obstawcie lądowisko.

[prywatny komentarz]
To dla mnie zbyt dużo. Boję się o Norę. Widok zwłok stryja musiał bardzo mocno odbić się w jej psychice. Najlepszym dowodem jest, że niewiele brakowało, a spadłaby za krawędź kei. Julie mnie nienawidzi, co jest całkowicie zrozumiałe. Zupełnie słusznie obwinia Kaina. Bratobójcę. W ogóle nie dziwię się też Johannesowi, że chciał mnie pobić. W końcu zamordowałem mu ojca. I ja mam być autorytetem dla Clary? W ogóle nie dziwię się, że ucieka z tym śmieciem Randalem. Przynajmniej nie jest mordercą. Ale musi zrozumieć, że i dla nich i dla ich dziecka najlepiej będzie, jeśli nie będą opuszczać obozu! Zwłaszcza że natknęli się na prawdopodobny obóz sektantów. Musimy być w pełni gotowi na ich atak!

[prywatny komentarz]
Nie jestem godny, by przebywać z tymi dobrymi, niewinnymi ludźmi w obozie. Jaki daję przykład dzieciom i podwładnym? Powinni mnie rozstrzelać, a nie słuchać. Suka z Czarnej Twierdzy w końcu chce ze mną pertraktować. To doskonały powód, by wyjść stąd i zatopić się w odpokutowywaniu win. Jeśli uda mi się dojść z nią do porozumienia przynajmniej zrobię coś dobrego. Choć nawet to nie zmyje znamienia.

[prywatny komentarz]
Nasz technik zamontował Chińczykowi cybernetyczne ręce. Coś strasznego… W tym czasie wraz z Pablem, który pomógł mi odszukać córkę, wprowadziliśmy pewne zmiany w wyposarzeniu przed wyruszeniem na pertraktacje.

[meldunek 17]
Wstępnie można powiedzieć, że doszedłem do względnego porozumienia z Czarną Twierdzą. Razem ze mną przyjdzie z powrotem człowiek, który oceni stan czółen. Oni wyłączą turrety, a my odstąpimy im jedno z nich. Będziemy musieli lecieć w dwóch turach, ale przynajmniej dolecimy. Gdybym nie wrócił, umowa przestaje obowiązywać, a każdego obcego zbliżającego się do obozu należy zabić.

[meldunek 18]
Przeanalizowałem kod źródłowy wirusa, który znajduje się w posiadaniu Pabla Gonzaleza. Za nic w świecie, pod żadnym pozorem nie można dopuścić do śmierci tego człowieka! Jest jedyną osobą, która może zainfekować coś tym programem, a sam program działa jak prawdziwy wirus. Zaraża jednego trójnoga, który szuka następnych, aby przekazać go dalej. Ostatecznie kieruje wszystkie do Ahmadana, którego są w stanie odłączyć! Jest szansa na pokonanie go!

[meldunek 19]
Nieprawdopodobne! Czarna Twierdza najprawdopodobniej nigdy nie istniała! To jedna z przykrywek, pod którą działali sektanci, sama Renata była jedną z nich! Chcieli przeprowadzić zamach na życie Pabla i nawiązała się strzelanina. Jeden z jego towarzyszy poległ. Niewiele brakowało, a ja poszedłbym w jego ślady. Sektanci będą starali się za wszelką cenę zabić Gonzaleza, a w naszym największym interesie jest do tego nie dopuścić. Przynajmniej dopóki nie zarazi trójnogów. Nie muszę chyba pisać, że jeśli pojawi się ktoś obcy (Pabla należy traktować jako WIELKIEGO sojusznika), trzeba go zabić bez ostrzeżenia. Mam na myśli sektantów, oraz ewentualnego „specjalistę z Czarnej Twierdzy”. Jestem pewny, że jego celem nie miało być zdiagnozowanie stanu czółen, ale ich uszkodzenie!

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by grzymislaw on Thu Feb 04, 2016 1:45 am

[prywatny komentarz]
Suka nie żyje. Jej perfidna twarz pełna obrzydliwości, pogardy i wszelkiego zepsucia stopiła się na miejscu razem z czaszką. Nie mogę powiedzieć, żeby zniesmaczył mnie ten widok, albo ucieszył. Chyba nie potrafię już odczuwać normalnych emocji. Wiem, że czuję satysfakcję, że taki los ją spotkał.

[wiadomość od: Clifton Jordan]
Tu kapitan, żyję. Czy ktoś mógłby mnie stąd wypuścić?

[wiadomość do: Clifton Jordan]
Kapitanie, gdzie jesteś?

[wiadomość od: Clifton Jordan]
W jakimś ciemnym pomieszczeniu, więcej nie wiem.

[wiadomość do: Clifton Jordan]
Kapitanie, proszę poczekać, ktoś nas podsłuchuje.

[wiadomość od: John]
Iben, pod obozem stoją uchodźcy z pierścienia mieszkalnego. Są wśród nich kobiety i dzieci, przesyłam zdjęcie. Co robić? Wpuścić ich?

[wiadomość do: John]
Nie wpuszczać. To może być dywersja. Jeśli zaatakują obóz od wewnątrz, nie będziecie mieli szans. Wystrzelają Was jak kaczki. Nasze rodziny zginą, John.

[wiadomość od: John]
Zrozumiałem…

[wiadomość do: Clifton Jordan]
Kapitanie, tu znowu ja. Jeszcze chwila…

[wiadomość do: Clifton Jordan]
Linia jest czysta, możemy rozmawiać. Mógłbyś wysłać mi jakieś współrzędne?

[wiadomość od: Clifton Jordan]
Jest tylko numer pokoju. 4-21-16-1. Powinniście chyba wiedzieć, że ktoś inny podobno też tutaj idzie.

[wiadomość do: Clifton Jordan]
Rozumiem. Numer wystarczy. Ruszamy natychmiast.

[prywatny komentarz]
John, nie ma innego wyjścia, naprawdę nie możemy pomóc tym ludziom.
Nie możemy prawda Lucas? Tobie mogłem pomóc i nie zrobiłem tego. Zabiłem Cię własnymi rękami. Ja, Kain. Dlaczego miałbym pomagać obcym uciekinierom z pierścienia mieszkalnego, kiedy nie pomogłem własnemu bratu? Już tylko nasze rodziny zostały. Tylko one się liczą. Nora, Clara, Julie, Johannes… Kocham ich za nas obu, a oni, z wyjątkiem Nory, słusznie mnie nienawidzą. Niech znienawidzą mnie również ci uchodźcy, nie obchodzi mnie to. Widziałem ich – kobiety i dzieci, które najpewniej skazuję na śmierć. Ale również podejrzani mężczyźni wyglądający na zdolnych do zabijania. I jeden intrygujący astronauta… Niech będę niczym mój pierwowzór – pogardzany przez społeczeństwo. Ale muszę zapewnić bezpieczeństwo naszym najbliższym, kochany Ablu.

Zyskać wsparcie kapitana, tego nam właśnie teraz trzeba. Z jego poziomem autoryzacji i autorytetem nawet Lebega będzie musiał nas traktować poważnie. Tylko droga prowadzi koło doków. No cóż, trzeba będzie przedostać się niezauważonym przez uchodźców.

Trupy w workach. Bez głów. Pięćdziesiąt trupów, tak jak się spodziewałem. Wiedziałem, że to się tak skończy, więc dlaczego teraz, gdy już się stało, czuję tą dziwną pustkę?

Całe szczęście, że android wyrwał mnie z otumanienia. Mówił coś do mnie, zamiast atakować. Sam dał mi przewagę. Jednak ręce zbyt mi się trzęsły i chybiłem, a gdy odzyskałem przytomność, leżał już na ziemi z urwaną głową.

Zabawne. Ufają mi na tyle, że oddali mi bez dyskusji swoje soczewki z dostępem do R+. Widzieli jak zabijam brata, a mimo to darzą mnie takim zaufaniem. Nawet Katsuo, którego nie zabiłem tylko przez to, że miałem pecha i kilkukrotnie nie trafiłem. Co to za ludzie? Czy oni w ogóle nie mają sumienia?

Banita… Mogłem się tego spodziewać, więc czemu mnie to dziwi.

Dotarliśmy niemal pod pomieszczenie, w którym zamknięty jest kapitan. Przez chwilę było słychać jakieś głosy, ale ich właściciele odeszli. To ten moment!

[wiadomość do: Clifton Jordan]
Kapitanie, jestem po drugiej stronie drzwi.

[wiadomość od: Clifton Jordan]
A ja po tej. Ale są zamknięte.

[wiadomość do: Clifton Jordan]
Chwila…

[prywatny komentarz]
Odwrót, szybka ewakuacja i mamy kapitana. Tylko za nic nie mogę pojąć co to za dziwna ścieżka dźwiękowa, która włączyła się po włamaniu do serwera. „Derek_theme.mp3”, co to niby ma znaczyć?

W sektorze filtracji wody podobno jest możliwość złapania drona, który naprawia trójnogi. Jest tylko jeden problem. Musimy zdobyć skafandry. Jedyne znane miejsce z którego moglibyśmy je wziąć, to mój obóz.
Więc to nieuniknione.

Nikt nie odbiera. Moja córka, moja mała córeczka, również rozłączyła się, gdy z nią rozmawiałem. Ale czy zasługuję na coś więcej? Odtąd muszę robić wszystko, by umożliwić Pablowi realizację jego zadania. Nic innego już zrobić nie mogę. Unieszkodliwiając Ahmadana choć w drobnym stopniu odpokutuję przynajmniej część swego grzechu.

Clifton otworzył drzwi do obozu, a jego autorytet skłonił Johna do wydania nam tego, czego potrzebowaliśmy. Ale wzrok, którym na mnie patrzył był gorszą torturą, niż widok worków ze zwłokami. John, zrozum, że działam dla dobra nas wszystkich! Cały czas chcę jak najlepiej dla naszych rodzin! Lucas, proszę, powiedz mu to!

Jakiś bandyta próbował nas zatrzymać i ograbić podczas wychodzenia z pociągu, ale na szczęście powstrzymał go autorytet kapitana. Przeszliśmy do samego sektora filtracji wody, dawnego Obozu Wolnych, gdzie udało mi się dostać do monitoringu. Coś poruszyło się w okrągłym pomieszczeniu na skraju obszaru przejętego przeze mnie serwera. Idziemy właśnie to sprawdzić.

Trójnóg!

Niewiele brakowało, a zabiłby Pabla, ale udało nam się przekraść do pomieszczenia pełnego dysków z osobowościami martwych członków ekspedycji. Musimy tylko zainfekować wszystkie wirusem…

Udało się! Wirus puszczony w obieg!

[wiadomość od: Lebega]
Radosna wieść. Trójnogi przestały atakować ludzi! Możemy bezpiecznie przedostać się do statków, którymi opuścimy sen przeklęty, rozpadający się złom. Zapewniam, że najbardziej nadający się do kolonizacji ludzie już w krótce znajdą się na Euphirze.

[prywatny komentarz]
Znajdą się w dupie. Nigdzie nie wejdziesz, sukinsynu. Nasi cię nie wpuszczą.

Dotarliśmy do mostka kapitańskiego. Sprawdziłem jego bezpieczeństwo i niezawodność, żeby Clifton mógł nadać swój komunikat.

[wiadomość od: Clifton Jordan]
Mówi kapitan. To, co powiedział Lebega, jest prawdą. Trójnogi nie atakują już ludzi, lecz poleciały rozebrać Ahmadana. Nie jest to jednak przypadek, a efekt działania grupy ludzi, którzy obecnie mi towarzyszą. Apeluję do Was wszystkich – w dokach, w pierścieniu mieszkalnym, a nawet do Was, którzy wspierali maszyny. Zaniechajmy walki. Współpracujmy, by uratować nas wszystkich.
{notka od autora: zgodność z oryginalną przemową niepewna}

[prywatny komentarz]
Ahmadan? Czemu podłączył się do panelu, ale nic nie zrobił? Co on kombinuje?

Astronauta. Ten sam. Patrzy na mnie, ale nie widzę jego oczu. Nie ma ich. Nie ma twarzy. Pokazuje coś, wskaźnik paliwa.
Antymateria!
Reaktor jest niestabilny, może wylecieć w powietrze w każdej chwili, a jego eksplozja będzie tak wielka, że uszkodzić może nawet planetę…

[wiadomość od: John]
Iben! Lebega wdarł się ze swoimi ludźmi do obozu! Mają Clarę, Norę i wszystkich! Zabrali jedno czółno i polecieli na Euphirę. Tom zamknął się w drugim i grozi wysadzeniem. Nie wpuścili nikogo z naszych. Tylko swoich nadętych bufonów… Chodź tu jak najszybciej!

[bezpośredni zapis myśli]
Już pędzę, John! O matko, ale jak? Jakim cudem sukinsyn dostał się do obozu? Przecież był tak dobrze strzeżony. Ilu ludzi zginęło w jego obronie? Iben nie myśl o tym! Jesteś Kainem, jesteś mordercą, bratobójcą, nie możesz przejmować się śmiercią ludzi. Clara i Nora żyją, to jest ważne. Inaczej John nie wspominałby, że dranie Lebegi je mają.
O Boże, ale jak mają…?
Szybciej, Iben, biegnij szybciej! Jeszcze trochę! Mierzą do mnie? A weźcie sobie tą broń, nie jest mi potrzebna, muszę chronić moje córki! John! Tylko spróbujcie go drasnąć, skurwysyny! Zabić Toma, zwyrodnialcu? Jasne, dajcie mi tylko pistolet, to tak go zabiję, że do końca życia popamiętacie. Zwłaszcza, że nie potrwa ono długo.
Nora! Ty kurwo, zostaw moją córkę w spokoju! Niech no coś jej się stanie, a osobiście powyrywam ci paznokcie i będę odkrajał palce kawałek po kawałku!
Dajcie mi w końcu ten pistolet!!!
Clara, nie! WY SKURWYSYNY, JAK MOGLIŚCIE! ZABILIŚCIE MOJĄ CÓRKĘ, CHUJE PIERDOLONE, WIĘC JA POZABIJAM WAS JAK PSY, WYSTRZELAM WAS SKURWIELE JAK KACZKI!!!
Pistolet, wresznie. Nie, Tom, nie ciebie mam zamiar zabić. Ta dziwka, która trzyma swoje przeklęte pazury na szyi mojej córki pożałuje, że jej dotknęła…
Kosmonauta? Znowu?
Co się dzieje? Tom, gdybyś poczekał choćby chwilę… Nora! Skacz w bok! Skacz w bok, kochanie!
Dzięki ci, kosmonauto.
Wybacz, że nie wpuściłem cię do obozu. Ale ludzie, którzy z tobą byli… Mogli zabić moich bliskich.
Nie wiem jak odwdzięczę ci się za uratowanie mojego ostatniego dziecka… Jedynego powodu, dla którego jeszcze chcę żyć…

grzymislaw
Astronauta
Astronauta

Posts : 39
Join date : 2014-02-14

View user profile

Back to top Go down

Re: Streszczenie Graczy

Post by Sponsored content


Sponsored content


Back to top Go down

Page 2 of 2 Previous  1, 2

View previous topic View next topic Back to top


 
Permissions in this forum:
You cannot reply to topics in this forum